Abraham Rodríguez wpatruje się w bruzdy kukurydzy, które musi zaorać przed końcem dnia. W Artemisie na Kubie nie ma jeszcze południa, ale słońce mocno praży, a on jest już zmęczony: praca na roli to ciężka praca. Robił to niemal przez połowę swojego życia, odkąd skończył 13 lat, a jego matka wzięła rozwód. W tym roku kończy 26 lat.
Mówi, że rolnictwo zawsze było trudne, ale obecnie jest prawie niemożliwe do utrzymania. „Zarabiam 1200 peso (1,80 funta) dziennie, więc muszę pracować dwa dni, żeby kupić butelkę oliwy”.
Minęły tygodnie, odkąd jadł mięso. Jego ostatnim posiłkiem wczoraj wieczorem było danie z białego ryżu i smażonego banana. „Śniadanie? Co to jest?” mówi.
Jeszcze nie tak dawno część swojej pensji mógł raz w tygodniu przeznaczyć na jedzenie poza domem, ale po Covidzie – jak twierdzi – wszystko zmieniło się na gorsze. Teraz nie miałby nic przeciwko interwencji Stanów Zjednoczonych, „o ile będzie to na lepsze”.
Rodríguez (po lewej) grabi ziemię wraz ze swoimi współpracownikami. Wielu rolników nie stać na podstawowe produkty. Fot.: Strażnik
W Artemisie, wiejskim sercu Kuby, na południe od Hawany, wielu rolników utrzymuje się z ograniczonych posiłków, których nie stać na artykuły pierwszej potrzeby, a cięcia w systemie zamówień publicznych – w ramach którego rząd kupuje produkty rolników – powodują gnicie plonów na polach. Kryzys, zaostrzony przez inflację po Covid-19 i sankcje USA, skłania niektórych do nielegalnego handlu węglem drzewnym lub do migracji, ponieważ rodziny dzielą się, aby przetrwać.
Sytuacja Rodrígueza nie jest wyjątkowa. Yomar Matos, pochodzący z Guantanamo, przez lata pracował na budowie w Hawanie, aż do trzech miesięcy temu, kiedy bezrobocie zmusiło go do zajęcia się rolnictwem.
Przeniósł się do Artemisy, aby dołączyć do swojego brata i ojczyma, którzy pracują w rolnictwie od czasu opuszczenia Guantanamo siedem lat wcześniej. Cała trójka dzieli się małą plastikową butelką z odrobiną czarnej kawy i kilkoma papierosami – co stanowi ich śniadanie na cały dzień.
Żyzne gleby i ciepły klimat Artemisy uczyniły z niej kluczowy region produkcji zbóż, warzyw i owoców. Fot.: Strażnik
„Mam dwójkę dzieci” – mówi Matos lekko drżącym głosem. Mówi, że jedna z jego córek mieszka w Kurytybie w południowej Brazylii. „Dziewczynka ma dziewięć lat, jest w Brazylii z matką, która pracuje jako kasjerka w supermarkecie. Jest im lepiej niż tutaj.”
Dodaje z uśmiechem: „Moja dziewczyna odeszła chuda, a teraz wyrosła tak samo jak ja”. Jego druga córka ma pięć miesięcy i mieszka z matką na Kubie.
Artemisa, niegdyś nazywana „spichlerzem Hawany”, dostarcza około 40% świeżych produktów stolicy. Żyzne gleby i ciepły klimat uczyniły z niego kluczowy region produkcji zbóż, warzyw i owoców, a zróżnicowane rolnictwo – w tym uprawa trzciny cukrowej i zwierząt gospodarskich – wzmocniło jego reputację jako centrum kubańskiego rolnictwa.
„Dumni z bycia rolnikami” – głosi napis Partii Komunistycznej przy drodze. Rolnicy twierdzą jednak, że uprawa roli staje się coraz trudniejsza. Niedobory paliwa zwiększają koszty, a wielu twierdzi, że rolnictwo nie jest już zrównoważone ekonomicznie.
Marchew zbiera się na polu należącym do braci Ediána i Maykela Romero Álvarezów w Artemisie. Fotografia: Strażnik
Edián i Maykel Romero Álvarez to rodzeństwo, które odziedziczyło niewielką działkę od ojca i dziadka. Przez całe życie utrzymywali się z ziemi, ale teraz martwią się o przyszłość. Styczniowa interwencja USA w Wenezueli, podczas której wojska pojmały socjalistycznego prezydenta Nicolása Maduro, tylko zaostrzyła kryzys energetyczny na Kubie.
„Odkąd Trump przejął Maduro, wszystko się zmieniło” – mówi Maykel, obserwując kilku jego pracowników zbierających marchewki. „Teraz nie mamy ani kropli paliwa, więc nie możemy sprzedawać naszych produktów”.
Nienawidzi marnować jedzenia w czasach takiej potrzeby. „To bardzo smutne zebrać dobre plony i nie móc ich sprzedać.”
Chociaż od rewolucji w 1959 r. grunty na Kubie są głównie własnością państwa, na przestrzeni lat zmieniało się zarządzanie nimi. Przez dziesięciolecia kubańskie rolnictwo skupiało się na monokulturze przemysłowej na dużą skalę, zwłaszcza na cukrze. Ten system produkcji przyczynił się do degradacji gleby i był w dużym stopniu uzależniony od eksportu do ZSRR.
Po upadku bloku socjalistycznego rząd opowiadał się za dywersyfikacją upraw, tworzeniem spółdzielni i redystrybucją gruntów państwowych w użytkowaniu rolnikom, którzy byli zobowiązani do sprzedaży państwu części swoich produktów, a resztę pozwolono na sprzedaż.
Marchew ładuje się na wózek w celu transportu. Drobni producenci otrzymali niewielką pomoc od rządu. Fot.: Strażnik
Podejście to pozwoliło uniknąć załamania się systemu żywnościowego, ale nigdy nie okazało się efektywne ani opłacalne dla rolników, w wyniku czego część gruntów rolnych została porzucona. W 2008 roku ówczesny prezydent Raúl Castro poluzował przepisy, próbując przyciągnąć nowych rolników do uprawy nieużywanych gruntów będących własnością państwa.
„Jedyne, co trzeba było udowodnić, to to, że masz minimalny sprzęt i maszyny do uprawy ziemi, a otrzymasz aż do 13 hektarów (32 akrów)” – mówi Marie Aureille, antropolog badająca kubańskie rolnictwo w Laboratorium Antropologii Politycznej w Paryżu.
Jednak ci mali producenci otrzymują niewiele inwestycji, ponieważ rząd nadał priorytet spółdzielniom i państwowym gospodarstwom rolnym, jednocześnie zachęcając ich do kontynuowania produkcji pomimo kryzysu energetycznego, w ramach rewolucyjnej retoryki „wyżywienia narodu”.
Maykel kręci głową: „Pracujemy, żeby ludzie mogli jeść – pilnie potrzebujemy rozwiązań”.
Luis Torres García produkuje węgiel drzewny na swoim podwórku. Fot.: Strażnik
Węgiel drzewny to kolejna branża rozwijająca się w wiejskich regionach Kuby, napędzana zwiększonym popytem wynikającym z powtarzających się przerw w dostawie prądu. Luis Torres García (63 l.) produkuje ją od kiedy pamięta na swoim podwórku w pobliżu miasta Güira de Melena. „Przyzwyczailiśmy się do gotowania na nim” – mówi. „To w miastach ludzie mają trudności”.
Każdego ranka udaje się do lasu, aby ściąć drewno marabú, przywozi je do domu traktorem i pali w domowym piecu na świeżym powietrzu przez 10 dni, aż zamieni się w węgiel drzewny. Jego głównym klientem jest państwo, które płaci 900 peso za worek ważący około 9 kg. Podobnie jak rolnicy, może on sprzedać nadwyżkę prywatnie w celu pokrycia kosztów.
Pobiera stawkę rynkową – około 2,40 dolara (1,80 funta) za worek – choć ceny wzrosły aż do 4 dolarów za worek. „Pamiętam, jak to jest być biednym, głodnym i potrzebującym” – mówi. „Dlaczego mam skorzystać?”
Na werandzie jego żona Milagros Moreno starannie sortuje ryż, wyłapując zanieczyszczenia ziarno po ziarnku. Pracowała jako pielęgniarka w Güira de Melena, ale stan transportu pogorszył się do tego stopnia, że nie może już dojechać. Obydwoje krytycznie oceniają kampanię Trumpa „maksymalnego ciśnienia”.
„Ten szalony starzec powinien zostawić Kubę w spokoju, abyśmy mogli handlować z innymi krajami” – mówi Torres García, klikając językiem. „Chcą nas udusić, sprowokować wojnę przeciwko państwu”.
Ángel Reyes sprzedaje węgiel drzewny przy drodze. Mówi, że jego główną troską jest wyżywienie swoich dzieci. Fot.: Strażnik
Kilka kilometrów dalej od farmy Torresa Garcíi i Moreno Ángel Reyes (42 lata) sprzedaje worki z węglem drzewnym za 1300 pesos. W przeciwieństwie do Torresa Garcíi rozpoczął karierę zaledwie kilka tygodni temu. Pracował jako taksówkarz w San Antonio de los Baños, ale braki paliwa zmusiły go do znalezienia alternatywy. Węgiel był sposobem na „walkę z pieniędzmi”.
Jego dłonie pokryte są pęcherzami z kolców drzew marabú; nie ma rękawiczek i nie ma zamiaru ich szukać. – Gdzie w ogóle je znajdę? pyta.
Reyes zdaje sobie sprawę, że może spotkać się z inspekcjami państwowymi, ponieważ zazwyczaj nadzorują one produkcję, ale jak dotąd nie spotkały się z takimi inspekcjami i nie wydają się zaniepokojone. „To proste: muszę nakarmić swoje dzieci” – mówi. „Mogę im kupić parę butów raz w roku, ale jedzenie trzeba jeść codziennie”.