Kanadyjski twórca filmowy Michael Pierro debiutuje w filmie fabularnym niskobudżetowym lub zerowym wypadkiem, współczesnym koszmarem Travisa Bickle’a, który – choć wadliwy i wymagający dopracowania scenariusza – stanowi trafny satyryczny komentarz na temat ekonomii gig i Waymoizacji branży usługowej.
Nathaniel Chadwick wciela się w typową rolę kierowcy z Toronto pracującego dla aplikacji na wzór Ubera, za kierownicą zgarbiony w bluzie z kapturem, pogrążony w głębokiej depresji związanej z utrzymaniem partnera i dziecka w domu, unikający telefonów od właściciela, wyczerpany i wykorzystywany przez niegrzecznych klientów, którzy wymiotują do jego samochodu. Wolałby otrzymywać płatność z aplikacji codziennie, a nie co tydzień, ale oznaczałoby to przejście na wyższy „platynowy” poziom sterownika i opłacenie bezzwrotnej składki członkowskiej, która rzekomo uprawniałaby go do bycia pierwszym w kolejce do pracy i różnych innych wątpliwych korzyści. Nie stać go na to, w ciekawym wglądzie w świat Ubera.
Następnie tajemniczy i apodyktyczny klient wręcza mu swoją kartę: czy chciałby pracować w nowym rodzaju usługi transportu aplikacji? Potencjalnie oznacza to dla niego tysiące dolarów za wieczór, ale nie ma sensu zadawać pytań. Nasz nieszczęsny, tandetny bohater rejestruje się i od razu orientuje się, że to jakaś nielegalna firma kurierska; jeszcze bardziej złowrogie i przytłaczające wydaje się to, że nowa aplikacja zainstalowana na jego telefonie nie podaje nazwisk, adresów ani map, a jedynie serię przerażająco pustych instrukcji: „jedź prosto”, „skręć w lewo” z potrąceniem opłaty za najmniejsze naruszenie.
To, czego się od niego oczekuje, staje się jeszcze bardziej dziwaczne – zwłaszcza gdy aplikacja każe mu opuścić miejsce kierowcy i zająć miejsce z klientem z tyłu – chociaż w filmie również pojawia się przemoc i staje się to głupie i mniej interesujące. Inaczej odrywające ćwiczenie w kręceniu filmów w stylu „mniej znaczy więcej”.
Self Driver dostępny jest na platformach cyfrowych od 11 maja.