Warner Bros wolałoby, abyście określali ich nowe, twarde podejście do Mumii w stylu R, mianem Mumii Lee Cronina, co było zaskakująco imponującym stwierdzeniem, które w ciągu ostatnich kilku tygodni wywołało w Internecie zasłużone kpiny. Częściowo ma to na celu oddzielenie go od nadchodzącego powrotu Universalu do serii lat 90. i 90. XX w. (Blumhouse, twórcy hitu horroru, który stał za filmem, w zeszłym tygodniu zamieścił na X post: „BRENDAN FRASER NIE JEST W MUMII LEE CRONINA”), a także tego, co reprezentowały te filmy – bezpieczeństwa, przyjaznego rodzinom i łatwego do założenia w parkach rozrywki. To także próba wykorzystania naszego popowego momentu autorskiego, który Warners pomógł stworzyć wraz z Ryanem Cooglerem i Zachem Creggerem, zarówno na czele, jak i w centrum kampanii ich hitowych filmów gatunkowych zeszłego roku (w zwiastunie The Mummy w szczególności zwiastuje się to jako „ze studia, które przyniosło ci broń”, jak gdyby to miało tak wiele znaczyć).
Chociaż odświeżające jest obserwowanie studia skupiającego się na wypychaniu reżysera nad aktora (ostatnia próba nakręcenia filmu „Mumia” opierała się na gwiazdorskiej sile Toma Cruise’a, a decyzja ta nie mogła powstrzymać filmu przed stratą znacznych sum pieniędzy), świadczy to także o niezasłużonym pobłażaniu i przyspieszonym ukoronowaniu geniuszu, zanim ktoś miał naprawdę szansę się wykazać (trend polegający na przegrywaniu chwilowych wydarzeń, od którego musimy się oddalić i który, według jego uznania, Cronin był nie jestem pewien, czy jestem częścią). Cronin, irlandzki reżyser, który do tej pory nakręcił zaledwie dwa filmy (Dziura w ziemi i Martwe zło powstaje), jest niezaprzeczalnym talentem wizualnym, ale jego mumia jest też absurdalnie, strasznie długa (134 minuty to niedopuszczalna długość jak na tak cienki film gatunkowy), niepewna tonalnie i, co zabójcze, wcale nie aż tak przerażająca. Jest to także, jak na coś tak wyraźnie przypisanego tylko jednej osobie, film, na który duży wpływ wywarła twórczość wielu, wielu innych osób. Być może nie będzie to przypominało filmu o mumii, jaki widziałeś wcześniej, ale sprawi wrażenie czegoś zupełnie innego.
Po tym, jak Mumia Toma Cruise’a zniszczyła skazany na zagładę Mroczny Wszechświat, Universal próbował znaleźć mniejsze, mądrzejsze i, co najważniejsze, tańsze sposoby wykorzystania swoich klasycznych potworów. „Niewidzialny człowiek” Leigha Whannella stał się thrillerem przypominającym „Śpiący z wrogiem”, Renfield pod wodzą Nicolasa Cage’a zamienił pobocznego bohatera Draculi w główną rolę w komedii o wysokiej koncepcji, Abigail zamieniła thriller kryminalny w komediowy horror, porwając córkę Draculi, a następnie Wolf Man skupił się w jednym miejscu ze swoim błędnym komentarzem na temat toksycznej męskości. Mumia Cronina to znacznie wspanialsza – i można by sobie wyobrazić droższą – propozycja, ale jest to podobna próba uniknięcia tego, co oczywiste. To znajomy, przerażający horror dla dzieci w stylu Egzorcysty, Omenu, Sieroty czy debiutu Cronina, Dziury w ziemi, ale opakowany nieco inaczej…
Przerażającą dziewczynką jest Katie, która po zaginięciu w Kairze osiem lat wcześniej zostaje znaleziona we wraku katastrofy lotniczej, przechowywana w ozdobnym sarkofagu, jako podejrzana ofiara handlu ludźmi. Jej rodzice na emigracji (Jack Reynor i Laia Costa, próbujący jak najlepiej, jeśli chodzi o resztki), którzy od tego czasu przeprowadzili się do Nowego Meksyku z dwójką małych dzieci, zabierają ją do domu, ale ostrzega się ich, że cierpi na syndrom zamknięcia i wyciągnięcie jej z domu zajmie trochę czasu. Jednak pomimo całej grozy związanej ze zniknięciem Katie, uchwyconej przez złowrogą miejscową kobietę, która wykorzystuje swoją córkę do „czyszczenia” jej cukierkami, jej powrót zostaje zrujnowany przez dość gumowe protezy, jakby figurka Halloween z trawnika w ogrodzie nagle ożyła (jej rodzice kwestionujący, czy wszystko z nią w porządku, staje się coraz bardziej śmieszny). Gdy zęby zaczynają jej skrzypieć, a skóra zaczyna się zdzierać, można się zastanawiać, czy Cronin nie stworzył nieoficjalnej kontynuacji Martwego Zła, zwłaszcza gdy rzuca każdą uncją ciała w ścianę w wyczerpująco głośnym, pełnym finału.
Nie ma jednak niegodziwego poczucia humoru Sama Raimiego, film traktowano odrobinę zbyt poważnie (dłuższa długość pozwala także na poważne śledztwo detektywistyczne z innego filmu w Egipcie, pod przewodnictwem May Calamawy w przekonujący sposób), więc kiedy nadchodzą momenty głupstwa w ostatnim akcie (kiedy dwie córki małpują brudne usta Regan Lindy Blair i pogrzeb zamienia się w pełnoprawny film rozpryskowy), czują się jak dziwnie niezgodne impulsy. Duża część filmu opiera się na pytaniu zawartym w sloganie – co stało się z Katie? – ale odpowiedzią jest dosłownie sam tytuł (została Mumią Lee Cronina), więc wszelka nadzieja, że taka długość i taka rozmach doprowadzi do czegoś zaskakującego lub merytorycznego, szybko zostanie rozwiana. Podobnie jak w Evil Dead Rise, Cronin ostatecznie wydaje się najbardziej zainteresowany ponurą krwią tego wszystkiego, której jest mnóstwo, ale znowu jest to w większości zbyt dziwacznie nierealne, aby naprawdę się przebić (chociaż przypisuje mu się pomysłowe użycie skorpiona i kilka podartych strun głosowych). Jest mniejsze zainteresowanie charakterem, napięciem czy logiką, a większość rozwijającego się chaosu ma miejsce w świecie, w którym racjonalne pytania – czy ktoś by tego nie usłyszał, czy by o to nie zapytał, dlaczego miałby to zrobić – są wygodnie ignorowane.
Naprawdę doceniam odważne ambicje Cronina na poziomie Imax, jego poczucie bycia mumią i brzmienie znacznie bardziej epickie niż standardowy horror Blumhouse, co stanowi nawiązanie do czasów, gdy studia traktowały filmy o potworach jak wysokiej klasy hity kinowe, a jego film często był oszałamiający. Ale klimat prawdziwego filmu nie wystarczy, aby dorównać dreszczykowi emocji, jaki towarzyszą wszystkim innym elementom, które również układają się w całość, ponieważ po raz kolejny reżyser horroru nie był w stanie wyczarować przerażająco dobrego scenariusza.