Strona główna Wiadomości Netanjahuizm nie osiągnął nic dla Izraelczyków – a za to zapłacił potwornie...

Netanjahuizm nie osiągnął nic dla Izraelczyków – a za to zapłacił potwornie wysoką cenę | Jonathana Freedlanda

11
0


To zapis skrajnej porażki. Nie mówię o Donaldzie Trumpie, chociaż mógłbym tak mówić. Zamiast tego mówię o jego partnerze w tej straszliwej wojnie.

Gwiazdą programu był oczywiście Trump. Był twarzą 40-dniowej wojny z Iranem, czy to wygłaszając groźby pod adresem kraju w wulgarnym, krwiożerczym języku – „w nocy cała cywilizacja umrze” – czy ogłaszając na swoim własnym portalu społecznościowym dwutygodniowe zawieszenie broni i rozmowy, które mają rozpocząć się w ten weekend w Islamabadzie. Trump miał jednak u boku sojusznika, który dopiero teraz znalazł się w centrum uwagi. Tym sojusznikiem jest Benjamin Netanjahu.

Jest w centrum uwagi całego świata, ponieważ jeśli na Bliskim Wschodzie broń miała zostać uciszony, izraelski premier najwyraźniej nie otrzymał notatki. Izraelski atak na Hezbollah – rozpoczęty w odpowiedzi na rakiety wystrzelone w kierunku północnego Izraela przez tę grupę, irańskie zastępstwo, które od dawna funkcjonuje jako armia cieni w Libanie wbrew rządowi w Bejrucie – nie ustał. Wręcz przeciwnie, w środę, kilka godzin po tym, jak Trump pochwalił przełom w stosunkach z Teheranem, Izrael rozpętał jedną z najbardziej śmiercionośnych pojedynczych ofensyw bombowych, jakie kiedykolwiek miały miejsce w Libanie, kraju, który przeszedł już tak wiele. W ciągu zaledwie 10 minut izraelskie odrzutowce uderzyły w 100 celów w stolicy i daleko poza nią, zabijając co najmniej 303 osoby i raniąc ponad 1150 innych, w tym wielu cywilów.

Izrael argumentuje, że porozumienie Trumpa nie obejmuje Libanu; Iran i mediatorzy pakistańscy twierdzą, że tak. JD Vance twierdzi, że to wszystko „uzasadnione nieporozumienie”. Jeśli tak, jest to problem wymagający szybkiego rozwiązania. Na razie Netanjahu stara się mieć obie strony, jednocześnie uginając się pod presją, zgadzając się na rozmowy z rządem libańskim, jednocześnie przysięgając, że ataki na miejsca startu Hezbollahu, które według Izraela są kontynuowane z „pełną siłą”.

Istnieją dwa sposoby oceniania Netanjahu: spojrzenie z zagranicy i spojrzenie w kraju. Często różnią się one znacznie. W sądzie opinii światowej Netanjahu został dawno temu skazany za zbrodnie wojenne, za które jest poszukiwany przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze; jest architektem zniszczenia Gazy, równym Trumpowi lub gorszym w nikczemności. W kraju cieszy się inną, choć odległą od powszechnej, reputacją: jego zwolennicy postrzegają go jako pana Bezpieczeństwa, jastrzębiego, doświadczonego operatora, który – mówcie, co chcecie o jego niedociągnięciach etycznych i toczącym się procesie pod zarzutem korupcji – chronił swój kraj przed niezliczonymi wrogami. Z dwóch reputacji ta druga liczyła się i liczy się dla niego najbardziej. Protestujący w Kolumbii i Camden nie głosują w wyborach do Knesetu. To izraelskie społeczeństwo trzyma los Netanjahu w swoich rękach, szczególnie w tej chwili: wybory mają się odbyć najpóźniej 27 października.

I jaki zapis będzie mógł przedstawić krajowemu elektoratowi, temu, który ocenia go według własnego światła? Głównym faktem jest to, że to na jego służbie, podczas gdy rzekomy pan Bezpieczeństwa zasiadał na fotelu premiera, Izrael doznał najgorszego ataku terrorystycznego w swojej historii 7 października 2023 r. Tego dnia – kiedy setki ludzi Hamasu było w stanie przedostać się z Gazy bez przeszkód przez ledwo strzeżony płot graniczny oraz zabijać i torturować izraelskich cywilów – już sam ten dzień powinien pozbawić go urzędu. W większości systemów politycznych już dawno zostałby odsunięty od władzy.

Ale spójrzcie, co stało się później, znowu z punktu widzenia izraelskiego wyborcy. Netanjahu obiecał „całkowite zwycięstwo” nad Hamasem, co oznaczało odsunięcie tej grupy od wszelkiej władzy w Gazie, jeśli nie całkowite zniszczenie tej organizacji. Pomimo dwuletniej kampanii najbrutalniejszych bombardowań, w wyniku których zginęło około 70 000 osób, Netanjahu niczego takiego nie osiągnął. W części Gazy, która nie jest okupowana przez wojska izraelskie, Hamas nadal jest panem.

Podczas tej samej wojny premier Izraela przechwalał się, że pokonał Hezbollah, niszcząc zdolność tej grupy do zagrażania północnemu Izraelowi ogniem rakietowym, dzięki czemu dziesiątki tysięcy Izraelczyków, którzy uciekli ze swoich domów na północy, mogło teraz bezpiecznie powrócić. Wrócili, by ponownie znaleźć się pod atakiem Hezbollahu, gdy milicja zdecydowała się dołączyć do Iranu w tej ostatniej wojnie – wojnie z wyboru, nie zapominajmy, rozpoczętej przez Netanjahu i Trumpa. Przez ponad miesiąc stało się boleśnie jasne, że twierdzenia o upadku Hezbollahu były mocno przesadzone. Tak, Izrael zabił przywódcę grupy, ale sama grupa przetrwała, zdolna odbudować swój arsenał.

Wojna z Iranem opowiada tę samą historię. W czerwcu ubiegłego roku Stany Zjednoczone i Izrael zaatakowały Iran w 12-dniowej konfrontacji, która według Trumpa „unicestwiła” irański program nuklearny i którą Netanjahu określił jako „historyczne zwycięstwo, które będzie obowiązywać przez pokolenia”. Być może myślał w kategoriach cyklu życiowego muszek owocowych, a nie ludzi, ponieważ te pokolenia trwały całe osiem miesięcy. Pod koniec lutego ponownie stwierdzono, że Teheran stanowi zagrożenie egzystencjalne, to samo zagrożenie, które rzekomo zostało wyeliminowane.

I jaki był rezultat? Iran nadal posiada zapasy wzbogaconego uranu. Najwyraźniej nadal dysponuje poważnym zapasem rakiet, ponieważ celował w swoich sąsiadów z Zatoki Perskiej i izraelskie miasta aż do ogłoszenia zawieszenia broni. A jego władcy pozostają na swoich stanowiskach, bardziej twardzi niż wcześniej, pomimo obietnicy Netanjahu dotyczącej zmiany reżimu, i na silniejszej pozycji. Teheran pokazał światu, że nawet bez bomby atomowej dysponuje obecnie potężnym środkiem odstraszającym – uciskiem światowej gospodarki w postaci cieśniny Ormuz. Jeśli ruch żeglugowy ponownie zostanie wznowiony, będzie to dla przyjemności irańskiego reżimu, który zażąda ogromnej opłaty.

Innymi słowy, po prawie 40 latach ostrzegania przed niebezpieczeństwem stwarzanym przez reżim irański i czyniąc to motywem przewodnim swojej kariery, wielkim osiągnięciem Netanjahu jest stoczenie wojny, która uczyniła Teheran bardziej zdolnym do terroryzowania swoich sąsiadów i całego świata. Analityk ds. wojskowych Haaretz, Amos Harel, ujmuje to zwięźle: „To już czwarty raz z rzędu – w Gazie, raz w Libanie i dwa razy w Iranie – gdy przechwalanie się (Netanjahu) całkowitym zwycięstwem i usunięciem zagrożeń egzystencjalnych zostało zdemaskowane jako puste obietnice”.

Ale porażka jest głębsza. Motywującym credo Netanjahu stało się stwierdzenie, że bezpieczeństwo Izraela można zapewnić tylko w jeden sposób: uderzając wrogów kraju, a następnie uderzając ich jeszcze raz mocniej. Ale takie podejście przynosi tylko chwilowe wytchnienie. Odcina głowę węża, jak to ujął, tylko po to, by głowa odrosła, często bardzo szybko.

Dzieje się tak, ponieważ, jak stwierdził izraelski polityk opozycji i były generał Yair Golan, Netanjahu „nie wie, jak przekuć osiągnięcia militarne w bezpieczeństwo polityczne”. Nie ma tu żadnej próby wykorzystania jasnych, choć podstępnych otworów dyplomatycznych, ani prób przekształcenia wrogów Izraela w przyjaciół. Jeden przykład: rząd libański i większość jego obywateli desperacko chcą pozbyć się kukułki Hezbollahu ze swojego gniazda; ale Netanjahu rozmawia z nimi tylko poprzez bomby z nieba.

Netanjahuizm nic nie zyskał, a zapłacił za to potwornie wysoką cenę. Co najbardziej oczywiste, w życiu wszystkich zabitych, czy to w Rafah, w dolinie Bekaa, czy w samym Izraelu. Ale wyrządziło także być może nieodwracalne szkody pozycji Izraela w świecie. Każdy dzień, w którym Netanjahu pozostaje na swoim stanowisku, czyni ze swojego kraju coraz większego pariasa. Bądźcie świadkami groteskowych scen, które miały miejsce w zeszłym tygodniu w Knesecie, kiedy jego rząd przyjął rasistowskie prawo, które w efekcie nałoży karę śmierci na Palestyńczyków skazanych za morderców terrorystów, ale nie na Żydów. Pomysłodawcą ustawy był skrajnie prawicowy minister Itamar Ben-Gvir, ale Netanjahu zrobił wszystko, co w jego mocy, aby pojawić się i zagłosować za nią.

Niewielu poza Izraelem będzie obchodziło, że Izraelczycy spędzali każdą noc z ostatnich sześciu bezsennych tygodni w schronach przeciwbombowych, podczas gdy w ciągu tych dni szkoły były zamknięte, a kraj znajdował się w stanie półblokady w stylu Covida – ale izraelscy wyborcy to zrobią. Jeśli Netanjahu przegra tegoroczne wybory, sondaże sugerują, że zostanie zastąpiony przez postać prawicy, która w istocie będzie twierdziła, że ​​podejście Netanjahu było prawidłowe, po prostu nie zostało właściwie zastosowane. Należy jednak przedstawić szerszą i głębszą argumentację, która mówi, że Netanjahu od dziesięcioleci realizuje błędną strategię; że ponieważ bezpieczeństwo nigdy nie zostanie zapewnione samą siłą, ostatecznie Izrael będzie musiał dojść do porozumienia ze swoimi sąsiadami, a przede wszystkim Palestyńczykami. Być może po tak wyraźnym ujawnieniu seryjnych niepowodzeń Netanjahu Izraelczycy będą w końcu gotowi, aby to usłyszeć.

Jonathan Freedland jest felietonistą Guardiana

Czy masz opinię na temat kwestii poruszonych w tym artykule? Jeśli chcesz przesłać odpowiedź zawierającą maksymalnie 300 słów pocztą elektroniczną, aby uwzględnić ją w publikacji w naszej sekcji listów, kliknij tutaj.