Strona główna Wiadomości Recenzja Griefdogga Michaela Winklera – tajemnicza, urzekająca opowieść o człowieku, który zamienia...

Recenzja Griefdogga Michaela Winklera – tajemnicza, urzekająca opowieść o człowieku, który zamienia się w psa | Książki australijskie

8
0


W 2016 roku Michael Winkler napisał wielokrotnie nagradzany esej, w którym wspomina o swoich „rozłamach” siebie i doświadczeniach z depresją, których ból „sporadycznie wydawał się nie do zniesienia”. Pięć lat później jego surrealistyczna, „eksplodująca powieść non-fiction” Grimmish – pierwsza samodzielnie opublikowana praca nominowana do nagrody Milesa Franklina – opowiadała historię „pożerającego ból” boksera Joe Grima. Teraz w Griefdogg, kolejnej ironicznej, egzystencjalnie sondującej powieści, Winkler ponownie analizuje psychikę – swoją, twoją i moją.

Griefdogg zaczyna się od anonimowego narratora, domniemanego zastępcy Winklera, który stara się przygotować przemówienie na pogrzeb. Dowiadujemy się, że zmarłym jest Jeffrey Watson-Johnson, hydrolog (badacz przepływu wody) w średnim wieku, dbający o klimat i mający obsesję na punkcie fitnessu, mieszkający w Mildura. Uważa się za Don Juana, chociaż on i jego żona Martine nie uprawiali seksu od trzech lat i siedmiu miesięcy. Jest weganem, nastawionym na społeczność i „prostą strzałą”. Jest zdyscyplinowany i monotonny, mało inspirujący, ale skuteczny na korcie tenisowym. Układa zmywarkę tak, jak lubi.

Kiedy jednak on i jego kuzyn wpadają w zmieniające życie dziedzictwo, a potem śpią razem w hotelowym łóżku, budzi się uśpione złe samopoczucie. Jeffreya dopada zmęczenie: jego praca jest daremna, nikogo to nie obchodzi, bitwa klimatyczna już dawno została przegrana z powodu „kumoterskiego kapitalizmu i gorącej apatii”; jego sumienne życie i wszystkie te nieustanne decyzje są na nic. Jeffreyowi wszystko wydaje się blednąć w obliczu „tajemnicy i majestatu” kolosalnych królestw wody pod powierzchnią ziemi. W końcu coś pęka – wyłącz mnie ze wszystkiego, błaga rodzinę i przyjaciół: „Chcę być człowiekiem, ale żyć jak zwierzę domowe”.

W ten sposób rozpoczyna się transmogryfikacja. Jeffrey staje się Hubertem, psem rodzinnym aspirującym do stanu zbliżonego do zen, drzemiącym w słońcu i obserwującym ptaki wzdłuż Murray, podczas gdy odpowiedzialność za jego opiekę spada na bliskich. Jego życie, sumiennie, rozpada się. Ale z tego nowo odkrytego dystansu wyłania się nowy sens: umiejętność dostrojenia się do „tajnego żalu” innych ludzi i pomagania w złagodzeniu ich. Pojawiają się pytania. Jak uniknąć „bólu bycia wyprostowanym, a nie odpoczywania w grobie”? Jakie uprzywilejowane pobłażanie pozwala na odpoczynek pełen rozczarowań? Czy nieubłagane obowiązki życiowe ukrywają udrękę, która gromadzi się w każdym z nas? Czy inaczej traktowalibyśmy świat przyrody, gdyby miał „pamięć i uczucia”?

Jeśli to wszystko brzmi nieco tajemniczo, tak właśnie jest.

Śledząc kontury tych osobistych i ziemskich łusek żałoby, Winkler zwraca uwagę na sztuczność własnego założenia, odsłaniając szwy. „Oczywiście zajmujemy się wydobywaniem i analizowaniem metafor” – zastanawia się w pewnym momencie jego zastępczy narrator, pozornie kpiąc z własnej próby artykułowania niewysłowionego. Jesteśmy świadkami, jak narrator zmaga się z pisaniem, identyfikując się z Jeffreyem (jego dziełem) i jego pragnieniem unieważnienia umowy o dorosłość. Te autofikcyjne akcenty przypominają nam o powieści jako o sztucznym konstrukcie – „Ale ja kłamię. (Wiesz, że kłamię!)” – i pozostawiają nas z kolejnym pytaniem: co pod tym wszystkim kryje się jakiekolwiek znaczenie?

Jednakże folią na całą tę intelektualną legerdemainę jest lekkość Winklera. Griefdogg jest zabawny, pomimo, a nie dzięki niezliczonym, gardłowym, wywołującym jęki żartom taty, które zaczynają atakować Jeffreya jak psychozę. Jak na powieść pełną ontologicznych marginesów, literackich dygresji i szczegółowych wyjaśnień hydrologicznych, przebijasz ją niczym liść na wietrze, do którego aspiruje Jeffrey. Winkler ma umiejętność rozdrapywania metafizycznego swędzenia, o którym nie zdawałeś sobie sprawy, i popycha cię w przyjemnie kręte, iskrzące ścieżki nerwowe. Jednak nieco mniej mu się to udaje, jeśli chodzi o wzbudzanie wielu emocji, a odmienne części powieści nie zawsze współgrają ze sobą. Panuje tu także – jak na ironię, być może celowo – poczucie oderwania.

Tak czy inaczej, Griefdogg to ambitna, fascynująca powieść opowiedziana rozpoznawalnym już winklerowskim głosem: erudycyjnym, niesamowitym, ponuro komicznym, tandetnym. To po części urzekająca oda do „zwykłych obywateli skrywających zwykłe tajemnice”, po części sardoniczna kpina z obserwatorów pępka, po części inkwizycja męskości i bezwładu wieku średniego. Jest to także wzruszające z filozoficznego i klimatycznego punktu widzenia; Próba Winklera wniknięcia w zakamarki samego siebie i „wyciskania słów z podziemnego strumienia wody” – uchwycenie czegoś osobistego, pierwotnego. Prowadzi cię do wody i pijesz.