WASZYNGTON: W miarę jak w nadchodzących godzinach pośrednia dyplomacja między Stanami Zjednoczonymi a Iranem skupi się na Islamabadzie, przesłania Waszyngtonu przybrały starannie kontrolowany ton ostrożnego optymizmu – hamowanego wyraźnym przyznaniem, że proces ten pozostaje niestabilny.
Prezydent USA Donald Trump, przemawiając krótko przed wejściem na pokład Air Force One w piątkowy wieczór, wyraził ostrożne zaufanie do amerykańskiego zespołu negocjacyjnego, unikając jednocześnie wszelkich sugestii, że wyniki były z góry ustalone.
„Zobaczymy, jak to się skończy. A więc JD, Steve i Jared. Mamy dobry zespół, a oni spotykają się jutro. Zobaczymy, jak to wszystko się ułoży” – powiedział, odnosząc się do delegacji kierowanej przez wiceprezydenta JD Vance’a i starszych doradców.
Jednocześnie Trump sformułował rozmowy w kategoriach wyraźnie strategicznych i transakcyjnych, sugerując, że interesy gospodarcze i geopolityczne powiązane z regionalnymi wąskimi gardłami ostatecznie ukształtują wyniki.
„Cieśnina się otworzy. Jeśli tylko ją opuścimy,…(ona) się otworzy” – powiedział, dodając, że same Stany Zjednoczone nie są od niej bezpośrednio zależne. „Nie korzystamy z cieśniny… inne kraje nam pomogą”.
Naciskany, czy ma opcję awaryjną w przypadku niepowodzenia dyplomacji, Trump wprost odrzucił to założenie: „To nie będzie łatwe… ale wkrótce będziemy mieli to otwarte” – powiedział. Zapytany bezpośrednio o planowanie awaryjne, odpowiedział: „Nie potrzebujesz planu awaryjnego”.
Jego uwagi podkreśliły podejście, które łączy pewność siebie z nieprzewidywalnością – kładąc nacisk na wyniki, pozostawiając celowo otwartą mechanikę negocjacji.
Wiceprezydent Vance, który ma przewodzić delegacji USA w Islamabadzie, przyjął bardziej konwencjonalny ton dyplomatyczny, wyrażając optymizm, jednocześnie ostrzegając przed manipulacjami ze strony drugiej strony. Powiedział, że rozmowy „będą pozytywne”, ale przestrzegł Teheran, aby „nie próbował nas oszukać”, co odzwierciedla utrzymującą się nieufność nawet po wejściu obu stron w te same ramy negocjacyjne.
Na tym tle Pakistan prezentował się nie jako pośrednik władzy, ale jako platforma wspomagająca – pośrednik, który pomógł stworzyć warunki do dialogu, a nie narzucał mu kierunek.
W wywiadzie dla Meet the Press stacji NBC ambasador Pakistanu w Waszyngtonie Rizwan Saeed Sheikh opisał, jak to określił, „intensywne wysiłki dyplomatyczne”, które doprowadziły proces do obecnego etapu.
„Myślę, że włożono wiele, intensywny wysiłek dyplomatyczny, aby doprowadzić sytuację do dobrego stanu, w jakim jest” – powiedział, wymieniając uznanie wielu podmiotów regionalnych, obok Pakistanu.
Podkreślił, że rola Islamabadu jest osadzona w szerszych wielostronnych wysiłkach: „Nasi partnerzy, liczni partnerzy, kraje takie jak Turcja, Arabia Saudyjska i Egipt z pewnością poczyniły wiele wysiłku. Inni poczynili wiele wysiłków”.
W miarę jak delegacje zaczynają napływać, stwierdził, że „rozmowy są w dużym stopniu prawdopodobne”, co sugeruje, że polityczne podstawy zostały już stworzone pod merytoryczne zaangażowanie.
Kluczowym warunkiem postępu, jego zdaniem, jest przestrzeganie tego, co zostało już nieformalnie uzgodnione podczas rozmów przygotowawczych: „Cokolwiek było częścią dyskusji poprzedzających te rozmowy, należy uszanować… i z pewnością miałoby to zbawienny wpływ nie tylko na optykę… ale na same merytoryczne dyskusje”.
Jednakże dla Pakistanu cechą charakterystyczną chwili jest nie tylko przygotowanie, ale także proces. Ambasador Szejk podkreślił, że prawdziwym testem jest ton i sposób prowadzenia negocjacji po ich rozpoczęciu.
„Najważniejszą częścią tego całego wydarzenia, które zacznie się rozgrywać jutro w Islamabadzie, jest konstruktywny duch, z jakim obie strony do niego podeszły” – powiedział, traktując atmosferę, a nie treść, jako bezpośredni wyznacznik sukcesu.
Opisał rozmowy jako z natury płynne: „A więc to jest obszar, w którym trwają prace. A jeśli są sprawy, które wymagają dopracowania, sam proces i same rozmowy rozwiążą tę kwestię.”
Rola Pakistanu, powtórzył, celowo ogranicza się do ułatwiania. „Rola facylitatora polega na zbliżaniu skonfliktowanych stron do siebie i pozwalaniu im zdecydować, co je satysfakcjonuje, a co nie” – powiedział.
Choć Islamabad może wnieść swój wkład, jeśli zostanie o to poproszony, podkreślił, że odpowiedzialność spoczywa wyłącznie na samych stronach: „Bylibyśmy gotowi udzielić porady, gdyby ktoś o nią poprosił… ponieważ ostatecznie znalezienie rozwiązania leży w gestii samych skonfliktowanych stron”.
Dodał, że wysiłki Pakistanu zostały wzmocnione przez szerszą uwagę międzynarodową: „Przekazujemy dobre intencje całej społeczności międzynarodowej, ponieważ otrzymujemy telefony… Nasi przywódcy mieli, to znaczy, ponad 50 osób, a tylko wczoraj wsparcie było”.
Jednak nawet w obliczu wzmożonej aktywności dyplomatycznej przestrzegł, że oczekiwania pozostają zasadniczo niepewne. „Wszyscy patrzą z zapartym tchem… Jaki dokładnie wynik zależy obu stronom, dowiemy się dopiero pod koniec” – powiedział.
Zasugerował jednak, że na razie najbardziej konsekwentny może być sam fakt dialogu, wskazując na sygnały płynące zarówno z Waszyngtonu, jak i Teheranu.
„Na razie bardziej liczą się słowa prezydenta Trumpa, słowa irańskich przywódców, że są gotowi kontynuować działania wojenne i przystąpić do wynegocjowanego porozumienia, zapewnić przestrzeń i możliwości dialogowi oraz dyplomacji i na nich należy się skupić” – powiedział. Jeśli nam się to uda, myślę, że nie będziemy musieli iść nigdzie indziej”.
W miarę jak delegacje osiedlają się w Islamabadzie, proces pozostaje zawieszony pomiędzy ostrożną nadzieją a nierozwiązaną nieufnością – jego przebieg zależy w mniejszym stopniu od deklaracji złożonych przed przybyciem, a w większym od tego, co wydarzy się po zamknięciu drzwi.