Stoję za sterami 5-metrowego sztywnego pontonu (Rib) przy okropnej pogodzie: od południowego zachodu zbliżają się chmury burzowe, a wiatr wieje już z prędkością 35 mil na godzinę. Fale przebijają się przez dziób, za każdym razem zrzucając mi na kolana wiadro wody. Kiedy płynę do lewej burty, łódź kołysze się w obliczu silnej fali, a ktoś na prawym dziobie krzyczy: „Człowiek za burtą!”
Powinienem też prawdopodobnie wspomnieć, że znajduję się w zbiorniku wodnym, pomiędzy M3 a lotniskiem Heathrow, niecałe 20 km od mojego domu. A także: człowiek, który wypadł za burtę, to boja z narysowaną na niej twarzą trwałym markerem. Nie jestem tu, żeby kogokolwiek ratować; Jestem tutaj w celu uzyskania certyfikatu obsługi łodzi motorowej poziomu 2.
Podobnie jak wielu mężczyzn w moim wieku wyobrażałem sobie, że osiągnąłem taki etap życia, w którym mogę dobiec do końca bez dalszych kwalifikacji: żadnych odznak, stopni, licencji i zezwoleń. Bez nich zaszedłbym tak daleko – po co zawracać sobie głowę testowaniem, zatwierdzaniem i rejestracją moich kompetencji w jakimś organie zarządzającym?
Nie mogę wypowiadać się za wszystkich na pokładzie – tylko za mnie i mojego przyjaciela Alexa, ponieważ jesteśmy tu z tego samego powodu: w zeszłym roku pojechaliśmy z grupą na wakacje i żadnemu z nas nie pozwolono prowadzić wynajętej łodzi. Nie pamiętam, żebym był wtedy aż tak oburzony, ale Alex był oburzony w moim imieniu. Powiedział, że następnym razem, gdy pojedziemy na wakacje, oboje będziemy się kwalifikować, a dowodem na to będą karty w portfelach.
podwójny cudzysłów. Jadąc pociągiem do domu, jestem jedyną osobą w wagonie ubraną jak na potrzeby ratownictwa morskiego
Kiedy zarezerwowaliśmy kurs w styczniu, myślę, że wyobrażaliśmy sobie dwa ciepłe kwietniowe dni nad dużym stawem. Gdy zbliżał się weekend, prognoza wydawała się wykluczać potrzebę stosowania kremów z filtrem przeciwsłonecznym.
Rankiem pierwszego dnia jest pochmurno i zimno, ale nie jest to groźne – wieje lekki wiaterek. Z parkingu zbiornik przypomina masywny wał ziemny z długimi schodami na górę.
Dopiero gdy przekroczymy granicę, sytuacja staje się jasna: powiewają flagi, kołyszą się drzewa, a fale oblewają się bielą. Ze szczytu pochylni spray dociera do naszych twarzy. Za kilka godzin nauczymy się opisywać to jako siłę piątą według skali Beauforta.
„Wietrznie” – mówi Alex.
„Tak” – odpowiadam i myślę: gdybym była na wakacjach, nie wyszłabym w tym.
Na szczęście lekcja zaczyna się w przegrzanej klasie. Jedyny inny student w naszej grupie, Chris, również jest tutaj, ponieważ chce wynająć łodzie za granicą. Jest to powód, dla którego większość osób decyduje się na ten kurs, ponieważ posiadanie łodzi w Wielkiej Brytanii nie wymaga żadnego poziomu kompetencji.
„Możesz jutro pojechać do Portsmouth” – mówi Mike, nasz instruktor, „i kupić używany prom samochodowy”.
Kiedy wychodzimy na wodę, wiatr staje się silniejszy. Pływanie po 700 akrach wzburzonej wody pitnej w niskim żebrze jest ekscytujące; próba zdobycia miejsca do cumowania pod wiatr jest mniej skuteczna, szczególnie jeśli jesteś oceniany. I jestem źle ubrany na pogodę, która obniża morale. Myślę: to wszystko dlatego, że chciałaś pójść do restauracji na wyspie.
Trudno mi wytłumaczyć żonie mój dzień.
„Pomacaj moje spodnie” – mówię. „Jestem przemoczony.”
„Czy było fajnie?” ona mówi.
„To była rzeź” – mówię. „Ogromne fale, silny wiatr, ciągłe niebezpieczeństwo”.
„To zbiornik” – mówi.
„Nie rozumiesz” – mówię. „Warunki były niekorzystne.”
„Byłam w ogrodzie” – mówi.
„Tam na górze jest inaczej” – mówię, wyciągając z torby dwumetrową linę.
„Po co to?” ona mówi.
– Żeby poćwiczyć węzły – mówię. „Poddaję się testom”.
Następnego ranka – po przeszukaniu strychu w poszukiwaniu sprzętu na złą pogodę – każę żonie zawieźć mnie do zbiornika, żeby mogła sama zobaczyć. Na szczęście warunki są jeszcze gorsze – wiatr, którego nigdzie indziej nie widać, wyje nad wodą z zachodu.
„Rozumiem” – mówi moja żona, wracając do samochodu. „Baw się dobrze.”
W warunkach szkolnych potrafię sobie poradzić z węzłami. Na wodzie udaje mi się dosięgnąć człowieka za burtą po raz pierwszy, gdy podchodzę od strony wiatru. Ale inne podejście – gdy okrążasz boję pod wiatr i dryfujesz w jej kierunku – umyka mi. Za każdym razem, gdy przekraczam prędkość, mała uśmiechnięta twarz znika za falami o białych szczytach.
„Kolejna ofiara śmiertelna na morzu” – mówię i myślę: zamknij się, musisz przejść.
Jadąc pociągiem do domu – jako jedyna osoba w wagonie ubrana do akcji ratowniczej – zastanawiam się nad ironią losu posiadania karty z moim zdjęciem, która potwierdza moje kompetencje w prowadzeniu łodzi motorowej, mimo że spędziłem dwa pełne dni na wykazywaniu czegoś przeciwnego. Wtedy myślę: to nie ironia; tak właśnie działają kwalifikacje.