Strona główna Wiadomości Thrashowa recenzja – thriller o przeklętym rekinie tonie jak kamień w serwisie...

Thrashowa recenzja – thriller o przeklętym rekinie tonie jak kamień w serwisie Netflix | Thrillery

6
0


Ze względu na ogromną ilość pieniędzy, którymi Netflix musi grać (w zeszłym roku wydał około 18 miliardów dolarów na treści) i stale rosnącą liczbę subskrybentów, których musi zaspokoić, streamer często pełni rolę domu dla niechcianych towarów innych osób, cyfrowej wyspy nieprzystosowanych zabawek. W pewnym momencie Sony przygotowywało się do kinowej premiery thrillera o rekinach „Beneath the Storm”, którego zdjęcia miały miejsce w 2024 r. W następnym roku zmieniono nazwę na „Shiver”, a premiera planowana była na sierpień. Skrócono do 2026 r. i obecnie jest on znany jako Thrash, zamiast tego bezceremonialnie przeniesiony do Netflix.

Chociaż może to nie być najbardziej zachęcający opis technicznie nowego filmu w Wikipedii, nie zawsze jest to powód do niepokoju. W 2018 roku David Ellison uznał stylowy i przerażający thriller science fiction Alexa Garlanda Annihilation za „zbyt intelektualny”, więc przekazał go Netflixowi na większości terytoriów międzynarodowych. Na początku Covida Disney sprzedał Netflixowi niezwykle doskonałą trylogię Fear Street. Zaledwie w zeszłym roku Netflix odnotował swój największy jak dotąd hit – KPop: Łowcy demonów – film, który pierwotnie miał ukazać się w Sony. Ale Thrash nie jest wyjątkiem od reguły; jeśli już, to stanowi samą definicję reguły: niechlujnie wykonanej, nierówno zredagowanej i całkowicie błędnej kawalkady złych decyzji i podejrzanych akcentów. Mam tylko nadzieję, że Netflix kupił to tanio…

Można by tak przypuszczać, biorąc pod uwagę, jak tandetny jest sam film. Często, gdy Netflix kupuje prawdziwy film studyjny, nawet najgorsze egzemplarze mogą pochwalić się dobrze oświetlonym połyskiem, który odróżnia je od standardowych oryginałów Netflix, kurczak kontra kurczak. Ale Thrash, który, nawiasem mówiąc, jest najgorszym z trzech tytułów tego filmu, wygląda, jakby mógł być oryginalnym filmem z Tygodnia Sharknado dla SyFy, znacznie skromniejszym niż to, czego spodziewaliśmy się po jednorazowej sztuce teatralnej.

Od samego początku ma rozpraszające poczucie nieautentyczności. Film wyreżyserowany przez Norwega, którego akcja rozgrywa się w USA, ale nakręcony w Australii, z udziałem głównie australijskich aktorów, z wyjątkiem brytyjskiego głównego bohatera, który gra Amerykanina. Pochodzi od scenarzysty i reżysera Tommy’ego Wirkoli, którego twórczość jest zwykle znana ze świadomie głupiej możliwości wykorzystania filmów o północy. Nakręcił nazistowski horror o zombie Dead Snow i jego kontynuację, a także komedię akcji o Mikołaju Violent Night oraz oczywistą Hansel i Gretel: Witch Hunters. W windzie mamy tu do czynienia z rekinami, ale także thrillerem katastroficznym, w którym huragan niszczy miasto, wyrzucając jednocześnie stado żarłaczy byczych na ulice i domy tych, którzy mają pecha, że ​​nadal tam przebywają.

Bardzo przypomina „Crawl” Alexandre’a Aji, który opierał się na tym samym założeniu, ale z aligatorem, co samo w sobie ogromnie przypomina „Burning Bright” z tygrysem. Jest zdecydowanie najmniej skuteczny z całej trójki i nie tylko dlatego, że rekiny stały się ostatnio nadużywanymi złoczyńcami z filmów klasy B (w zeszłym roku mieliśmy takie filmy jak Bikini Shark, Lone Star Shark, Beast of War, Into the Deep i zaskakująco ostry Dangerous Animals i wiele innych), ale przede wszystkim dlatego, że Wirkola po prostu nie czuje się odpowiednim reżyserem do tego zadania. Jego filmy są w dużej mierze żartobliwe, przedkładają wielki śmiech nad wielką grozę, a bez prawdziwego doświadczenia w sztuce napięcia i prawdziwej powagi czuje się równie zagubiony jak jego aktorzy. Powinniśmy usiąść na skraju siedzenia, ale każdy powinien być gotowy, a całość układa się w całość, choreografia zawsze pozostawia pewien niedosyt, a montaż nigdy nie działa tak dobrze, jak powinien (jak na reżysera, który również często rozkoszował się gonzo gore, atakom rekinów Wirkoli brakuje czegoś naprawdę paskudnego, co mogłoby wywołać reakcję inną niż ciągłe buczenie).

Phoebe Dynevor grana przez Bridgerton, której ostatni thriller Netflix „Fair Play” został niesprawiedliwie niedoceniony, utknęła w roli postaci tak komicznie nieostrożnej, że trudno jest spędzać dużo czasu na zamartwianiu się tym, co się z nią dzieje. Jest kobietą w zaawansowanej ciąży, której udało się uniknąć wszelkich ostrzeżeń o konieczności opuszczenia miasta, dopóki nie zostanie sama w samochodzie, gdy zaczyna się powódź, na krawędzi porodu. Po drugiej stronie miasta trójka „amerykańskich” dzieciaków, granych przez australijskich aktorów, musi przechytrzyć krążące rekiny po tym, jak ich okrutni przybrani rodzice zostają przeżuci na kawałki. Tymczasem Djimon Hounsou, aktor, który tak często zasługuje na coś więcej niż tylko bzdury gatunkowe, jakie mu daje, otrzymuje strzępy wymęczonego przedstawienia o rekinach w roli biologa morskiego próbującego ocalić swoją siostrzenicę.

Zamiast podejścia zespołowego pozwalającego na eskalację różnych form napięcia i zwiększającego nasze ogólne poczucie niepokoju, po prostu usuwamy wszelką lepką klaustrofobię, którą moglibyśmy odczuwać, gdybyśmy trzymali się jednej z historii, a podejście, które pomogło Aji uczynić Crawl o wiele większym przeżyciem. Przy tak dużej liczbie rekinów widzianych przypadkowo przez większą część filmu nawet tradycyjnie złowieszczy widok płetwy nad wodą szybko traci swoją moc, przez co rekiny stają się równie nudne jak ludzie. Być może najlepszym zastosowaniem Thrashu jest wyleczenie osób cierpiących na galeofobię i udowodnienie, że wcale nie są one takie straszne.