Strona główna Kultura Recenzja You, Me & Toskania – zgrabna komedia romantyczna oferuje naprawdę uroczą...

Recenzja You, Me & Toskania – zgrabna komedia romantyczna oferuje naprawdę uroczą ucieczkę | Filmy romantyczne

9
0


Ty, Ja i Toskania to całkowicie zdrowe i nieszkodliwe spotkanie, które zaczyna się od pytania: „A co by było, gdyby Mała Syrenka miała romans w stylu Damy i Trampa z pulsującym sercem z pierwszego sezonu Bridgerton, ze spaghetti i w ogóle?”

Halle Bailey to Anna, która beznadziejnie radzi sobie z życiem po śmierci matki, rozdarta pomiędzy światem dorosłych odpowiedzialności a wewnętrznymi dziecięcymi fantazjami. Zajmowana niezależna praca jako opiekunka domowa pomaga związać koniec z końcem, ale jej impuls, by w pełni uczestniczyć w życiu klientów, stale zagraża jej źródłom utrzymania. Koncert oglądający spektakularne mieszkanie w Central Park West wydaje się nierealny. Ale wszystko szybko się komplikuje, gdy pani domu (Nia Vardalos w przebiegłej scenie) wraca wcześniej i przyłapuje Annę na przebieraniu się za księżniczkę z Park Avenue w doskonałej bieliźnie. Zakłopotana Anna cofa się w ramiona swojej najlepszej przyjaciółki Claire (Aziza Scott z One of Them Days), urzędnika luksusowego hotelu, którego kolczaste siostrzane rady są warte zniesienia dla jednowierszowego i potencjalnej zniżki na krótkotrwały pobyt.

Topiąc swoje smutki w hotelowym barze nad piwem i burgerem, starannie zamówionym, bo porzuciła szkołę kulinarną, Anna nawiązuje kontakt z Matteo (Lorenzo de Moor), przystojnym Włochem, który przyjechał do Nowego Jorku, aby ukryć się przed presją prowadzenia rodzinnego biznesu, choć wciąż niesie ze sobą pochodnię swojego idyllicznego toskańskiego domu.

Kiedy zmęczenie spowodowane zmianą strefy czasowej zakłóca pijacką schadzkę, Matteo zostawia rano list, w którym namawia Annę, aby wybrała się na upragnioną wycieczkę do Toskanii. Naturalnie robi to, co zrobiłby każdy młody włóczęga z biletem w jedną stronę już w ręku: zakłada gniazdo w willi Matteo, podając się za jego amerykańską narzeczoną. Kto wie, wzrusza ramionami Lorenzo (Marco Calvani), energiczny toskański taksówkarz, na którym Anna może się wypłakać. „Prowadząc fałszywe życie, możesz znaleźć prawdę w swoim – inaczej pójdziesz do więzienia”.

Przypadkowa konfiguracja oszusta to tylko przystawka do pełnej uczty włoskich tropów komedii romantycznych. Reżyser Kat Coiro sumiennie wypełnia prawie dwugodzinny film panoramami smukłych cyprysów i posiadłości sztukaterii w złotej godzinie, a najściślejsze zbliżenia rezerwuje dla wina i risotto. Toskania nabiera własnego charakteru, podobnie jak urocza taksówka Fiat Topolino, którą Anna jeździ po zakurzonych wzgórzach panoramy. Jego nazwa, Cucci (wymawiane „coochie”), przypomina mrugnięcie okiem producenta Willa Packera do czarnych widzów, w szczególności na temat pożądania tuż za rogiem.

Fałszywe zaręczyny zaostrzają flirt między Anną i Michaelem (Regé-Jean Page), kuzynem Matteo i oddaną kotwicą toskańskiej rodziny pod jego nieobecność. Ale ich wrzący romans trzaska bardziej gorąco niż stek. Manekinowe piękno Michaela i biegła dwujęzyczność to efektowne połączenie, ale nie rekompensują w pełni zasadniczego deficytu naturalnego uroku. Tymczasem Anna wydaje się bardziej oczarowana ideą życia z Michaelem niż samym Michaelem – pedantycznym winiarzem z zacięciem do hitu R&B z 2004 roku Let Me Love You Mario.

Ale jeśli szum wokół tego filmu jest jakąś wskazówką, prawdziwą stawką prowizorycznego trójkąta miłosnego pomiędzy Anną, Matteo i Michaelem nie jest jego bezpośredni wpływ na rodzinę (okazuje się, że są oni dość wyrozumiali i zajęci swoimi własnymi drobnymi dramatami). Najwyraźniej przyszłość hollywoodzkiej komedii romantycznej wisi na włosku.

Przed kinową premierą You, Me & Tuscany kilku twórców komedii romantycznych przyznało, że ich własne scenariusze nie ujrzałyby światła dziennego, gdyby ten film nie zapewnił nokautu w kasie w pierwszym tygodniu. (Jakby nie było wystarczającej presji na gatunek.) Słysząc, jak to mówią, ich odświeżone podejście do gatunku opiera się w dużej mierze na różnorodności i specyfice kulturowej; uważają Ciebie, mnie i Toskanię za ostateczny dowód słuszności koncepcji – koncepcji równie dziwacznej, jak wiarygodnej: że branża mogła nagle zapomnieć o wszystkich pieniądzach zarobionych na Crazy Rich Asians i serii Think Like a Man.

Choć Packer stara się dostarczyć swoją wersję Under the Toscan Sun, ostatecznie jest tylko frontmanem. Usuń Bailey i Page – awatary większości na całym świecie, które domagają się odzwierciedlenia siebie w takich fantazjach – lub Scotta, który pomimo niestety ograniczonego czasu ekranowego wlewa mnóstwo własnej magii czarnej dziewczyny, i pozostaje ci komedia romantyczna napisana, wyreżyserowana i wyprodukowana przez białych ludzi, dla nikogo konkretnego. Innymi słowy, zabawa kulturalna była drugorzędna, co sprawia, że ​​połączenie Małej Syrenki i Bridgertona to prawdziwy haczyk – ostatecznie lepszy do transmisji strumieniowej niż do kin.

W czasach, gdy branża wydaje się mniej niż kiedykolwiek skłonna do ryzykowania się gestami związanymi z kręceniem wielkich filmów, nie mówiąc już o pobłażliwej turystyce porno, pokładanie nadziei w drogiej komedii romantycznej z malowaniem numerów w świeżej palecie kolorów wydaje się niezawodnym przepisem na złamane serce – zwłaszcza gdy tę kapryśną wycieczkę warto wziąć za taką cenę.