Strona główna Wiadomości Kubańscy lekarze byli ratunkiem dla świata. Teraz Karaiby są haniebnie współwinne amerykańskich...

Kubańscy lekarze byli ratunkiem dla świata. Teraz Karaiby są haniebnie współwinne amerykańskich wysiłków na rzecz ich wydalenia | Kennetha Mohammeda

12
0


W ewangeliach chrześcijańskich znajduje się często cytowany, ale rzadko praktykowany werset: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Jest recytowany od Ameryk po Afrykę, przywoływany w przemówieniach, wyhaftowany w hasłach narodowych.

Jednak podobnie jak wiele nakazów moralnych, okazało się, że łatwiej je głosić, niż przestrzegać. Na Karaibach i w Ameryce Łacińskiej dzieje się coś niezwykłego i haniebnego.

Kubańscy lekarze, emisariusze jednego z najbardziej oblężonych narodów świata, są wydalani z krajów-gospodarzy, rozwiązywane są kontrakty, a programy zdrowotne likwidowane. A w przypadku ich braku zapłacą najbiedniejsi – za nieleczone choroby, porody bez opieki, niezdiagnozowane nowotwory. W efekcie region pod presją Stanów Zjednoczonych amputuje własne koło ratunkowe.

W piątek minister spraw zagranicznych Kuby Bruno Rodríguez oskarżył Stany Zjednoczone o „wyłudzanie” pieniędzy od krajów, zmuszając je do anulowania obowiązujących od kilkudziesięciu lat umów z Hawaną na dostawy lekarzy.

Ton nadano podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa. W 2018 r. 8300 kubańskich lekarzy opuściło Brazylię po tym, jak ówczesny prezydent-elekt kraju Jair Bolsonaro, blisko powiązany z Waszyngtonem, zagroził programowi i jego strukturze płatności, kwestionując kwalifikacje Kubańczyków – kwestii, które nigdy nie były poruszane, gdy ich usługi były niezbędne.

Od tego czasu Stany Zjednoczone namawiały kraje w całym regionie do rozwiązania tych porozumień, nazywając je „pracą przymusową”, a nawet „handlem ludźmi”, ponieważ państwo kubańskie zachowuje część wynagrodzeń. Wygodnie ignorując fakt, że ci lekarze zostali przeszkoleni bezpłatnie przez rząd kubański, w przeciwieństwie do ich mocno zadłużonych odpowiedników w krajach takich jak Wielka Brytania, gdzie absolwenci medycyny przez dziesięciolecia ponoszą uciążliwy ciężar długów studenckich.

Konsekwencje były ogromne. Gwatemala, Honduras, Jamajka, Bahamy, Antigua i Barbuda, Gujana, Saint Vincent i Grenadyny skapitulowały. Na Karaibach i w Ameryce Łacińskiej likwiduje się programy, niektóre mające nawet 50 lat, wycofuje lekarzy i obciąża i tak już kruche systemy, a wszystko to pod groźbą amerykańskich wiz i sankcji dyplomatycznych. Tylko St Kitts i Nevis oraz Trynidad i Tobago jeszcze nie podążyły za nimi. Miliony osób mogą utracić podstawową opiekę zdrowotną, a szczególnie narażone są społeczności tubylcze.

podwójny cudzysłów To, co robi się Kubie, nie jest „presją”. To wojna gospodarcza, w którą zaangażowane są Karaiby i Ameryka Łacińska

Kuba to wyspa, która wybrała „lekarzy, a nie bomby”. Przez ponad sześć dekad Kuba praktykowała coś głęboko niemodnego we współczesnej geopolityce: solidarność. Kiedy w 2014 roku wirus Ebola szalał w Afryce Zachodniej, jako pierwsze przybyły kubańskie brygady medyczne. Kiedy huragany zrównały z ziemią państwa karaibskie, pojawiły się kubańskie zespoły. Kiedy Haiti ponownie upadło pod ciężarem historii, długów i katastrof, byli tam kubańscy lekarze. Kiedy w 2015 r. Nepal został zdewastowany, Kuba w ciągu kilku dni wysłała brygadę medyczną.

Kuba zbudowała globalną sieć medyczną składającą się z ponad 50 000 specjalistów pracujących w kilkudziesięciu krajach, generując miliardowe przychody zagraniczne i utrzymując swoją gospodarkę objętą embargiem. W miejscach takich jak Wenezuela, gdzie niegdyś dziesiątki tysięcy Kubańczyków pracowało w lokalnych programach zdrowotnych, misje te stały się kluczowe dla zdrowia publicznego. Ale ten model jest obecnie obciążony. W miarę nasilenia się presji Stanów Zjednoczonych – zakłócania dostaw ropy, zaostrzania sankcji i wymierzania sobie celu w rządy sojusznicze – kubański personel medyczny jest wycofywany, co odcina jedno z niewielu wiarygodnych źródeł dochodów wyspy, jednocześnie osłabiając systemy opieki zdrowotnej za granicą.

Kuba przeszkoliła także dziesiątki tysięcy studentów zagranicznych, w tym z Karaibów, w swojej Latynoamerykańskiej Szkole Medycznej. Wszystko bezpłatnie. Jednak ta sama wyspa, oddalona o 150 km od Florydy, objęta embargiem od 1962 r., jest ekonomicznie zmuszana do uległości.

To, co jest wywierane na Kubę, nie jest „presją”. To wojna gospodarcza, w którą zaangażowane są Karaiby i Ameryka Łacińska.

Sankcje są w rzeczywistości tępymi instrumentami. Ograniczają handel, finanse, paliwa i medycynę, kurczą gospodarki, pogłębiają biedę i karzą obywateli, a nie rządy. Na Kubie skutki są poważne: przerwy w dostawie prądu, niedobory i spadek produktywności. Ciągła erozja codziennego życia. Teraz, gdy dostawy paliwa są zakłócone, kraj stoi w obliczu najpoważniejszego kryzysu od dziesięcioleci i właśnie wtedy, gdy solidarność jest najbardziej potrzebna, Karaiby i Ameryka Łacińska wybrały dystans.

Był czas, gdy przywódcy Karaibów wypowiadali się inaczej. W latach 70. premier Jamajki Michael Manley nazwał Kubę „fundamentalną” dla regionu, partnerem w walce z imperializmem, „odważnym i genialnym eksperymentem społecznym”. Wiedział, że małe państwa przetrwają nie dzięki uległości, ale dzięki solidarności.

Dziś ton się zmienił. Andrew Holness, obecny premier Jamajki, doceniając wartość kubańskich lekarzy, mówi o compliance i legalności. Pragmatyzm ma tendencję do wchodzenia w przyzwolenie.

Bardziej uderzająca jest transformacja w Trynidadzie i Tobago. Premier Kamla Persad-Bissessar, niegdyś wielbicielka Fidela Castro, teraz powtarza potępienie Trumpa wobec jej bliskiego sąsiada, jednocześnie angażując się w głębszą obecność wojskową USA, klękając przed dyktatorskim prezydentem USA i schlebiając jego sługusowi Marco Rubio.

Naprzeciw tej fali stoi Barbados, który choć nie dysponuje obecnie kubańską kadrą medyczną, skorzystał z niej podczas pandemii Covida. Premier Mia Mottley broniła misji medycznych Kuby, odrzuciła insynuacje o „handlu ludźmi” i dała jasno do zrozumienia, że ​​Barbados będzie stał przy tym, co słuszne, nawet za cenę amerykańskich kar. Przypomina, że ​​suwerenność nie jest jedynie konstytucyjna; to jest moralne.

Dlaczego więc macki Trumpa i Rubio wyciągają się w stronę Kuby? Ze strategicznego punktu widzenia Kuba leży okrakiem na ważnych szlakach żeglugowych, w pobliżu Zatoki Meksykańskiej, w pobliżu szlaków panamskich. Z ekonomicznego punktu widzenia posiada – choć nie posiada środków inwestycyjnych na wydobycie – szacunkowe zasoby ropy naftowej na morzu wynoszące ponad 4 miliardy baryłek. Ma nikiel, kobalt i ogromny potencjał turystyczny, co czyni go kolejną potencjalną Riwierą Trumpa.

Z geopolitycznego punktu widzenia pozostaje spornym przyczółkiem i historycznie nie chciał ustąpić. Od nieudanej inwazji w Zatoce Świń po dziesięciolecia embargo i izolacji cel pozostaje niezmienny: zmiana reżimu. To, co się zmieniło, to metoda.

Uderzająca nie jest przewidywalna postawa Waszyngtonu, ale reakcja Karaibów. Lub jego brak. Caricom, niegdyś głośno wzywający do zniesienia embarga, wydaje się wahać. Pomoc dociera na Kubę aż z Rosji i Hiszpanii. Jednak z sąsiednich wysp, które bezpośrednio skorzystały z pomocy kubańskich lekarzy, pozostaje niewiele więcej niż ostrożna dyplomacja. Świadczy to o tchórzliwej obawie przed konsekwencjami Stanów Zjednoczonych.

30 marca przewodniczący Caricom, dr Terrance Drew, powiedział, że mechanizm „jest już w przygotowaniu”, a „Caricom zaktualizuje się”, aby rozszerzyć obiecaną pomoc humanitarną na Kubę. Na razie pozostaje tyle – czekamy na aktualizację.

Przez dziesięciolecia kubańscy lekarze po cichu i bez fanfar służyli najbardziej marginalizowanym na Karaibach: społecznościom wiejskim, niedofinansowanym szpitalom, strefom klęsk żywiołowych. Teraz, gdy Kuba stoi w obliczu własnego kryzysu, region odwraca wzrok i czeka na zgodę Trumpa.

Być może jest to kwestia geopolityki. Być może jest to realizm. Albo strach. Ale nie udawajmy, że jest to moralne. „Kochaj bliźniego swego” nigdy nie miało być uzależnione od wiz, umów handlowych lub zgody odległych mocarstw. Miało to służyć właśnie takim chwilom jak ta – gdy stanie obok sąsiada jest niewygodne.

Karaiby lubią wyobrażać sobie siebie jako społeczność połączoną historią, kulturą i walką. Ale w tej chwili, w obliczu wydalenia tych, którzy nas uzdrowili, region musi zadać sobie pytanie: kiedy Kuba nas potrzebowała, gdzie byliśmy?