Strona główna Sport Wyścigi dronów do ataków dronów: czy wojna i sport stały się nie...

Wyścigi dronów do ataków dronów: czy wojna i sport stały się nie do odróżnienia? | Sport

14
0


Jedną z bardziej zaskakujących ciągłości roku 2026 jest wizualne pokrewieństwo między Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi a nielegalną i niesprowokowaną wojną Stanów Zjednoczonych w Iranie. Najważniejszym elementem relacji telewizyjnych z ostatnich Igrzysk w Milano Cortina były szybkie drony z kamerami, dzięki którym widzowie byli na wyciągnięcie ręki od wydarzeń, gdy olimpijscy sportowcy pędzili po stokach i torach podczas zawodów narciarskich i ślizgowych. Pomijając nieustanny wrzask dronów, wprowadzenie kamer na quadkopterach wydawało się prawdziwym krokiem naprzód w relacjonowaniu sportów zimowych, nadając (dosłownie) nową perspektywę wydarzeniom, które w ciągu ostatnich dziesięcioleci stały się dość statyczne jako doświadczenie oglądania.

Zaraz po zakończeniu igrzysk olimpijskich na naszych ekranach ponownie pojawiły się nagrania lotnicze – tyle że w tym przypadku materiał był znacznie mroczniejszy. Zamiast absurdalnej elastyczności bioder narciarzy jadących slalomem i szybkiego pokonywania zakrętów przez monobobbery, przez ostatni miesiąc nasze kanały były zalewane zdjęciami satelitarnymi i dronami przedstawiającymi armię amerykańską wysadzającą w powietrze irańskie samoloty, statki, pojazdy, budynki z amunicją i obywateli. Perspektywa powietrzna, która przeniosła na nasze ekrany siłę, szybkość, elastyczność i radość olimpijskiej rywalizacji, teraz przenosi na nasze telefony codzienne okropności wojny w łatwych do przekąszenia, dwuminutowych klipach. W erze kaczki po koktajlu mlecznym niemal oczekuje się, że wszystko, co pozytywne w naszej kulturze, w końcu się zepsuje – a technologia jest oczywiście etycznie agnostyczna i stanowi narzędzie, które można wykorzystać zarówno do dobrych, jak i złych celów. Jednak nawet w kulturze tak zdeprawowanej i obłudnej jak nasza płynne przejście od dostarczanego przez drony materiału filmowego przedstawiającego doskonałość olimpijską do dostarczanego przez drony materiału filmowego przedstawiającego zbrodnie wojenne było naprawdę wstrząsające.

W ostatnich tygodniach toczyło się wiele dyskusji na temat „zapamiętywania” wojny, czego najwyraźniejszym wyrazem było przywłaszczenie sobie przez administrację Trumpa obrazów z Hollywood i gier w filmach przedstawiających działania wojskowe USA w Iranie. Mniej zwracano uwagę na stopień, w jakim wojna, przynajmniej w USA, jest coraz częściej komunikowana opinii publicznej i – co najbardziej niepokojące – prowadzona przez wizualny i behawioralny pryzmat fandomu sportowego.

Być może status drona jako technologii łączącej sport z wojną nie powinien być wielkim zaskoczeniem. Profesjonalne wyścigi dronów pojawiły się wraz z nadejściem niszowego boomu sportowego około dziesięć lat temu. Drone Racing League, największe i najpopularniejsze zawody w tym ekscytującym, hałaśliwym i szybkim nowym sporcie, obejmowały pilotów w goglach prowadzących lekkie drony z widokiem pierwszoosobowym z prędkością do 150 km/h po oświetlonych neonami tymczasowych torach przeszkód zbudowanych na stadionach istniejących profesjonalnych franczyz sportowych. Wiele torów wyścigów dronów rozciągało się na trybuny samych stadionów, co oznaczało, że obecność widzów na żywo zawsze była drugorzędna w stosunku do akcji: był to sport zaprojektowany z myślą o oglądaniu go przede wszystkim na ekranie, za pośrednictwem krótkich fragmentów ustawionych na szybkie elektroniczne bity. Wojsko odgrywało rolę w wyścigach dronów niemal od momentu powstania ligi w 2015 r. Siły powietrzne Stanów Zjednoczonych były długoletnim sponsorem Drone Racing League, wykorzystując zawody jako poligon do rekrutacji nowych pilotów, podczas gdy w ramach ligi powstały spółki typu spin-off, takie jak Performance Drone Works, obecnie jeden z wiodących dostawców systemów latających bez załogi dla armii amerykańskiej.

Liga istniała przez kilka lat po przekształceniu PDW w osobnego kontrahenta wojskowego, zanim została przejęta w 2024 r. przez startup Metaverse Infinite Reality. Od tego czasu wydaje się, że Liga Wyścigów Drone, podobnie jak sama Infinite Reality, popadła w mrok; liga nie organizowała żadnych wydarzeń ani nie publikowała postów w mediach społecznościowych od prawie roku, a jej strona internetowa jest zepsuta. Być może jest to zgodne z projektem: dron przeżył swoje początki jako pojazd do zawodów sportowych i jest obecnie czystym narzędziem bojowym. (Chociaż są one znacznie większe niż drony z widokiem pierwszoosobowym używane do wyścigów, obserwacji i robienia zdjęć, irańskie drony Shahed i naśladowcy amerykańskie drony Lucas to broń definiująca obecną wojnę). Jednak mariaż ducha militarnego i sportowego, który dał początek wyścigom dronów, przetrwał w innych wymiarach tego konfliktu.

W kulturze sportowej, która chce pozbyć się widzów na żywo (lub przynajmniej sprawić, by uczestnictwo w wydarzeniach sportowych na żywo było tak zaporowo drogie, że stanie się przywilejem nielicznych zamożnych) i pośredniczyć w konsumpcji sportu za pośrednictwem ekranu, istnieje ponura logika ewolucyjna przemawiająca za zastąpieniem profesjonalnych wyścigów dronami i przelatujących przez bramki olimpijskich narciarzy nakręconym z drona materiałem filmowym przedstawiającym, jak armia amerykańska niszczy cele na Bliskim Wschodzie. Te klipy oczyszczają konflikt, oczyszczając go z jego bardzo realnych kosztów materialnych i ludzkich: cały terror i zniszczenia wojenne, których doświadczają osoby w strefie strajku, zostają rozebrane do serii maksymalnie emocjonujących strzałów śmierci. To wojna jako sport: akcja bez żywych świadków, skrupułów i konsekwencji, czysta kineza niezakłócona chaotycznym kontekstem.

Administracja Trumpa nie podjęła żadnej fundamentalnej próby usprawiedliwienia wojny przed narodowi amerykańskim ani uzyskania zgody Kongresu na atak na Iran. Zamiast tego wydaje się, że celem jest legitymizacja wojny jako rozrywki. Biały Dom chce, aby społeczeństwo „konsumowało” tę wojnę w taki sam sposób, w jaki mogłoby doświadczyć March Madness czy Major League Baseball: pasywnie, jako serię krótkich rozrywek, które można bezczynnie przeglądać na naszych telefonach. Rzeczywiście przypomina to sposób, w jaki sam prezydent przyswaja informacje o konflikcie. Według niedawnego raportu codzienne informacje Donalda Trumpa na temat postępu wojny przekazywane przez urzędników wojskowych mają przeważnie formę dwuminutowych montaży wideo przedstawiających „wysadzanie w powietrze”. Każdego dnia zespół menedżerów ds. mediów społecznościowych przegląda surowy materiał filmowy z dronów i rakiet, aby „nagrać” konflikt z tym samym okiem, obserwując emocje, jakie NBA mogłaby wykorzystać do stworzenia pakietu wsadów na Wemby. Marketing wojny jest równie bezduszny jak sama wojna. O ile wyścigi dronów pomogły państwu wojskowemu USA wyobrazić sobie przyszłość działań wojennych, wojna w Iranie pomaga nam wyobrazić sobie przyszłość sportu – jako zdeterytorialnej, przyjaznej dla widzów rozrywki, dostępnej w dowolnym miejscu i na dowolnym urządzeniu, w którym los osób na ziemi jest przypadkowy z interesami osób sprawujących władzę.

Ta wojna nie tylko odzwierciedla kulturową dominację kultury klipów sportowych, ale także ilustruje stopień, w jakim Trumpowskie bzdury zdegradowały język globalnej dyplomacji. Podczas gdy tysiące ludzi ginie w Iranie, Libanie, Zatoce Perskiej i poza nią, tweety naczelnego wodza na temat wojny są jeszcze bardziej prostackie i głupie niż zwykle: „Otwórzcie pieprzoną cieśninę, wy szalone dranie” – napisał w niedzielę Trump. Polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych kieruje obecnie najbardziej wstrętny członek waszego sportowego czatu grupowego. Gdy świat balansuje na krawędzi katastrofy militarnej i gospodarczej, prezydent jest przyklejony do telefonu, latając z całą finezją Philipa Seymoura Hoffmana w „ Along Came Polly”. Nawet arbitralne terminy i ultimatum rzucone przez Trumpa przywódcom Iranu są zaprogramowane jak najważniejsze wydarzenia sportowe i zbiegają się z godzinami największej oglądalności na wschodnim wybrzeżu USA.

Przymus patrzenia na wszystko w tej wojnie przez pryzmat sportu nie ogranicza się do prezydenta. Sekretarz stanu Marco Rubio stwierdził niedawno, że Stany Zjednoczone widzą „linię mety” w Iranie. Znęcanie się i machizm sportowego sportowca słychać w każdej nadętej wypowiedzi sekretarza obrony Pete’a Hegsetha na temat „dominacji”, „śmiertelności” i „niezłomnej determinacji” amerykańskiej armii. Niezakłócona bólami świadomości, klasa polityczna może swobodnie postrzegać wojnę jako grę i wołać o „więcej bomb”, które wyślą Iran „z powrotem do epoki kamienia łupanego” tym samym głosem oraz z tą samą plemienną i pozbawioną ryzyka intensywnością, z jaką kibicują swojej ulubionej drużynie futbolowej z college’u. W pewnym sensie ciągłe rozgłaszanie przez administrację o amerykańskich postępach i zwycięstwach w obliczu irańskiego oporu, który jest sztywniejszy i bardziej wykwalifikowany, niż oczekiwano, stanowi również szorstkie zapożyczenie z języka współczesnego sportu, z jego dogmatem urojeniowej wiary w siebie i nalegania na ignorowanie niepowodzeń w rywalizacji, aby „zaufać procesowi”. Nawet osoby spoza Pokoju Sytuacyjnego robią, co w ich mocy, aby pogłębić powiązania między sportem a państwem Trumpa. Kash Patel, człowiek, którego doświadczenie na stanowiskach politycznych jest tak nieodróżnialne od żądnego towarów fandomu, że kazał sobie uszyć parę niestandardowych butów Nike z logo FBI, w zeszłym miesiącu był gospodarzem wydarzenia, podczas którego zawodnicy UFC pomogli w szkoleniu agentów FBI. (Czytelnicy być może pamiętają, że Patel występował w przeszłości w związku z obowiązkami politycznymi w meczach z Liverpoolem). Następnie przez całą wojnę dochodzi do wątpliwej aktywności na rynkach inwestycyjnych i prognostycznych: choroba zakładów sportowych tak całkowicie zainfekowała Magaverse, że nietrudno sobie wyobrazić, że przebieg tej wojny zaplanowany jest w taki sposób, aby zmaksymalizować możliwości spekulacji wśród członków najbliższego otoczenia Trumpa.

Czy wojna i sport stają się nierozróżnialne? Być może to przesada, ale coraz wyraźniej widać, że kultura sportu ma kluczowe znaczenie dla chaosu panującego na Bliskim Wschodzie. Hiszpański pisarz José Ortega y Gasset argumentował kiedyś, że nowoczesne państwo wyłoniło się ze sportu – że pragnienie młodych sportowców, aby wyruszyć w świat, aby polować, prowadzić wojny i ucztować, zmusiło pierwszą organizację społeczeństwa do formy politycznej z ustalonymi rytuałami, prawami i instytucjami. Ostatecznie w specyficznej historii cywilizacji Ortegi y Gasseta dojrzali mężczyźni zdominowali sprawy publiczne, a wigor młodych i wysportowanych ludzi został zastąpiony spokojem i rozsądkiem osób w średnim wieku.

Do tej historii współczesna Ameryka dodaje teraz niepokojącą kodę: pod przewodnictwem nominalnie dojrzałych mężczyzn, którzy nią rządzą, dzisiejsze Stany Zjednoczone powracają do stanu prymitywnej świadomości sportowej. Różnica polega oczywiście na tym, że władcy tego odrodzonego państwa nie wykazują żadnej energii ani odwagi, które towarzyszą faktycznemu udziałowi w zawodach sportowych. Przywódcy amerykańscy zachowują się nie jak aktorzy na arenie, ale jak widzowie: konsumują wojnę jako fani, komentują ją jak fani, prowadzą ją jak fani, a ich żądza eskalacji ukazuje całą nieodpowiedzialność najgorszego rodzaju podżegania na boku. Kresem stanu sportowego nie jest zakończenie kariery poza sportem, ale powrót do sportu, nie dojrzałość, mądrość, tolerancja czy wdzięk, ale upadek woli wykonawczej w impulsywny i bezwstydny fanatyzm.