Strona główna Sport To jeszcze nie koniec, ale gotowe: Lamine Yamal uśmiecha się, prowadząc Barcelonę...

To jeszcze nie koniec, ale gotowe: Lamine Yamal uśmiecha się, prowadząc Barcelonę na skraj tytułu | Barcelona

11
0


Lamine Yamal nie przekroczył jeszcze linii mety, ale już świętował, a wszyscy podążali za nim. To jeszcze nie był koniec, nie oficjalnie, ale stało się: derby i cała ta cholerna sprawa. W te wieczory, w które Barcelona zdobyła dwa ostatnie tytuły mistrzowskie, zrobiła to przeciwko RCD Espanyol, wychodząc poza granice miasta i wracając jako mistrz; Wieczorem, gdy zdobyli trzeci tytuł w ciągu czterech lat, zmierzyli się z tymi samymi przeciwnikami: rywalami, z którymi dorastał bramkarz Barcelony i przeciwko którym dorastało wielu z nich. Wypędzony z boiska Cornelli w 2023 r., jadący na rowerze Avinguda Diagonal w 2025 r., tym razem był to 18-latek, któremu udało się symbolicznie uciec.

Do zdarzenia w sobotni wieczór pozostało trzy i pół minuty. Marc Casadó przepuścił piłkę, Lamine Yamal dobiegł do niej, a dobiegł do niej Marko Dmitrovic. Napastnik Barcelony zablokował wybicie bramkarza Espanyolu, a odbicie go ustawiło, pozostawiając Dmitrovica i wszystkich innych, aby mogli oglądać to, co nieuniknione. Samotny, wbiegając w pole karne z otwartą bramką przed sobą, Lamine Yamal zwolnił, uśmiechnął się, a może nawet trochę zaśmiał, chłonąc chwilę i podniósł ramiona, a Usain Bolt kontemplował Richarda Thompsona i Waltera Dixa. Nie skończył, jego zespół też nie, ale wiedział. Wszyscy to zrobili.

Lamine Yamal wrzucił piłkę do siatki i usiadł na tablicach ogłoszeniowych, przyglądając się temu, co przed chwilą zrobił. Koledzy z ławki skierowali się w stronę Lamine’a Yamala, a Fermín López pojawił się jako pierwszy. 3:1 z miejskimi rywalami, dziewięć punktów przewagi nad największymi rywalami, w swoim setnym meczu ligowym właśnie dokonał – co oni wszyscy mieli – i zdobył tytuł mistrzowski. W wieku 18 lat będzie to jego trzeci występ. Przygładził włosy, odtańczył mały taniec, a potem gra, już zakończona, zaczęła się od nowa. Dwadzieścia sześć sekund później Marcus Rashford zdobył cztery bramki. Podanie Lamine’a, kolejne, też to rozpoczęło.

Lamine Yamal rozpoczął świętowanie, zanim strzelił decydującego gola przeciwko Espanyolowi. Zdjęcie: Bagu Blanco/Pressinphoto/Shutterstock

Trzecim, decydującym celem był portret, metafora wyścigu o tytuł, obraz tego, jak to jest: nie zrobione, ale zrobione, jeszcze nie matematycznie, ale wkrótce, coś, co już będzie świętować. Jeśli fakt, że strzelił gola Lamine Yamal, wydawał się słuszny – jeśli sposób, w jaki to zrobił, także ten bezczelny uśmiech rozciągający się na jego twarzy, teraz nietykalny – to fakt, że w ogóle nadal tam był, był czymś.

Barcelona szybko wyszła na prowadzenie, a Ferran Torres zakończył serię 14 meczów bez gola, zdobywając dwa z nich, w tym drugi po absurdalnym podaniu Lamine Yamala, i niemal nadszedł czas, aby on i Pedri opuścili boisko wcześniej, zgodnie z planem, aby odpocząć przed wtorkową misją powrotną do Ligi Mistrzów w Metropolitano. Espanyol nie wygrał w 2026 roku, a to seria 14 meczów bez zwycięstwa, która rozpoczęła się od ostatniego meczu z Barceloną. Ich trener narzekałby, że sprezentowali im cele: przeskoczenie przez Gaviego mierzącego 170 cm wzrostu sprawiało, że zaczynało się chcieć srać na siebie, powiedział Manolo González. Kiedy czekali w tunelu na drugą połowę, Gavi powiedział swoim kolegom z drużyny „zdobądź trzecią, a ich zabijemy”.

Zamiast tego Pol Lozano oddał jedną bramkę przed upływem godziny, a derby, jak przyznał Hansi Flick, były „zacięte”, więc Lamine Yamal i Pedri pozostali w grze. „Samochód Espanyola zepsuł się kilka tygodni temu i Camp Nou nie było właściwym miejscem, w którym można znaleźć warsztat, który by go naprawił” – napisał El Periódico, mordując ich motoryzacyjną metaforę. „W pierwszej połowie silnik wydawał dziwne dźwięki i wyciekał olej, ale w drugiej była to dobrze naoliwiona maszyna, a ta podjazdowa ulica zamieniała się w czystą autostradę”. Na pięć minut przed końcem Roberto Fernándezowi wciąż było tylko 2:1 i nie udało mu się dobić z krawędzi pola karnego. Wkradła się lekka nerwowość, szansa mogła przepaść. González twierdził, że miejsce to znajdowało się teraz bliżej cmentarza Les Corts, tuż za północną trybuną, gdzie spoczywają Paulino Alcántara i Ladislao Kubala. Ale potem pojawił się Lamine Yamal, powoli zbliżając się do linii, Camp Nou ponownie wzniosło się, ożywiło, a González siedział tam z głową opartą na dłoniach. Espanyol znów utknął na czyjejś imprezie, żałując, że ich tam nie ma.

Manolo González patrzył, jak jego zespół poniósł kolejną porażkę. Zdjęcie: Bagu Blanco/Pressinphoto/Shutterstock

Nie zabrakło okrzyków i piosenek, a także skandowań, że Espanyol może wrócić do Segundy: po świetnym początku sezonu ich przewaga nad spadkiem nadal wynosi sześć punktów, ale zdobyli tylko pięć z 42 punktów, co obrońca Fernando Calero nazwał „pierdolonym gównem”. Następnie fani rozpoczęli Bad Moon Rising. Papugi, opowiedzcie mi, jak to jest / mieć swój dom w Cornelli / Zburzyli Sarrię / Poszliście w góry / Wyrzuciliśmy was z miasta / Poszliście, żeby zostać mistrzami / Módlmy się, abyście zniknęli. Po gwizdku kończącym mecz padło kilka słów – „Każdy jest rewolwerowcem, kiedy wygrywa, a kiedy przegrywa, trzeba to przełknąć” – powiedział później González – ale głównie były to uściski. Zawodnicy Barcelony – ośmiu z nich było w akademii i wychowywało się na tej rywalizacji – przez chwilę podskakiwali przed kibicami, a następnie udali się po boisku, skandując: „Tak, możemy!”

Przed derbami Flick powiedział, że priorytetem jest Liga Mistrzów, że to trofeum, którego naprawdę chcą, a po zdobyciu krajowego tytułu mistrzowskiego wkrótce ustąpiło miejsca czemuś większemu. A jednak jego skład temu zaprzeczał. W piątek Real Madryt stracił jeszcze dwa punkty, do trzech, które stracił osiem dni wcześniej, a następnego wieczoru wyjściowa jedenastka Barcelony prezentowała się tak dobrze, jak to tylko możliwe, bez żadnych ustępstw. W miarę trwania derbów można było się obawiać zmęczenia, ale szansa była zbyt dobra, aby ją rezygnować. A na koniec był Lamine Yamal, którego tytuł był teraz nieunikniony.

Bezsporne też. W piątek Madryt zremisował 1:1, a Gironie odmówiono rzutu karnego w ostatniej minucie, mimo że Kylian Mbappé leżał z zakrwawioną twarzą w miejscu uderzenia łokciem Vitora Reisa. Jednak choć kibice byli wściekli, gwizdki na Santiago Bernabéu pokazały, że problem sięga głębiej: prawdziwy gniew jest zarezerwowany dla ich własnego zespołu i, po opracowaniu podstaw, wiedzą, że tytuł można wytłumaczyć czymś prostszym: Barcelona jest lepsza. Znacznie lepiej.

Real Madryt nie czuł się dobrze po remisie z Gironą po tym, jak nie otrzymał rzutu karnego za uderzenie łokciem Vitora Reisa w twarz Kyliana Mbappé. Zdjęcie: Mutsu Kawamori/AFLO/Shutterstock

Kiedy Madryt wygrał clásico w październiku, trudno było myśleć o jakimś wybitnym występie, ale czuło się, że coś może się rozwijać i mieli pięć punktów przewagi nad Barceloną, z którą coś było nie tak. To był rodzaj zwycięstwa, które może przełożyć się na cały sezon, a Madryt byłby na szczycie aż do 14. tygodnia. Tymczasem Flick już w trzecim tygodniu ostrzegał, że „ego zabija sukces”, a dwa tygodnie przed clásico był świadkiem, jak jego zespół został rozbity przez Sevillę. Jednak tamtej nocy zwycięstwo Madrytu zostało przyćmione przez tupiący Vinícius Júnior, co wydawało się wówczas absurdalne, a z biegiem dni znaczące. Wkrótce zremisowali trzy z rzędu – Rayo, Elche, Girona – a następnie przegrali z Celtą. Barcelona pokonała ich w finale Superpucharu. Xabi Alonso został zwolniony. Albacete pokonało ich w Copa del Rey.

Krótki przewodnikWyniki La LigaPokaż

Real Madryt 1:1 Girona, Real Sociedad 3:3 Alavés, Elche 1:0 Valencia, Barcelona 4:1 Espanyol, Sevilla 2:1 Atlético Madryt, Osasuna 1:1 Real Betis, Mallorca 3:0 Rayo Vallecano, Celta Vigo 0:3 Real Oviedo, Athletic Club 1:2 Villarreal.

Poniedziałek: Levante – Getafe

Dziękujemy za Twoją opinię.

Na krótko było lepiej, przebłyski czegoś, czego nadal się trzymają, szczególnie w Europie, ale przeważnie było gorzej. Na pewno w lidze. Wciąż trudno wyobrazić sobie naprawdę imponujący występ. Może Betis? Wielka noc Gonzalo Garcíi. Dla kontrastu, Barcelona wygrała 19 z 21 meczów od clásico – czyli dziewiętnaście – i chociaż Girona rozwaliła ich na kawałki, było to ostrzeżeniem, a druga porażka z Realem Sociedad była trudna do zrozumienia, Rino Matarazzo patrzył w niebo i podawał „inne wyjaśnienia”, niebiańskie. Chociaż słabość pozostaje, mimo że Atlético zniszczyło ich w pucharze, a następnie pokonało w Europie, Barcelona od października straciła punkty tylko dwa razy. Madryt tracił punkty w czterech z ostatnich siedmiu meczów.

Kiedy w sobotni wieczór Barcelona zapewniła sobie kolejne zwycięstwo w derbach, niepokonana od 30 meczów przeciwko Espanyolowi, zyskała dziewięć punktów przewagi na szczycie tabeli, mając zaledwie 21 punktów w grze. Na okładce „Sportu” widniał napis „liga w worku”, a El Mundo Deportivo opisał ją jako „imprezę, która smakuje jak liga”, zanim oba katalońskie dzienniki sportowe zabrały się za większe sprawy w środku. Wyprzedzając resztę, teraz nieosiągalny i świadomy, że stało się to, zanim oficjalnie to nastąpiło, chwila Lamine’a Yamala, jego uśmiech i radość podsumowały wszystko. „Nie, to jeszcze nie koniec” – powiedział Flick, ale linia jest już na miejscu i nikt ich teraz nie złapie.