Strona główna Kultura Recenzja Stranger Things: Tales from ’85 – ten spinoff przenosi przeboj science-fiction...

Recenzja Stranger Things: Tales from ’85 – ten spinoff przenosi przeboj science-fiction do szczęśliwszych czasów | Telewizja i radio

6
0


Stranger Things zabiera nas z powrotem do prostszych czasów. Oryginalny serial Netflixa przeniósł nas w fantastyczną przeszłość, w której dzieciaki z małych amerykańskich miasteczek jeździły na rowerach, żuły gumę, słuchały kaset i grały w Dungeons and Dragons w piwnicy znajomych; lub, jeśli nie byłeś Amerykaninem, przypominało ci to filmy, które widziałeś, gdzie był taki klimat. Tak czy inaczej, był to dostęp do epoki przed internetem, 11 września, krachem bankowym, pandemią i Trumpem, kiedy życie wydawało się łatwiejsze.

Animowany spin-off Tales from ’85 robi coś podobnego w przypadku samego Stranger Things. Cofa się do szczęśliwego, prostego czasu, a mianowicie między sezonem drugim a trzecim. W tym momencie świat Hawkins w stanie Indiana został już ustalony, ale nie mogliśmy jeszcze przetrwać wyboistego końca serialu, kiedy stał się długi i nudny, potem powiększył się i stał się zapierający dech w piersiach spektakularny, a potem stracił kontrolę nad potworem, którego stworzył, i stał się jednocześnie spektakularny i nudny.

A więc znowu mamy styczeń 1985 roku. Mike, Dustin i Lucas (odpowiednio Luca Diaz, Braxton Quinney i Elisha Williams) ponownie spotkali się ze swoim przyjacielem Willem (Benjamin Plessala) po tym, jak potwór schwytał go i zabrał do Upside Down, zaświatów czających się pod Hawkinsem. Do gangu należy fajna dziewczyna Max (Jolie Hoang-Rappaport) oraz telekinetyczny podrzutek Eleven (Brooklyn Davey Norstedt), który stał się podopiecznym bohaterskiego policjanta Jima Hoppera (Brett Gipson) i którego moce umysłowe są ściśle strzeżoną tajemnicą. Playboy z sercem Steve (Jeremy Jordan) nie nawrócił się jeszcze na cuda nerdowskiego polowania na demony, ale wkrótce zostanie wciągnięty, co oznacza, że ​​jego romans miłości i nienawiści z Dustinem zostaje zresetowany do początku. Po spektakularnych wysiłkach Eleven mających na celu zamknięcie bramy do Upside Down pod koniec drugiego sezonu głównego serialu, wszystko jest stosunkowo spokojne.

Tales from ’85 opiera się pokusie wykorzystania animacji w stylu retro w stylu Scooby-Doo, zamiast tego przedstawia przygody w dość standardowym, nowoczesnym CGI – ale cała zawartość przypomina komfortowe jedzenie z lat 80. Dustin zdobywa wysokie oceny w Space Invaders, kiedy przyjaciele kontaktują się z nim przez krótkofalówkę, aby mógł jeździć z nimi do szkoły po oblodzonych, zimowych ulicach. Wkrótce kierowca pługa śnieżnego krzyczy: „Zjeżdżajcie z drogi! Głupie dzieciaki!” na nich, podczas gdy We Got the Beat by the Go-Gos wspaniale rozbrzmiewa na ścieżce dźwiękowej. Wyjazd ukochanego nauczyciela przedmiotów ścisłych, pana Clarke’a na urlop naukowy, budzi niepokój, ale jego zastępczyni, pani Baxter (Janeane Garofalo), wydaje się całkiem miła i kto wie, może jej obsesja na punkcie teorii ewolucji wkrótce się przyda. Są Slim Jimy do gryzienia i krążki do cymbergaja do uderzania. Jesteśmy w domu.

Cała ekipa jest tutaj… od lewej: Will, Dustin, Lucas, Eleven, Mike i Max w Stranger Things: Tales From ’85. Foto: Netflix

Oczywiście minie mniej niż połowa odcinka, zanim świecące macki zaczną wyłaniać się z zasp śnieżnych, a nasi kumple muszą chwytać narzędzia i planować wylęgi, ale zagrożenie ze strony nowego serialu pozostaje raczej lokalne i na małą skalę. Podbudowani pojawieniem się nowej dzieciaka Nikki (Odessa A’zion), „dziwaka” z irokezem w latającej kurtce, który z łatwością wpasowuje się w grupę dzielnych wyrzutków, walczą z szeregiem coraz bardziej przerażających stworzeń, używając klasycznych technik, takich jak zwabienie stwora na parking, aby można było go zbadać przez lornetkę, lub ratowanie członka zespołu, który został uwięziony pod bestią, uderzając łopatą o ziemię i krzycząc: „Hej! Tutaj!” Potem, gdy zapomnienie w końcu wydaje się pewne, Jedenastka podnosi dłoń, patrzy wściekle i wykonuje swoją czynność kontroli umysłu, wysyłając potwora w powietrze.

Formuły tej używa się zbyt wiele razy na wczesnych etapach, podobnie jak w półdramatycznych następstwach, w których osłabiona, zakrwawiona Jedenastka zostaje powstrzymana przed upadkiem przez zmartwionego Mike’a, który zbeształ wszystkich, że popchnął swoją dziewczynę za daleko i grozi, że zacznie krzyczeć do Hoppera, po czym ustąpi i rzuci się z powrotem do bitwy, gdy nowa, jeszcze większa jaszczurczo-tryfida wpada w nowy szał. Nie pomaga to, że scenariusze – przewidywalne, ale nie nieuniknione – nie są tak zabawne jak serial dla rodziców, więc nic nie zrównoważy uczucia kręcenia się w kółko. Jednak w końcu niebezpieczeństwo staje się coraz większe, intryga sięga głębiej – dosłownie, gdy wznawiamy eksplorację podziemnych kryjówek – a dzieciaki wymyślają teorię spiskową dotyczącą złowrogich dorosłych, która nie ugrzęźnie w ekspansywnej geopolityce. Chodzi tylko o dorosłych ze złym planem.

Jednak w przypadku Tales from ’85 tak naprawdę chcemy zmierzać donikąd, aby oczyścić pamięć o Stranger Things, która znalazła się zbyt daleko od niewinnego raju, który stworzyła. W przyszłych sezonach przydałoby się trochę więcej inwencji, ale nie za dużo: fajnie byłoby utknąć w roku 1985 w Hawkins w stanie Indiana na czas nieokreślony.

Stranger Things: Tales from ’85 jest już dostępny na platformie Netflix