Kiedy siedzimy w oczekiwaniu na wózek z żeberkami wołowymi w jadalni Grand Divan w ogromnej restauracji Simpson’s-in-the-Strand, mamy pomysły, jak opisać jej dziko nieskrępowaną osobliwość. – To wszystko trochę przypomina Hogwart, prawda? Mówię do mojego przyjaciela Hugh.
Był już cztery razy, ale w końcu Simpson’s jest właśnie takim miejscem: cholernie poręczną, elegancką stołówką położoną w odległości krótkiego spaceru od Covent Garden. Na górze jest migoczący, stary bar koktajlowy, a także Romano’s z menu w bardziej europejskim stylu. Ale na razie skupmy się na Grand Divan. „To wszystko bardzo przypomina Londyn Samuela Pepysa” – mówi Hugh.
„Albo bardzo: «Jestem członkiem brytyjskiego establishmentu i spotykam się z moją dawną drużyną szermierczą z Eton na bordowe i królikowe z musztardą zbożową» – odpowiadam, gdy jadalnia, używana w różnych formach od 1828 r. (najwyraźniej nawet Dickens wpadał do niej w pewnym momencie), wypełnia się po brzegi dość szybko w tę niedzielną porę lunchu.
Stara szkoła: Terrina z królika Simpson’s-in-the-Strand podawana z chutneyem morelowym i tostowaną brioszką.
Izolacja akustyczna jest na światowym poziomie, co oznacza, że choć w lokalu panuje gwar jak w pokoju pełnym rozkwitu w sobotni wieczór, rozmowy są całkowicie słyszalne. To restauracja Jeremy’ego Kinga i u niego takie detale zawsze mają znaczenie. Często nowym premierom Kinga towarzyszą wspaniałe, na wpół fikcyjne historie, które stanowią scenerię – cóż, to niezła sztuczka – ale w Grand Divan opuszcza menu, aby zająć się opowiadaniem całej historii. To szalona lista przytulnych brytyjskich radości: bąbelki i piski, kotlet bekonowy, ubrany krab portlandzki, grzanka dla dżentelmenów…
Spójrzcie także na „ciasta i budynie dnia”, gdzie poniedziałkowy placek z wołowiną i piwem ustępuje miejsca środowemu ciastu z policzkiem wołowym i czwartkowemu stekowi i puddingowi nerkowemu. Tak, świat może płonąć, ale przynajmniej w tym zakątku Blighty możemy być pewni, że w piątek zawsze będzie placek rybny Simpsona podany z „warzywami dnia”. I, jeśli o to chodzi, solidna miska nakrapianego kutasa z kremem na później. Ach, cętkowany kutas, ten mocny kawałek wilgotnej, usianej porzeczkami, brytyjskiej przeciętności. Żal mi tych fantazyjnych Francuzów po drugiej stronie kanału z ich marną cukiernią. Nie! Daj mi codziennie potężną miskę słodkiego łoju Simpsona, wypełnioną suszonymi owocami przypominającymi martwe muchy, co natychmiast przeniesie mnie z powrotem do niedziel w latach 70., kiedy była w puszce i podana z Nestlé’ Tip Top na zakręcie; po Bullseye Jima Bowena była to właściwie najlepsza rzecz przez cały dzień.
Simpson’s-in-the-Strand bulgocze i piszczy: „Sromotnie wycenione jak na zasadniczo małą porcję smażonego puree z jajkiem”.
Wszystkie te wspomnienia i wiele, wiele innych przypłynęły podczas lunchu u naszego Simpsona, ponieważ trudno nie być szaleńczo sentymentalnym wobec brytyjskiego jedzenia i dziwaczności brytyjskiego stylu, kiedy jesz w czymś, co przypomina starożytną salę biesiadną w Oxbridge, z ciemnobrązową boazerią, żyrandolami i kelnerami w czarnych kamizelkach, pchającymi wózki z drżącymi stosami pieczonych żeberek. Nawiasem mówiąc, ta wołowina jest warta łódki, między innymi dlatego, że jest podawana na rzadkim chrzanie z ognistym chrzanem z dużej, białej, wspólnej miski, a także pudding z Yorkshire, sos i waza z pieczonymi spudami i warzywami korzeniowymi. Nie wyjdziesz głodny.
Simpson’s udowadnia, że choć Brytyjczycy mogą nie mieć najbardziej wyrafinowanych podniebień, to my jesteśmy godni podziwu w naszych kulinarnych pragnieniach. Masz ochotę na szklankę słodkiej golonki domowej do gotowanej szynki i sosu pietruszkowego? A co powiesz na przechadzkę po brytyjskim wózku z serami, a wszystko to w towarzystwie chutneyu i chleba owocowego?
Jak dobre jest tutaj jedzenie? Jest lepiej, niż się spodziewałem: całkowicie wystarczające, zdecydowanie do zaakceptowania, a czasami wręcz urocze. Wybierz ładny i obfity koktajl z krewetek Grand Divan, składający się z trzech dużych krewetek w skorupkach i armii małych krewetek w słodkim sosie różanym Marie. Nic wstrząsającego ziemią, to prawda, ale ładnie zainscenizowane.
Cętkowany kutas Simpsona w Strandzie: „Od razu przenosi mnie z powrotem do niedziel w latach 70.”.
Bardzo podobała mi się także pieczona polędwiczka z dorsza z więdniętymi warzywami i sosem z bisque z homara, który był całkiem wspaniały: krucha ryba z dobrą, bogatą głębią błyszczącego sosu. Przy cenie 16,75 funta bąbelki i piski wydawały się bardzo drogie jak na niewielką porcję smażonego puree z jajkiem, ale mimo to było zachwycające.
Mini croquembouche dla dwojga zawierało zdecydowanie za dużo wirowanego cukru i za mało śmietanki, aby go podnieść: mały, wytrawny i idealnie brytyjski croquembouche, który sprawiłby, że Francuz zapytałby: „Qu’est-ce que c’est que ça?”
Mimo to jest coś w Simpsonie, co naprawdę mi się podoba: starość, przyzwoitość, królewskość, niezawodność i nawet w niedzielną niedzielę zwykłe poczucie okazji. To miejsce, na którym będę się opierać, gdy po prostu potrzebuję nakarmienia, pielęgnacji i opieki. W restauracjach nie ma większej pochwały.
Simpson’s-in-the-Strand 100 Strand, London WC2, 020-7836 9112. Otwarte przez cały tydzień, lunch 11:30–15:00 (niedziela o 17:00), kolacja 17:00–23:30 (niedziela 22:30). Od około 55 funtów za głowę a la carte, plus napoje i obsługa