Strona główna Kultura Recenzja Primavery – Cztery pory roku Vivaldiego jest tłem szkoły Salieri dla...

Recenzja Primavery – Cztery pory roku Vivaldiego jest tłem szkoły Salieri dla muzycznego filmu biograficznego z epoki | Film

11
0


Zeszłoroczna 300. rocznica powstania „Czterech pór roku” Vivaldiego minęła zaskakująco mało komentarzy, chociaż ten pełen dobrych intencji, ale pełen dostojności film pojawił się we Włoszech na podstawie nagrodzonej powieści Tiziano Scarpy Stabat Mater i wyobrażał sobie inspirowany muzyką romans pomiędzy Antonio Vivaldim a błyskotliwą i piękną nastoletnią skrzypaczką – jedną z sierot z weneckiego Ospedale della Pietà, których uczy on w muzyce.

Reżyser operowy Damiano Michieletto debiutuje tu w słabym kinie, a cały film z martwą inscenizacją, nieciekawymi kreacjami i śmiesznie naiwnym zakończeniem można określić jedynie jako szkołę Salieriego. Słyszymy fragmenty muzyki, które najwyraźniej miały być kuszącymi wczesnymi szkicami Czterech pór roku, ewoluującymi w głowie Vivaldiego – ale irytująco słyszymy samo inspirujące, chwytliwe arcydzieło dopiero po napisach końcowych.

Michele Riondino mozolnie gra Vivaldiego, który zawsze kaszle w chusteczkę, nie zadając przy tym żałosnej śmierci, jakiej można się spodziewać przy takich okazjach, a Tecla Insolia gra fikcyjną Cecylię, jedną z wielu skromnych muzyków-sierot w strojach z „Opowieści podręcznej”, grającą dla żartobliwie oszukanej wielkości i dobra Wenecji. Zbliża się katastrofa, gdyż wygląda na to, że Cecilia zostanie wydana za szlachcica, co oznacza koniec z muzyką – ale jeśli jakimś cudem uda jej się oblać test na dziewictwo, Cecilia uważa, że ​​będzie mogła zostać w sierocińcu. Ten moment sprośnego zagrożenia jest w filmie brutalnie złagodzony i nawet brutalna przemoc, jaką powoduje, mija beznamiętnie, a film powraca do swojej poważnej i pobożnej powagi.

Primavera w kinach w Wielkiej Brytanii od 24 kwietnia.