Strona główna Kultura Recenzja Double Indemnity – ołowiany dramat zmienia klasykę kryminału w bardzo zimną...

Recenzja Double Indemnity – ołowiany dramat zmienia klasykę kryminału w bardzo zimną sprawę | Teatr

8
0


Żałosne „W samo południe” na West Endzie pokazało, jak trudno jest wystawić na scenie western. Co powiesz na inny surowy amerykański gatunek, film noir? Cyniczna, wciągająca nowela Jamesa M. Caina z 1936 roku została wyostrzona na potrzeby filmu z 1944 roku przez reżysera Billy’ego Wildera i jego współscenarzystę Raymonda Chandlera. Ta teatralna adaptacja, oglądana wcześniej w wersji Melbourne Theatre Company z 2016 roku, w nierozsądny sposób przywraca większość fragmentów, które przycięli lub dokręcili na potrzeby filmu. Scenariusz Toma Hollowaya porusza ten sam temat, ale zawiera nowe, rozwodnione dialogi, a produkcja Oscara Toemana ma fatalne problemy z tempem.

Sprzedawca ubezpieczeń Caina w Los Angeles, Walter Huff, na ekranie zmienił się w Waltera Neffa; Holloway przywraca swoje pierwotne imię, ale dodaje powtarzający się żart, że inni zapominają, jak się nazywa. Zwraca uwagę, że – jak napisał powieściopisarz kryminalny James Lee Burke – bohaterowie Caina „to zwykli ludzie, bardzo podobni do nas”. Zostało to dodatkowo podkreślone w prologu, w którym Huff (Ciarán Owens) uprzejmie zwraca się do publiczności, co jest techniką, która jest nadużywana w całym filmie i dodaje warstw ekspozycji, szczególnie trafnie opowiadając o kraju wciąż borykającym się z Wielkim Kryzysem.

Projektant oświetlenia Josh Gadsby stylowo rzuca wiele cieni na efektowną scenografię Ti Green, która sugeruje wysoki domek z kart na szczycie przypominającego bunkier tunelu prowadzącego w ciemność. Film ukazuje niepewny i skazany na porażkę plan wymyślony przez Huffa i Phyllis Nirdlinger (Micha Barton z The OC w jej debiucie scenicznym w Wielkiej Brytanii), mający na celu zamordowanie męża i czerpanie korzyści z klauzuli podwójnego odszkodowania w jego ubezpieczeniu. Zakończenie nie budzi żadnych wątpliwości: Huff skończy jak każdy frajer zwiedziony przez femme fatale. Ale między tą parą nie ma napięcia, a ich wypowiedziom brakuje żartobliwego polotu dodanego do scenariusza. Nieważne, że jest na twardo, dialog rzadko bulgocze. Niektóre sceny nakładają się na siebie, ale nawet to nie zapewnia wymaganego rozmachu.

Barton jest raczej zdystansowany niż wyrachowany jak Nirdlinger, który zbyt często jest nieobecny na scenie i w tym scenariuszu wielokrotnie nawołuje do seksizmu w społeczeństwie, podczas gdy narracja Owensa nie jest wystarczająco żółtawa. Co najważniejsze, po zabójstwie nie ma poczucia hamującego romansu, chociaż Owens wyraża narastające zdenerwowanie, a Holloway podkreśla pogląd, że „morderstwo nie kończy się na akcie”. Surowy projekt nie pozostawia zbyt wielu możliwości dla zróżnicowanych lokalizacji, ponieważ meble są wsuwane i zdejmowane na kółkach, a elementy scenografii obejmują samochód i pociąg renderowane w sposób pieszy.

Wtórne relacje są cienkie: mąż Phyllis (Oliver Ryan) jest zdecydowanie irytujący dla wszystkich, więź między jej pasierbicą Lolą (Sophia Roberts) i Huff – słaby punkt zarówno książki, jak i filmu – pozostaje nieprzekonująca. Gillian Saker otrzymała rolę błyskotliwej sekretarki Huffa, ale odmówiła jakichkolwiek przyzwoitych żartów. Martin Marquez najlepiej sprawdza się w roli swojego kolegi Keyesa o chropawym głosie, dzieląc się tutaj raczej dynamiką ojca z synem niż filmową bromancją. Keyes wciela się w śledczego ds. roszczeń, granego na ekranie przez krzywiącego się Edwarda G. Robinsona, który jest tak wrażliwy na fałszywe działania, że ​​wywołuje u niego niestrawność. W przerwie przydałaby mu się herbata miętowa.

W teatrze Churchill w Bromley do 25 kwietnia. Następnie koncertowanie do 9 maja