Strona główna Wiadomości Nie zgodziłem się na pomysł „maksymalnego tarcia”. Ale kryje się za tym...

Nie zgodziłem się na pomysł „maksymalnego tarcia”. Ale kryje się za tym coś więcej, niż się wydaje | Gaby Hinsliff

9
0


Czy życie nie wydaje się ostatnio zbyt łatwe? Czy chcesz, aby było trudniej niż dotychczas? Jeśli to brzmi jak prawdziwie obłąkane pytanie w tygodniu, w którym świat był bliski grożenia Armagedonem, to jest to w porządku. Ja też się zdenerwowałem, gdy w zeszłym tygodniu przeczytałem o maksymalizacji tarcia, rzekomym trendzie do robienia rzeczy w nieco bardziej wymagający, czasochłonny lub analogiczny sposób – gotowanie od zera zamiast zamawiania dostawy, odnajdywanie drogi za pomocą znaków drogowych zamiast po prostu podłączania nawigacji satelitarnej lub czytanie książki zamiast słuchania jej wersji audio – jako forma twórczego oporu wobec nieubłaganego marszu wielkich technologii przez nasze życie. Czasy są wystarczająco trudne dla wielu ludzi i nie czują się leniwi, jeśli chodzi o pójście na skróty.

Poza tym opublikowana w tym tygodniu przez „Washington Post” lista sposobów na tarcie-maxx – obejmująca takie nadludzkie wyczyny, jak spotykanie się ze znajomymi osobiście, a nie tylko wysyłanie ich na WhatsApp i aktywne próbowanie zapamiętania czegoś, a nie tylko korzystanie z Google – brzmi podejrzanie jak rebranding pod nową irytującą nazwą tego, co kiedyś uważano za zwykłe życie. Twoi dziadkowie wyśmiewaliby pomysł, że którakolwiek z tych rzeczy jest choć trochę trudna lub że podjęcie wysiłku w celu ich wykonania może w jakiś sposób uczynić cię lepszą, bardziej odporną osobą.

Po bliższym przyjrzeniu się okazuje się jednak, że o to właśnie chodzi. Kathryn Jezer-Morton, pisarka, która w styczniu ukuła termin „tarcie-maxxing”, argumentowała, że ​​dla większości ludzi żadna z tych rzeczy nie jest naprawdę trudna – a jeśli już, to może być źródłem głębokiego znaczenia i radości. Jednak w jakiś sposób – pisze – daliśmy się nabrać na pogląd, że „czytanie jest nudne, mówienie niezręczne, przeprowadzki męczące, wychodzenie z domu onieśmielające” i że outsourcing całej tej rzekomej pracy emocjonalnej do aplikacji może być dla umysłów XXI wieku równie wyzwalający, jak zlecanie prac fizycznych pralce czy odkurzaczowi miało być dla gospodyń domowych z lat 50. XX wieku.

Jeśli zdarzyło Ci się, że jesteś społecznie niezdarnym technologicznym kolegą i pragniesz przekazać jak najwięcej swojego życia osobistego komuś innemu, aby skupić się na pracy w swoim startupie przez całą dobę, to być może zawzięta pogoń za wygodą za wszelką cenę ma sens. Ale co, jeśli nie chcesz życia tak wydajnego bez wysiłku, tak pozbawionego kontaktu z rozpoznawalnymi ludzkimi powierzchniami, że prześlizguje się niezauważone, gdy pochylasz się nad ekranem? Co gorsza, co jeśli usunięcie tych wszystkich rzekomych drobnych przeszkód pochłaniających nasz czas, energię i cierpliwość może sprawić, że będziemy nie tylko nieszczęśliwi, ale i głupsi w tej transakcji?

Melania Trump i robot napędzany sztuczną inteligencją o nazwie „Rysunek 3” otwierają szczyt w Białym Domu – wideo

Tym, co odróżnia tę generację narzędzi AI od wcześniejszych urządzeń oszczędzających pracę, jest to, że w dużej mierze zastępują one pracę umysłową, a nie fizyczną. Lata wrzucania prania do pralki i naciskania przycisku zamiast wykręcania go w maglu mogły być może uczynić ludzi nieznacznie mniej silnymi fizycznie, ale nie pozbawiły nas niczego, co naprawdę miało znaczenie. Jednakże jury nadal nie ocenia długoterminowego wpływu intelektualnego stosowania narzędzi AI w pracy – z niedawnego badania przeprowadzonego przez Carnegie Mellon University i Microsoft wynika, że ​​może to zwiększyć wydajność pracowników, ale także zmniejszyć ich kompetencję w „samodzielnym rozwiązywaniu problemów”, gdy przyzwyczają się do polegania na programie, który za nich myśli – lub studentów korzystających z ChatGPT do pisania esejów.

Jedno (wprawdzie małe) badanie tego ostatniego, prowadzone przez naukowców z Massachusetts Institute of Technology, sugeruje, że pisarze korzystający z dużych modeli językowych (LLM) w celu zebrania materiału wykazali mniejszą aktywność w sieciach mózgowych związanych z przetwarzaniem poznawczym, uwagą i kreatywnością. Jak ujęła to badaczka Nataliya Kosmyna: „Twój mózg potrzebuje tarcia, aby się uczyć”. Wydaje się, że wysiłek polegający na samodzielnym przesiewaniu i wchłanianiu faktów i pomysłów sprawia, że ​​zapadają one w pamięć, co może wyjaśniać, dlaczego uczniowie korzystający z ChatGPT najwyraźniej mieli trudności z zapamiętaniem cytatów z dopiero co oddanych esejów.

Jeśli ma rację, to nie tylko doświadczenia czytelnika ulegają pogorszeniu, gdy książki są leniwie sklejane przy użyciu sztucznej inteligencji, ale także samego pisarza: oszukują się oni na krytycznym etapie procesu twórczego, który polega na sprawdzaniu, co myślisz, poprzez zapisywanie tego, a potem nagle, z przerażeniem, dostrzeganie w nim wszystkich luk. Być może jest to po prostu siła przyzwyczajenia. Jednak powodem, dla którego nadal dokonuję transkrypcji wywiadów w staroświecki sposób, odtwarzając nagranie i wpisując to, co słyszę, zamiast korzystać z narzędzia do transkrypcji opartego na sztucznej inteligencji, które zrobi to za mnie, nie jest tylko strach, że maszyna popełni błąd. Chodzi o to, że słuchanie po raz drugi pomaga mi nawiązać połączenia lub usłyszeć rzeczy, które przeoczyłem w pokoju.

Innymi słowy, to, co z zewnątrz może wyglądać na zwykłą pracę, którą można łatwo przenieść na maszynę, jest zaskakująco często integralną częścią procesu myślenia. A jeśli jest to prawdą w pracy, nadszedł czas, aby zadać sobie pytanie, jak daleko jest to prawdą w naszym życiu osobistym, zanim wkradające się do nich narzędzia sztucznej inteligencji staną się tak trudne do usunięcia jak smartfony.

W świecie, w którym wszystko staje się łatwiejsze i szybsze, regulowanie emocji może stanowić coraz większe wyzwanie. Nawet nieco trudniejsze wykonywanie codziennych zadań zmusza ludzi do spowolnienia i zastanowienia się nad tym, co właściwie robią, zamiast działać pod wpływem impulsu, dlatego prawdopodobnie częściej powiesz coś, czego później będziesz żałować, pisząc w ferworze szybkiego, wściekłego SMS-a, niż mozolnie pisząc list. Być może jednak główną umiejętnością zagrożoną w świecie pozbawionym tarć jest cierpliwość wobec innych ludzi, przy całej ich nieskończonej zdolności do irytowania.

Życie z kimś, kogo kochasz, często wiąże się z tarciami. Posiadanie małych dzieci jest żywą definicją tarć, jeśli masz nadzieję, że kiedykolwiek uda ci się coś osiągnąć. Demokracja także ostatecznie wiąże się z tarciami, ponieważ oznacza akceptację tego, że inni ludzie również mają coś do powiedzenia. Tarcie to nazwa, którą nadajemy ocieraniu się o świat zewnętrzny i czasami napotykaniu oporu, a jeśli nie nic innego, czas odzyskać pogląd, że tak naprawdę nie ma w tym nic złego; że to po prostu znaczy kochać i być kochanym, angażować się w życie społeczne, myśleć i czuć. I tak, czasami tarcie powoduje oparzenia. Ale to także sposób, w jaki wiesz, że żyjesz – a w takich dniach powinniśmy maksymalnie wykorzystać to, co możemy.

Gaby Hinsliff jest felietonistką Guardiana

Guardian Newsroom: Czy Partia Pracy może wyjść znad krawędzi? W czwartek 30 kwietnia dołącz do Gaby Hinsliff, Zoe Williams, Polly Toynbee i Rafaela Behra podczas dyskusji o tym, jak duże zagrożenie stoi przed Partią Pracy ze strony Partii Zielonych i Reform UK oraz czy Keir Starmer może przetrwać jako lider. Zarezerwuj bilety tutaj