Strona główna Sport LeBron James ma 41 lat. I jakimś cudem nadal prowadzi swoją drużynę...

LeBron James ma 41 lat. I jakimś cudem nadal prowadzi swoją drużynę w play-offach | LeBrona Jamesa

11
0


LeBron James musi mieć tego dość. Jeśli chciał doświadczyć bycia najlepszym graczem w skądinąd słabej drużynie, mógł po prostu przypomnieć sobie awans Cleveland Cavaliers do finałów NBA w 2007 roku lub finały NBA w 2015 roku, kiedy jego najlepsi koledzy z drużyny, Kyrie Irving i Kevin Love, odnieśli kontuzje. Albo sezon 2018, który przekonał SNL do parodii personelu pomocniczego Jamesa. „Mam 53 lata” – mówi w nagraniu jeden z „partnerów” LeBrona. „Mam siedmioro dzieci, a dwójka z nich również gra w Cavs”. Jest rok 2026, James jest zawodnikiem Los Angeles Laker, dwóch jego najlepszych kolegów z drużyny jest kontuzjowanych, a jedno z jego dzieci faktycznie jest w drużynie.

Jakim cudem znowu tu dotarliśmy? James ma 41 lat. Historia jego sezonu to ciężka, ale udana zmiana w trzeciej opcji Lakers, za Luką Dončićem (który przeżywał jeden z najlepszych okresów w swojej karierze, zanim naderwał ścięgno podkolanowe w upokarzającej porażce z Oklahoma City Thunder) i Austinem Reavesem (który nadwyrężył mięsień skośny w tym samym meczu). Obaj mężczyźni są w doskonałej formie. Z drugiej strony Jamesa nękają kontuzje, które niektórzy obserwatorzy mogą nazwać urazami starego człowieka: opuścił początek sezonu z powodu rwy kulszowej; od tego czasu pauzował kilka meczów z powodu zapalenia stawów lewej stopy. Jak więc to się dzieje, że Dončić i Reaves zostali powaleni przez kontuzje, a James jest człowiekiem z żelaza? Czy nie obowiązują zasady, zgodnie z którymi sportowcy po dwudziestce mogą cieszyć się energią i zdrowiem, podczas gdy ci po czterdziestce muszą przejść na emeryturę i zostać przeciętnymi ekspertami?

Choć James powracający do swojej roli sprzed dziesięciu lat jest surrealistyczny, nikt nie jest bardziej przyzwyczajony do tego występu. Zapytany niedawno, czego teraz potrzebuje od niego zespół, James odpowiedział: „Wszystko, więc dla mnie nic się nie zmienia. Po prostu wracam do starych nawyków”. Dončić i Reaves pauzują na czas nieokreślony. Jeśli Jamesowi uda się przedłużyć passę Lakersów, ta para będzie miała czas na powrót i przywrócenie drużynie najlepszej możliwej formy, ale nie ma żadnych gwarancji.

James ma przynajmniej jedną zaletę, poza tą drobną sprawą bycia prawdopodobnie najlepszym graczem wszechczasów: Lakers grają z dysfunkcyjnym Houston Rockets w pierwszej rundzie play-offów. Ta wersja Rockets, bez kluczowych zawodników w postaci Freda VanVleeta i Stevena Adamsa, jest w stanie uzyskać 13-punktową przewagę po dogrywce. Po prostu żadna inna grupa w NBA nie ma na to szans, nawet te drużyny, które przez większość sezonu próbowały przegrać. Co więcej, Kevin Durant niedawno doznał kontuzji kolana na treningu, przez co wycofał się z sobotniego meczu otwierającego serię, w którym Lakers wygrali 107-98. Ofensywa Rockets jest słaba w najlepszych momentach, ale usunięcie KD jest jak pozbycie się bekonu i chleba z BLT.

I spójrzcie, James nie poprowadził Lakers w sobotnim zwycięstwie, chociaż Rockets stawiali tak niewielki opór, że nigdy nie musiał próbować. Luke Kennard zdobył 27 punktów. James miał 19, podobnie jak Deandre Ayton. (Przypuszczam, że Ayton wypił swój sok crunk.) Jednak to król dyktował tempo i przebieg gry. James miał 13 asyst, jak wydawało się każdemu z jego kolegów z drużyny, a wiele z nich kończyło się celnymi strzałami z dystansu. Stworzył lub asystował przy zdobyciu 15 z pierwszych 19 punktów Lakers. W czwartej kwarcie trafił długą trójkę, po czym absurdalnie stracił przewagę nad Amenem Thompsonem, najlepszym obrońcą Rockets. W pierwszej kwarcie złapał błędne podanie; wypadając poza boisko, udało mu się podskoczyć w powietrze i odbić piłkę od nóg Thompsona, aby utrzymać Lakers w posiadaniu piłki. James zagrał 38 minut. Skończył z oceną +11 on-off, najlepszą w obu drużynach.

Sobota nie była niczym nadzwyczajnym. Gra Jamesa na korcie była w tym roku godna uwagi nie tylko ze względu na utrzymującą się jakość (znowu ma 41 lat), ale także ze względu na wysiłek i celowość. W grudniu poświęcił serię 1297 meczów z rzędu w sezonie zasadniczym, w których zdobył 10 lub więcej punktów, aby przekazać piłkę Ruiemu Hachimurze i zapewnić sobie zwycięzcę meczu. W końcowych minutach marcowego thrillera przeciwko Denver Nuggets James rzucił się w stronę luźnej piłki, jakby znów był nastolatkiem; Lakers wygrali po dogrywce. Zanim Dončić i Reaves upadli, James stał się niezwykle skutecznym graczem ról, tworząc powściągliwe arcydzieła w radykalnie odmiennym stylu od swoich bohaterskich występów w finałach „zrób to wszystko” w 2010 roku.

Już zanim zaczął się sezon, było jasne, że Lakers nie zdobędą tytułu w tym sezonie. Nawet jeśli uda im się wyprzedzić Rockets, obrońca tytułu Oklahoma City Thunder prawie na pewno w następnej rundzie zmiażdży ich na drobny piasek. James musi o tym wiedzieć.

Ale może po prostu nie przejmuje się tym wszystkim ani koniecznością gry bez Dončicia i Reavesa. „Byłem w każdej sytuacji, jaką jako koszykarz możesz sobie wyobrazić” – powiedział po pierwszym meczu. I rzeczywiście tak się stało. Poprzeczka, jaką w jego karierze postawiono na „przewyższenie Michaela Jordana”, gdy był jeszcze w szkole średniej, nie zniechęciła go. Jad wymierzony w niego po wydaniu Decyzji, jak gdyby popełnił poważne przestępstwo, tandetnie ogłaszając swój transfer do Miami Heat, nie wyrządził długoterminowych szkód. Zareagował najlepiej, jak to było możliwe, na katastrofę, jaką były finały w 2011 roku. Znacząca część agresywnej pewności fanów NBA, że koszykówka jest w rzeczywistości sportem indywidualnym, nie zmusiła go do zostania świnią piłkową kosztem sukcesów zespołowych. Być może dzielenie początkowego składu z Kennardem, Aytonem, Hachimurą i Marcusem Smartem zamiast brania udziału w superzespole nie wydaje się w tym momencie wyzwaniem.

Być może z czasem gra w tak wielu niezbyt idealnych zespołach może nawet okazać się korzystna dla dziedzictwa Jamesa – w spokojniejszym świecie, kiedy będziemy mogli na trzeźwo zgodzić się, że większość tych porażek w finałach nie ponosił on sam. James prawdopodobnie zdobyłby więcej pierścieni w lepszych drużynach (lub gdyby miał okazję zagrać w finale z gorszymi drużynami). Być może nie udało nam się też zobaczyć zewnętrznych granic jego umiejętności. Sprawy się potoczyły tak, że musiał stawić czoła takim przeciwnościom losu, że musiał pokazać nam każdą niezwykłą wersję siebie.