Strona główna Wiadomości Justin Bieber na recenzji Coachelli – zmartwiony książę popu uderza głównie we...

Justin Bieber na recenzji Coachelli – zmartwiony książę popu uderza głównie we właściwe nuty w niskoenergetycznym secie | Coachella

11
0


Na głównej scenie Strokes, której występ odbył się w sobotni wieczór, było ich widać: fani, w tym wiele kobiet, niewzruszonych nowojorskimi muzykami indie rockowymi, którzy przeciskali się przez tłum, aby na kilka godzin przed występem wypatrywać miejsc na finałowego wydarzenia, Justina Biebera. „Wiem, dlaczego tu jesteś… JUSTIN BIEBER!” Julian Casablancas z The Strokes żartował między piosenkami. „Z przyjemnością nasmarujemy Cię dla niego.”

Być może Casablancas wychwycił niespokojną energię tłumu: szansa zobaczenia Biebera w czasie największej oglądalności festiwalu Coachella wydawała się jednocześnie nieunikniona i nieprawdopodobna. Oprócz skromnego występu na rozdaniu nagród Grammy i dwóch bardzo wybiórczych występów na rozgrzewkę w Los Angeles, 32-letnia gwiazda muzyki pop nie występowała publicznie od ponad czterech lat, odkąd odwołała swoją trasę koncertową Justice World Tour 2022 z powodu szeregu problemów zdrowotnych. Być może dzieje się tak dlatego, że wrażliwość jest nieodłączną cechą artysty, który przez lata przez lata wydawał się publicznie martwy, albo fakt, że Bieber niedawno porzucił ramy kierownicze, które kierowały jego skalistą karierą, albo utrzymujące się ukłucie katastrofalnego headlinera Franka Oceana w 2023 r., kiedy uwielbiany przez pokolenie artysta z niewielkim ostatnim doświadczeniem wykonawczym pękł pod presją: niewiele setów headlinerów Coachelli wywołało tyle szumu – sobota przerwała jednodniowy dzień Coachelli rekord biletów – i być może to wiele paraspołecznych obaw.

Dlatego poczuła wyraźną ulgę, gdy Bieber pojawił się niemal punktualnie na swój występ z czerwonymi oczami o 23:35, nieśmiało ubrany w różową bluzę z kapturem i duże okulary przeciwsłoneczne, ale uderzając każdą melodyjną nutę All I Can Take, stosunkowo fajnego utworu z jego albumu Swag z 2025 roku, po którym nastąpiło wykonanie wyróżniającego się Swag II Speed ​​Demon tak maślanego, że poczułem dreszcz radości. Względny samotność i pozorna kruchość Biebera, niezwykłe w przypadku jednego z najpopularniejszych artystów na świecie, sprawiają, że widok go samego na scenie, surfującego po pajęczynowych syntezatorach odmładzającej karierę produkcji Swaga, wyzwala instynkt obronny, a także zachwyt; nic, nawet w miarę pobłażliwy występ wszystkich nowych utworów bez choreografii i recesywnej scenografii, nie wydaje się gwarantowane.

Zdjęcie: Kevin Mazur/Getty Images dla Coachelli

Musi wiedzieć, że to bardzo się liczy, dla tego powrotu, prawdziwego testu, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniał taki test wiarygodności bardzo sławnej osoby na żywo, opierającego się niemal wyłącznie na przebiegłym i groźnym instrumencie Biebera. Jeśli zaledwie 24 godziny wcześniej Sabrina Carpenter spełniła obietnicę headlinera szaleńczo ambitną, maksymalistyczną ekstrawagancją, Bieber zaprezentował swój folio: minimalistyczny set, w którym znajdował się tylko piosenkarz, jego mikrofon i transmisja na żywo z laptopa, przepastna scena główna zamieniła się w jego metaforyczną sypialnię z ery Swag. W zależności od poziomu fandomu, uproszczoną wizję, pomijając minimalną widownię, można odczytać albo jako radykalnie bezbronną, albo rozczarowująco egoistyczną stronę rzekomo najlepiej opłacanego headlinera Coachelli wszechczasów. (Podwójne standardy wysiłku w przypadku kobiet i mężczyzn jako headlinery popu są… uderzające.) Otoczony aureolą pryzmatycznych wideografii i otoczony pojedynczym szarym pagórkiem, który przypominał trochę skatepark (a może wirusowe etui na telefon z błyszczykiem jego żony Hailey), Bieber wykonał najskromniejszy striptiz koncertowy – w trakcie swojego 90-minutowego występu zdjął okulary i kaptur, ale niewiele ze swojej ciężko zdobytej zbroi, zachowując pełny wygląd w jego oczy przez prawie połowę. Niewiele gwiazd muzyki pop może wywołać uśmiech, niemal całkowicie rozbłysnięty przed nowymi współpracownikami, którzy dołączyli do niego na scenie, poczuć jak zwycięstwo.

Jako jeden z najsłynniejszych na świecie przedstawicieli późnego pokolenia milenialsów, ikona pokolenia, która krwawiła na granicy monokulturowej i wirusowej sławy, Bieber cieszy się wśród niektórych ogromnymi źródłami hojnej życzliwości. Jego skrajna żałoba wobec księcia Go Baby – siedzącego na ziemi z łokciami opartymi na kolanach i zamkniętymi oczami – sprawiła, że ​​na krótko 100-tysięczne doświadczenie wydawało się małe, odsłonięte, jakby prosiło tłum, aby wziął go za siebie. Jednak pęd publiczności jest rzeczą zmienną; Na podwójnych albumach Swag znajduje się kilka autentycznych hitów, ale 11 przyciętych, zwiewnych utworów w stylu sypialnianego R&B to ciężka zachęta do otwarcia setu powrotnego. Bieber, mimo wszystko instynktowny i fascynujący wykonawca, zdawał się to wyczuwać – „Myślę, że potrzebujecie trochę energii” – powiedział, zanim rozpoczął porywający utwór Stay with The Kid Laroi, który pobudził tłum do życia i przypomniał, jak ból może wywoływać głos Biebera nawet w skompresowanym formacie. Ale natychmiast znów stracił przytomność, wykonując akustyczny moment Swag składający się z sześciu utworów, który choć pięknie zaśpiewany, zbyt mocno opierał się na instynkcie jego kaznodziei; Ja też uwielbiam ten festiwal muzyczny, ale nawet Justin Bieber nie przekona mnie, żebym skandował „Coachella, Alleluja”.

Zdjęcie: Kevin Mazur/Getty Images dla Coachelli

Najważniejszym wydarzeniem zawsze było zmaganie się Biebera z przeszłością, która tak wyraźnie wciąż ciąży na teraźniejszości, bolesny wzrost opinii publicznej, który wciąż zabarwia jego oszałamiający głos (jeśli ten set miałby udowodnić jedno, to to, że słuchałbym, jak śpiewa w książce telefonicznej, choć zawsze mam nadzieję na lepsze). Okazując poczucie humoru, które tak rzadko widujemy, Bieber zabrał publiczność do króliczej nory w YouTube, szukając na swoim laptopie teledysków do takich hitów jak Sorry, przełomowy singiel Baby (!), Beauty and the Beat (!!) i All That Matters (!!!). Ku odczuwalnemu szokowi publiczności, zharmonizował się ze swoim starszym, mniej dojrzałym głosem, a także klipami przedstawiającymi go, jak wpada na szklane drzwi jako mega-sławne dziecko, oraz, z jakiegoś powodu, teledyskiem Deez Nuts. Efekt był frustrujący – czy naprawdę zabiłoby go wykonanie więcej niż jednej zwrotki hymnu z 2015 roku Where Are U Now? – i ujmujący; wiele łez wylało się na widok mężczyzny śpiewającego do swojego 13-letniego siebie, przedwcześnie rozwiniętego dziecka jadącego autobusem po Ontario do utworu „So Sick” Neyo.

Tunel nostalgii być może zamknął pętlę, choć nie zapoczątkował bardziej wszechstronnej oceny kariery. Wygląda na to, że przeszłość nadal jest niewygodnym płaszczem do noszenia, choć przynajmniej teraz z odrobiną policzka. Bieber wydawał się znacznie bardziej zadomowiony w cyklu Swag i ze stajnią współpracowników – Dijon (z Devotion), Tems (I Think You’re Special), Wizkid (Essence) i Mk.gee, którzy wydawali się robić Bieberowi przysługę, namaszczając go jako prawdziwego twórcę z artystyczną wizją, niż odwrotnie. Ten ostatni użyczył swoich gitarowych fajerwerków kwitnącemu finałowi Daisies, najbardziej przyjaznego radiu i najmniej sennego utworu Swag, któremu odpowiednio towarzyszyły prawdziwe fajerwerki. Nuta idealna do końca, Bieber wydawał się triumfować – może nie było to wszystko, co chcieliśmy usłyszeć, ale na dobre i na złe powiedział, co miał do powiedzenia.