Ach, ryk tłustej farby – zapach tłumu! Kto nie kocha teatru? A przynajmniej idea teatru. Nie fakt teatru – wydawanie fortuny na bilet, ubieranie się i pójście do miasta, albo głodny, albo ze zbyt wczesnym obiadem w środku, próba powstrzymania niedowierzania, by nawiązać kontakt z aktorami grającymi Big Acting na twoich oczach, podczas gdy jesteś zbyt przyzwyczajony do Small Acting oglądanego z kanapy przed platformą streamingową. Potem do domu jest już za późno, żeby zregenerować się przed snem.
To nie tylko ja. Wiem, że tak nie jest.
Ale nawet moim rodakom nie wolno zakochać się, choćby trochę, w American Classic, nowej lekkiej komedii stworzonej i napisanej przez Michaela Hoffmana i Boba Martina. Akcja serialu następuje po powrocie Richarda Beana (Kevin Kline), niegdyś uważanego za przyszłość amerykańskiego teatru (a obecnie będącego tematem wirusowego materiału filmowego, na którym widać, jak po pijanemu krytykuje krytyka „New York Timesa” za złą recenzję jego obecnego występu w roli Króla Leara) do swojego małego rodzinnego miasteczka Millersburg po nieoczekiwanej śmierci matki. Wiadomość o jego mamie przekazał jego brat Jon (Jon Tenney). „Czy ona przeczytała recenzję?” odpowiedział Ryszard. Na szczęście Jon wie, że jego brat jest aktorem i można podejrzewać, że już dawno podjął decyzję, by go pokochać.
Jon przebywał w Millersburgu z żoną Kristen (Laura Linney), opiekując się ojcem chłopców Linusem (Len Cariou), który jest obecnie we wczesnym stadium demencji. Wspólnie opiekują się także drugim pozostałym członkiem rodziny – Millersburg Festival Theatre, założonym przez The Beans i gdzie Richard nauczył się podstaw swojego rzemiosła. Jednak obecna sytuacja w gospodarce małomiasteczkowej oznacza – jak Richard z przerażeniem się dowiaduje – że obecnie wystawiane są w niej teatry obiadowe, a nie oryginalne przedstawienia. Jon jest szefem kuchni, córka Miranda jest kelnerką (choć oczywiście marzy o zostaniu aktorem w Nowym Jorku), a Kristen to wszystko inne. Jest także burmistrzem miasta (co obejmuje orzeczenie szczytu poświęconego spalaniu książek przez zaniepokojonych rodziców), ponieważ praca postaci Laury Linney prawie nigdy nie jest ukończona.
Richard z obrzydzeniem pakuje walizki i planuje wyjechać jeszcze przed pogrzebem, dopóki jego agent Alvy (Tony Shalhoub, świetnie się bawiący, jak wszyscy aktorzy, gdy pozwala się im grać agenta) przypomni mu, że „nadal jest memem” i musi trzymać głowę nisko. Zamiast tego zaczyna planować pogrzeb w teatrze. Próby stają się ekstrawaganckie. Jon zwraca uwagę na absurdalność. „Poświęcam wszystko dla taniego spektaklu” – uświadamia sobie Richard. „Nie ufam temu materiałowi”.
„Zwyczajne ludzkie słabości”… Kline jako Richard Bean i Tony Shalhoub jako Alvy Stritch. Zdjęcie: David Giesbrecht/MGM+
Linia to czysty Richard, ukryta prawda, czyste piękno. Być może nie masz do zabawy wytwornic mgły i sprzętu oświetleniowego, ale kto nie wpadł w żarliwą potrzebę, zrodzoną z żalu, aby wszyscy wiedzieli, ile dana osoba dla ciebie znaczyła? I co w końcu musisz zrobić, jak nie zaufać materiałowi – zaufać wspomnieniom, zaufać miłości w pokoju, zaufać wspólnemu człowieczeństwu wszystkich.
O to właśnie chodzi w American Classic. Richard (ponieważ pozostaje sobą, choć Kline zawsze tłumi swój narcyzm wystarczającą – ostateczną – samoświadomością, abyśmy trzymali nas po stronie) na koniec pochwały zapowiada, że zamierza przywrócić teatrowi losy „produkując, reżyserując… a może nawet wystąpią w” klasyku Thorntona Wildera „Naszym mieście”. Pod komedią małomiasteczkowych manier spektakl Hoffmana/Martina staje się medytacją na temat… Boże, chyba zmusi mnie to do powiedzenia… siły sztuki. Nie pracochłonny – historia, ludzie i dowcipy są na pierwszym miejscu, zwłaszcza gdy rozpoczyna się casting – ale słodki i poruszający. Jest to tym bardziej wzruszające, że autentyczna wiara w tę moc przepełnia serial, w którym (prawdopodobnie celowo) występują aktorzy znani w rodzimych Stanach Zjednoczonych przynajmniej w równym stopniu ze swojej pracy scenicznej, jak i kariery filmowej i telewizyjnej.
Połączenie uroku, dowcipu i czułości w American Classic – a zwłaszcza zachęty do wybaczania zwykłym ludzkim słabościom – przywodzi na myśl Teda Lasso i Schitt’s Creek. Jego retrotropy mogą zabrać nas z powrotem do dzielnych młodych Mickeya Rooneya i Judy Garland, którzy wystawiają przedstawienie właśnie tutaj. Tak jak te wysiłki odciągnęły uwagę widzów od pandemii, odpowiednio Trumpa nr 1 i wojny światowej nr 2, tak i teraz American Classic niewątpliwie zaoferuje swój własny komfort.
Można by sprzeciwić się, podobnie jak w przypadku Lasso i potoku, temu, że nie ma tu nic szalenie nowego, ale byłoby to mijaniem się z sednem sprawy. Rekombinacyjne rozkosze to sposób, w jaki poznajemy siebie, sposób, w jaki społeczeństwo pozostaje związane. Jedynym obowiązkiem jest dobre połączenie rzeczy, aby były świeże i zabawne, a także pocieszające, a tutaj można to w pełni wyładować w ośmiu szybkich, pewnych i nigdy zbyt tandetnych odcinkach.
Cholera. Może o to chodzi w tej zabawie.