W wieku od 16 do 22 lat byłem animatorem dla dzieci. Najczęściej wróżka, czasem wiedźma, baletnica, księżniczka lub syrena – z rzucającymi się w oczy nogami pod ogonem. Pewnego razu, przezabawnie, biedronka.
Stawka godzinowa była doskonała, kostiumy urocze, a mali klienci jeszcze ładniejsi.
Moje szczególne umiejętności polegały na zapamiętywaniu imion każdego dziecka, przygotowywaniu setek trójkątów z wróżkami, odkurzaniu przestrzeni imprezowej w pełnym kostiumie, śpiewaniu, podczas gdy nakładałam iskierki na powieki moich małych biesiadników, oraz prowadzeniu małego samochodu typu hatchback wypełnionego 50 balonami z helem w kolorze gumy balonowej.
Aha, i to stanowisko wymagało dużej tolerancji dla zachowań rodziców.
Oczywiście ta praca nauczyła mnie o dzieciach. Ich wiara w magię zaczyna słabnąć w wieku około czterech lat, ale utrzymuje się do czasu, gdy osiągną dwucyfrową wartość. Chłopcy i dziewczęta, gdy otrzymają do wyboru nagrody, z równym prawdopodobieństwem wybiorą szminkę, lakier do paznokci i brokatowy cień do powiek. Prawdy o tym, kim dana osoba jest lub może być? To już tam jest, kiedy jesteśmy mali.
Dynamika grupy nie zmienia się aż tak bardzo. Obserwowanie dwudziestu sześciolatków często przypominało mi dorosłych kolegów na imprezie w pracy: napięcie, rywalizacja, humor jako odskocznia, delikatne sojusze, które mogą zmienić się w ciągu godziny. Zwycięstwo w grze w podanie paczki, dyskwalifikacja w muzycznych statuetkach, brak określonego rodzaju przekąski – te rzeczy mogą ujawnić dziecku, kim już jest i podpowiedzieć, kim może się stać.
Na tym etapie opiekowałam się dziećmi od lat, a całkiem niedawno sama zostałam dzieckiem, więc nie wydawało mi się to jakimś wielkim odkryciem.
Co jednak zauważyłem u dorosłych? Ups. Odkryłam to w sposób, który pozostał mi w pamięci przez te wszystkie lata.
podwójny cudzysłów. Szczególnie wystawne przyjęcia były tak wyraźnym przejawem bogactwa, deklaracją statusu
Moja wiedza na temat rodzicielstwa była wówczas minimalna; Miałem własnych rodziców, kontaktowałem się z rodzicami znajomych, ale nie przyglądałem się z bliska, jak traktują swoje małe dzieci, siebie nawzajem i młodą kobietę, której płacą za oczarowanie ich dzieci przez godzinę lub dwie.
Czasami organizowałem przyjęcie w sklepie z bajkami, ale najczęściej obserwowałem wizyty domowe.
Zanim zajęłam się biznesem wróżek, nigdy nie przyszło mi do głowy, ile różnych motywacji może kryć się za zorganizowaniem przyjęcia urodzinowego dla dzieci. Dla najpiękniejszych rodzin było to oczywiście tylko świętowanie, gest radości i ulgi, że ich dziecku udało się przeżyć kolejny rok wokół słońca.
Dla innych było to bardziej skomplikowane. Szczególnie wystawne przyjęcia były wyraźnym przejawem bogactwa, deklaracją statusu, sposobem na zdobycie określonego miejsca w hierarchii przedszkola. Strój, drogie prezenty, uprzejmość gościa – obserwowałam, jak wszystkie te czynniki wpływają na sposób, w jaki gospodarz przyjmuje gości.
Niektóre imprezy w ogóle nie były przeznaczone dla dzieci – moim zadaniem było odwracanie ich uwagi, podczas gdy rodzice pili, jedli i uczestniczyli w spotkaniach towarzyskich, na jakie mogą pozwolić sobie tylko rodzice małych dzieci.
Dynamika płci podczas tych wydarzeń była koszmarem. W przeważającej mierze matki były planistami, firmami cateringowymi, tymi, które mnie witały, płaciły i albo sprawiały, że czułam się mile widziana w ich domu – albo nie. Przeważnie ojcowie gromadzili się w małych kręgach wokół grilla, odchrząkując i rozmawiając o golfie. Były wyjątki. Ale nie tak wielu, jak bym chciał.
Jedna matka naśmiewała się ze mnie, że nie jeżdżę ładniejszego samochodu. Kiedy spóźniłam się pół godziny (upokarzające, ale naprawdę nieuniknione) na imprezę z motywem Pięknej i Bestii, rodzice zagrozili, że napiszą o mnie w lokalnej gazecie, a następnie – podczas gdy ich dziecko błagało mnie, abym nie mówiła więcej – praktycznie wyprosili mnie z domu.
Straciłam rachubę odrażających postaci taty i wujka, którzy znajdowali wymówkę, aby stać zbyt blisko mnie, wypowiadać ponure uwagi w zasięgu mojego słuchu lub pytać, czy organizuję imprezy dla dorosłych.
Czasem traktowano mnie jak księżniczkę. Serdecznie i obficie dziękowano, oferowano poczęstunek i entuzjastycznie recenzowano. Byłabym świadkiem prawdziwej, wspaniałej miłości pomiędzy dziećmi i członkami rodziny, którzy je uwielbiali.
Innym razem byłem skromnym pracownikiem. Porządkowano, poniżano, upominano przy innych gościach za przestępstwo polegające na niespełnieniu jakiegoś konkretnego, ale niewypowiedzianego oczekiwania. Albo, co gorsza, seksualnie.
Jeśli chodzi o dzieci, tak, one też potrafią być niegrzeczne. Zarzucano mi, że nie jestem magiczna (uczciwie), trzepałam skrzydłami w plecy (auć), zlekceważyłam zasady podstawowych gier towarzyskich.
Ale kiedy ładnie o coś poprosili? Czy byli wobec siebie delikatni, dzielili się prezentami, rozdawali najlepsze smakołyki swoim małym przyjaciołom? Kiedy spojrzeli na mnie, jakbym naprawdę mogła być magiczna? To było niewiarygodnie słodkie. To był zaszczyt być tym, za kogo mnie uważali: prawdziwą wróżką (lub czarownicą, baletnicą, księżniczką, syreną lub biedronką).
To dzieci sprawiły, że ta praca stała się magiczna. Ale wciąż myślę o rodzicach.