Strona główna Życie i styl Teren w Hiszpanii: jazda na rowerze szutrowym w górach Andaluzji | Wakacje...

Teren w Hiszpanii: jazda na rowerze szutrowym w górach Andaluzji | Wakacje w Andaluzji

4
0


Kiedy wsiadasz do vana z Anglikiem, pięcioma Irlandczykami i Szkotem, wiesz, że ktoś będzie wyglądał głupio. Przez kilka następnych dni moim celem jest to, żeby to nie być ja. Furgonetka zabiera nas z ruchliwej Malagi do odległej Andaluzji na cztery dni jazdy na rowerze szutrowym, coś, czego nigdy nie robiłem i nie jestem pewien, czy się do tego nadaję.

Większość moich doświadczeń związanych z jazdą na rowerze ogranicza się do pięciomilowej płaskiej podróży do pracy przez Londyn lub długodystansowych wakacji. Uwielbiam żeglować po gładkim asfalcie i zawsze byłem trochę snobistyczny, jeśli chodzi o trudne trasy. Po co podskakiwać, skoro można się ślizgać?

Mój poziom niepokoju wzrasta jeszcze bardziej, gdy staje się jasne, że moi towarzysze to weterani kolarstwa szutrowego i górskiego, którzy przygotowywali się do tej wycieczki. Są to głównie pracownicy służby zdrowia – lekarze, dentyści i fizjoterapeuci – co będzie dobrą wiadomością, jeśli coś pójdzie nie tak, ale oznacza też, że wszyscy są w lepszej kondycji niż ja. Widzę, że ugryzłem więcej, niż jestem w stanie przeżuć.

Zatrzymujemy się na północnym krańcu pasma górskiego Sierra Nevada, gdzie nasi przewodnicy, Tim i Jenny, witają nas piwem i broszurami pokazującymi, co nas czeka. Dane z nagłówka: około 60 km dziennie i zniechęcające 1400 metrów podjazdów i zjazdów.

Rower, który pożyczam, jest znacznie lżejszy od mojego, ma dwukrotnie szersze opony i obniżoną kierownicę rozciągniętą na boki, co zapewnia dodatkową kontrolę. Przełożenia są znacznie niższe, niż jestem przyzwyczajony, co oznacza, że ​​nawet najbardziej strome zbocza powinny być – w końcu – do pokonania.

Odcinki zjazdowe dla nowicjuszy na rowerach szutrowych okazały się wymagające technicznie. Foto: Czyste Góry

Następnego ranka jedziemy na północ w kierunku parku narodowego Sierra de Baza po czymś, co moi towarzysze nazywają „szampańskim żwirem” – w zasadzie twardą, płaską drogą usianą małymi kamieniami. Przemierzamy suchy teren i mijamy opuszczony plan filmowy, na którym grano miasto Flagstone w „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”. Dramatyczny, pusty krajobraz przyciągnął w te okolice niezliczone rzesze lokatorów i pojawił się w trylogii „Dolary” Sergia Leone, „Doktorze Żywago” i teledysku KLF.

Gdy zaczynamy wspinać się przez gaje migdałowe i docierać do pierwszych w tym tygodniu odpowiednich gór, grupa wyrusza w trasę. Tim prowadzi najzdolniejszego i najszybszego z przodu, a Jenny na rowerze elektrycznym z maruderami – w tym ze mną – aby mieć pewność, że nikt się nie zgubi. Przegrupowujemy się za każdym razem, gdy jest nieoznaczony zwrot i uzupełniamy siły batonami musli i suszonymi owocami.

Kiedy się wspinamy, Jenny i pozostali udzielają mi rad przed pierwszym w życiu zjazdem po żwirze: trzymaj ręce na kroplach, żeby się nie strąciły, jeśli uderzę w wyboje; waga jak najdalej do tyłu; obcasy opierały się na pedałach, a biodra balansowały tuż nad siodłem; nie jedź zbyt blisko osoby poprzedzającej; używaj obu hamulców jednocześnie; nie patrz na widoki, bo przegapiłem zakręt; pamiętaj o oddychaniu. Okazuje się, że sposobów na utratę kontroli jest wiele.

Chociaż nie jestem niczyją osobą, która potrafi szybko, udaje mi się dotrzeć w jednym kawałku, ale zanim docieramy do następnego hotelu, bolą mnie mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia.

podwójny cudzysłówChociaż nie jestem szybki, spisałem to w jednym kawałku, ale bolą mnie mięśnie, o których nie wiedziałem

Godne uwagi jest to, jak pusta jest ta część Hiszpanii; jedyne samochody, które widzieliśmy, to zatrzymaliśmy się na kawę w Gor, jednej z głównych wiosek odwiedzanych podczas corocznego, notorycznie brutalnego wyścigu szutrowego Badlands na dystansie 800 km. Jednak w przeciwieństwie do tętniących życiem nadmorskich miasteczek na wybrzeżu Costa del Sol, w których doszło do protestów antyturystycznych, ta spokojna część Andaluzji desperacko stara się przyciągnąć więcej ludzi, a my czujemy się bardzo mile widziani. Na jednym z nich widnieje napis: „¡Macrogranjas no, turismo sí!” („Megafarmy nie, turystyka tak!”)

Drugi dzień jest jeszcze spokojniejszy, przez cały dzień nie widać ani jednego samochodu. To dobrze, ponieważ dzień zaczyna się od wspinaczki na wysokość 1000 metrów na El Chullo, najwyższy szczyt w regionie Almería. Kierujemy się jednotorową ścieżką, mijając stosy kamieni i doły wykopane przez ukorzeniające dziki, po czym zatrzymujemy się w pobliżu szczytu na lunch składający się z bocadillos z szynką i serem. Dzisiejszy zjazd jest łatwiejszy i zaczynam się relaksować, obserwując, jak inni jeźdźcy podążają za swoimi trasami, chociaż wciąż zdarza mi się zapominać o oddychaniu, ponieważ jestem bardzo skoncentrowany.

Dzień trzeci również rozpoczyna się od wspinaczki na wysokość 1000 metrów, skąd roztaczają się wspaniałe widoki, gdy pokonujemy serpentynę za serią i w górę obok linii drzew na płaskowyż. Zaczynam się relaksować – mogłabym to robić codziennie. Nie liczyłem jednak na zjazd po drżących kości drogach, tak wyboistych, że wywołały skargi profesjonalistów biorących udział w World Gravel Series 2023. Pod koniec dnia bolą mnie nadgarstki. Jeden z moich kolegów-lekarzy powiedział mi, że dzieje się tak dlatego, że wciąż jestem zbyt spięty, ale myślę, że nie tylko ja odczułem cichą ulgę, gdy ruszyłem asfaltową drogą z powrotem do hotelu.

Rowery szutrowe idealnie nadawały się na polne drogi w wiejskich obszarach Andaluzji. Foto: Czyste Góry

Nasz ostatni dzień okazuje się najbardziej dramatyczny. Jeździmy wzdłuż suchych ramblas, czyli koryt rzek, które stanowią nowe wyzwanie z wiszącymi nad nami liśćmi przypominającymi dżunglę i błotnistymi odcinkami, które przypominają jazdę po owsiance.

Chmury, które straszyły nas przez cały dzień, nagle pękają i zaczynają nas moczyć. Gdy brniemy przez błoto, nagle widzimy wodę wypływającą zza rogu w górę rzeki. Gdy strużka zamienia się w wylew i rozprzestrzenia się po korycie rzeki, zamieniając owsiankę w zupę, jedziemy dalej. Moje koła momentami kręcą się w piasku, ale nauczyłem się pedałować i utrzymywać równowagę, aby utrzymać się w pozycji pionowej, zamiast hamować lub skręcać.

Tim przejmuje dowodzenie i kieruje nami, udziela wskazówek przez radio i prowadzi ludzi pod górę, aż wszyscy bezpiecznie znajdą się z drogi wznoszącej się wody, a po jednym mokrym podjeździe w naszym ostatnim hotelu wita nas Jenny z furgonetką pełną cavy. Kiedy pijemy, jeden z irlandzkich lekarzy żartuje: „Czy na to się zapisałeś?”

Patrzę na swoje przemoczone buty, brudny rower i obolałe ręce. Moja twarz jest pokryta błotem. Skończyło się na tym, że wyglądam głupio, ale to nie ma znaczenia. Widzę, że mój snobizm na temat jazdy po szutrach był głupi – jeździłem trasami, których rower szosowy nigdy by nie pokonał i przeżyłem przygody, które nigdy by się nie wydarzyły na asfalcie. Na drodze do mojej szutrowej konwersji było mnóstwo dosłownie wybojów, ale okazało się, że stanowią one część atrakcyjności. Po co ślizgać się, skoro nierówności sprawiają tyle frajdy?

Pięciodniową wycieczkę rowerową po szutrze po Sierra Nevada zorganizowała firma Pure Mountains, która oferuje wycieczki z przewodnikiem od 870 GBP za osobę i wycieczki z przewodnikiem od 1090 GBP za osobę