Pytanie nie brzmi: dlaczego, ale dlaczego trwało to tak długo? To połączenie heavy metalu i muzyki klasycznej, tak jak zrobi to Filharmonia w przyszłym tygodniu podczas koncertu Forged in Sound: Heavy Metal Orchestrated w ramach festiwalu Multitudes w Southbank Centre.
Więcej łączy metal i muzykę klasyczną, niż je różnicuje. Miłość do głośności, podkręcanie hałasu do 11? Sprawdź, od Black Sabbath po Strawińskiego. Kult wirtuozerii, szybkości, techniki i orgiastycznego nadmiaru instrumentalnego, od Vivaldiego po Van Halena? Absolutnie. Zbyt łatwo parodiowane poczucie pompatyczności, pseudopowagi i wyrazistej przepychu i okoliczności? Daję wam Richarda Wagnera i Iron Maiden. Uzależnienie od krzykliwego widowiska, PR-owy flirt z ciemną stroną w celu budowania mitologii muzyki i wykonawców? To też.
Krążyły pogłoski, że dziewiętnastowieczna gwiazda skrzypiec Paganini zawarła układ z Lucyferem, taka była jego wirtuozja. Policja moralności w Ameryce lat 80. wyobrażała sobie, że nastolatki odtwarzające metalowe płyty podżegają do satanizmu (pamiętacie naklejki „Porady rodzicielskie”?).
To właśnie w kopalniach muzyki klasycznej naprawdę ukształtowało się brzmienie gitary heavy metalowej, jak pokazuje fascynujące studium Roberta Walsera Running with the Devil. Ritchie Blackmore z Deep Purple wzorował swoje solówki na Vivaldim, Randy Rhoads potrzebował Pachelbela do nakręcenia Blizzard of Ozz Ozzy’ego Osbourne’a, a Van Halen zwrócił się do Rodolphe’a Kreutzera w Eruption – jego epokowej solówce na jego debiutanckim albumie. 101 sekund Eruption przyczyniło się do rozwoju techniki gry na gitarze elektrycznej w latach 70. XX wieku, tak samo jak którykolwiek z potworów techniki klasycznej zrobił dla swoich instrumentów w poprzednich stuleciach.
Oprócz wirtuozerii klasykę i heavy metal łączy także obsesja na punkcie techniki, przekraczanie granic, które poprzednie pokolenia uważały za niemożliwe do osiągnięcia – technika pukania Van Halena, używanie prawej ręki nad lewą na gryfie gitary, podwójne oktawy Liszta i wyczyny zapamiętywania – oraz poszukiwanie szybszych, głośniejszych, intensywniejszych i bardziej wciągających poziomów spektaklu. Tam, gdzie dominowała klasyka, podążał metal.
Patrząc w otchłań: dyrygent Filharmonii Santtu Mathias Rouvalli Foto: Fot. Marco Borggreve
Są jednak granice, których Filharmonia jeszcze nie przekracza. Chcesz większej intensywności, większej szybkości, większej ekstremalności, dźwiękowej przemocy, blastów, awangardowej przygody i świadomości społecznej? Odpowiedzią na wszystkie te w metalu jest Napalm Death. Wyobraźcie sobie grindcore’owy zespół we współpracy z potężną industrialną orkiestrą i deathmetalowym growlingiem: pomyślcie tylko, co by się stało, gdyby Throes of Joy in the Jaws of Defeatism, ich niszczycielska płyta z 2020 roku, wysublimowany odpowiednik patrzenia w otchłań i przetrwanie, lub From Enslavement to Obliteration, gardłowy krzyk z podziemia z ich drugiego albumu, został orkiestrowo przekuty. Świat muzyczny zatrząsłby się na własnej osi. Pamiętaj, że w przyszłym tygodniu ogłaszany jest sezon studniówek – zawsze jest szansa. Czy nie ma?
Wśród ogłoszonego wczoraj nowego sezonu Opery Królewskiej odbędzie się nieodparte wagnerowskie starcie. Czy nowa inscenizacja ostatniego dramatu muzycznego Wagnera, Parsifal, w reżyserii Evgeny’ego Titova może osiągnąć ten sam poziom i przyciągnąć publiczność, co Götterdämmerung Barrie’go Kosky’ego – ostatnia część jego trwającego cyklu Pierścień? W obu produkcjach rywalizują ze sobą także dwaj dyrygenci Covent Garden: były dyrektor muzyczny Opery Królewskiej, Antonio Pappano, zasiada w narożniku Ring; nowo powołany na tę rolę Jakub Hrůša wciela się w Parsifala.
Torturowany…? Christian Gerhaher i Brindley Sherratt w Wozzecku Berga w Royal Opera House w 2023 roku. Obaj śpiewacy wystąpią w nowej produkcji Parsifala. Zdjęcie: Tristram Kenton/The Guardian
Pierścień to jedna z najlepszych rzeczy, jaką RBO zrobiło w ostatnich latach, ale postawię pieniądze na Parsifala, choćby dlatego, że Amfortas, torturowany Król Graala Christiana Gerhahera, może być po prostu kolejnym z tych przedstawień na przestrzeni wieków, pośród operowego rytuału przesiąkniętego krwią odkupienia. I tak – poza tragicznymi zgonami mitycznych postaci na scenie – dla nas wszystkich, którzy słuchają i oglądają, na spalonej ziemi Wagnerowskich wizji apokalipsy i odnowy nie ma zwycięzców ani przegranych.
W tym tygodniu Tom słuchał: Sunrise Suite fińskiej kompozytorki Idy Moberg: poematu tonowego z 1909 roku, który odważa się na oszczędność, a także blask i iluminację; kosmiczny pajęczyna w brzmieniu orkiestrowym.