Strona główna Kultura Recenzja Salome – słuszna wściekłość i dynamiczna klarowność dają głowę Regents Opera...

Recenzja Salome – słuszna wściekłość i dynamiczna klarowność dają głowę Regents Opera | Opera

10
0


Program reklamuje ją jako „NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNĄ operę Straussa”. Na stronie internetowej firmy reklamowana jest „środek do czyszczenia podniebienia XX wieku”, co – biorąc pod uwagę nieubłaganą intensywność dzieła – jest zapewne żartem, ale może im się to udało. Salome Straussa to najnowsze przedsięwzięcie Regents Opera, szalenie ambitnej, pobocznej grupy, która w zeszłym roku wystawiła cały cykl Pierścienia Wagnera w historycznej sali bokserskiej na East Endzie z orkiestrą składającą się z zaledwie 18 muzyków, zdobywając wbrew wszelkim przeciwnościom uznanie krytyków.

Po powrocie do York Hall Regents Opera zgromadziła 24-osobowy zespół. Orkiestra, siedząca na drugim końcu sali, z dala od większości publiczności i grająca na zamówienie Nigela Shore’a, brzmiała nieco zniekształcona. Pomimo pozornie nieograniczonej energii dyrygenta Bena Woodwarda, nie było możliwości uchwycenia najbardziej bujnej faktury smyczków Straussa przy tak małej liczbie muzyków, a kontrast pomiędzy ogromnymi kulminacjami partytury a jej najstraszniejszymi, najbardziej pustymi momentami był ograniczony. Zamiast tego pojawił się niezwykły stopień przejrzystości – nie wspominając o wbudowanym systemie wspomagania równowagi dla śpiewaków, którzy również skorzystali z 20-metrowej przewagi nad instrumentalistami dzięki wystającej z publiczności sceny przypominającej pas startowy.

Nie żeby niektórzy piosenkarze potrzebowali wsparcia. Na przykład Jochanaan Freddiego Tonga miał głos na skalę wagnerowską, a jego ostra wściekłość wciąż była żywa, gdy stał tyłem do publiczności. Jako Narraboth James Schouten był jeszcze potężniejszy, jego ton był bogaty i ciepły od dołu do góry, a jego niezręczna obecność na scenie nadawała pewien sens dramatyczny. Herodiada Mae Heydorn była raczej porywająca niż piękna (jej ton był ciemny, ale nieporęczny w górnej części), tworząc zaskakująco skuteczny podwójny akt ze słabszym Herodem Robina Whitehouse’a – w tej produkcji czymś w rodzaju tandetnego gangstera w białym garniturze, któremu groziło, że zostanie przyćmiony przez własną krzykliwą koszulę. Wśród mniejszych ról wyróżniali się Felix Kemp i Davide Basso.

Wykorzystanie przestrzeni… obsada Salome na scenie projekcyjnej. Zdjęcie: Steve Gregson

Ostatecznie jednak Salome zależy na swojej tytułowej roli. Kirsty Taylor-Stokes to największy atut tej produkcji: wokalistka dorównująca szatańskim wokalem Straussa – jej sopran bujny, niskie tony porywające, a górny rejestr tylko czasami przenikliwy – która potrafi też przekonująco odegrać tę rolę. Nowoczesną produkcję reżysera Marka Ravenhilla (kapeluszniki z East Endu, naramienniki z lat 80., jego bling dla Heroda i Herodiady) rozpoczyna przyjęcie urodzinowe Heroda, na które zbuntowana nastolatka Salome zakłada koszulkę Guns N’Roses. W „Tańcu siedmiu zasłon” zamiast się rozbierać, chwyta inne ubrania, a Taylor-Stokes porusza się z pewnością siebie wyszkolonej tancerki. Podczas gdy w początkowych scenach Ravenhill dynamicznie wykorzystał całą przestrzeń, pod koniec reszta obsady po prostu stoi w pobliżu, odwracając wzrok od Salome, która jest zachwycona odciętą głową Jochanaana. Zamykający monolog Taylor-Stokes był równie fascynujący – i niepokojący – jak to tylko możliwe.

· W York Hall, Bethnal Green, do 23 kwietnia