Według twórców pomysł na Titaníque, niezwykle kampowy musical z szafy grającej Céline Dion, wystawiany obecnie na Broadwayu, zrodził się jako pijacki riff między przyjaciółmi – co by było, gdyby Québécois Queen of Feelings nie tylko zaśpiewała piosenkę przewodnią z filmu Titanic, ale szczerze wierzyła, że przeżyła katastrofę? Titanic z Céline to odpowiednio głupi pomysł – prawdopodobnie nikt nie zapewnił światu tyle obozowej szczerości, co pionier power ballad z lat 90., a ukochanemu filmowi przydałyby się pewne niepoważne aktualizacje. Marla Mindelle, Constantine Rousouli i Tye Blue, współautorzy, sprawili, że przedstawienie było wyjątkowo szalone, wyjątkowo wesołe, wyjątkowo „dziwaczne” (cytując prawdziwie niepowtarzalnego Diona) i wypłynęli w teatralny odpowiednik łodzi wiosłowej; pierwsza inscenizacja Titaníque miała miejsce w piwnicy zamkniętego sklepu spożywczego na Manhattanie. Spektakl, który można przystosować i jest bardzo meta, przekształcił się w serię coraz większych rzemiosł: tętniący życiem postpandemiczny występ Off-Broadway, światowa trasa koncertowa, a następnie uznany występ na West Endzie.
Chociaż, ku mojemu głębokiemu żalowi, przegapiłem oryginalny występ Off-Broadway, poczułem nostalgię za tymi skromnymi początkami, gdy uczestniczyłem w nowym i ulepszonym Titaníque w zbyt przepastnym St James Theatre, gdzie odlotowe przedstawienie ma teraz budżet i skalę przystającą na liniowiec. Lub, ściślej, korporacyjny program typu reality show; wielopoziomowe podstopnice, zespół na scenie (który, należy zauważyć, brzmi świetnie) i, co najbardziej sugestywne, neonowo-czerwone światła sceniczne nie przypominają Titanica, nawet bardzo luźno zinterpretowanego, a bardziej przypominają X Factor, jak Mindelle zażartowała w jednym z wielu jej pobocznych komentarzy jako piosenkarka. Dlaczego? Kto ma powiedzieć. W bardzo zabawnym Titaníque samoświadomość ma duże znaczenie, choć nie jest to wyjaśnienie.
Ten szalony hołd, wyreżyserowany tutaj przez Blue, zawiera mnóstwo mrugających nut i metabroadwayowskich żartów, ale wyrafinowane otoczenie ujawnia również ograniczenia serialu (i czasami, ale z pewnością nie zawsze, mocy wokalu; jest to trudne, gdy porównuje się go z jednym z największych artystów wszechczasów). Ochrypły, sprośny i bardzo słabo nakreślony (to nie skarga!), serial pasuje do luźniejszego, bardziej pijackiego i bardziej intymnego środowiska, w którym Mindelle naprawdę mogłaby się tam znaleźć, próbując zagrać w trybie parodii w pełni divy. W większości udaje jej się to osiągnąć – to wciąż niezmiennie bardzo zabawny serial, elektryzujący kilkoma momentami prawdziwej divy z pełnym pasem i nieuzasadniony w swoim kawałku w sposób godny Dion. Mindelle, zwyciężczyni Oliviera w występie na West Endzie, odważnie wciela się w rolę piosenkarki w całej jej cekinowej, dziwacznie akcentowanej, uderzającej w klatkę piersiową chwale, burząc czwartą ścianę wokalami i odniesieniami do kultowych kompilacji YouTube z jej najbardziej zwariowanymi wywiadami („Wiesz to? To głębokie cięcie” – powiedziała, prawdopodobnie patrząc na mnie).
Wyjątkowa piosenkarka jest teraz ostatecznym źródłem informacji o Statku Marzeń; według niej była tam tej pamiętnej kwietniowej nocy 1912 roku – wąchała świeżą farbę, korzystała z nieużywanej porcelany i spała w niezaspanej pościeli. I, oczywiście, skupienie uwagi wszystkich, ku rozczarowaniu hybrydowych bohaterów filmu, celebryty i parodii: kochanków Jacka (Rousouli, zrzucający swoje obcisłe spodnie khaki) i Rose (Melissa Barrera, gibka i czarująca nawet w kompletnej farsie); Władczy, kochający eyeliner narzeczony Rose, Cal (John Riddle) i jej znacznie bardziej przerażająca matka (Jim Parsons z „Teorii wielkiego podrywu”, obłąkany bohater komediowy); Niezatapialna Molly Brown (Deborah Cox), aktor/kapitan Victor Garber (Frankie Grande, brat Ariany, który bardzo poważnie podchodzi do mantry „za dużo”) i bezczelnie utytułowany Seaman (Layton Williams).
Podobnie jak piosenkarz, Titaníque nie przestaje się poruszać, a wykonawcy krzątają się po scenie i zmieniają postacie, jakby uczestniczyli w wyścigu lub, powiedzmy, rywalizowali w konkursie śpiewu w rzeczywistości. Przypuszczam, że jest dużo filmu do obejrzenia, a serial nie przepuści żadnej okazji na sprośną pieczeń. Niektóre dowcipy, jak na przykład sprośna reinterpretacja zasłaniającego okno seksu w filmie, są szalenie zabawne; inni, zwłaszcza sprawy związane z telefonem lub Soho, czuli się spięci. Konsekwentnie ostry humor wypacza niszową popkulturę i homoseksualizm. Czy z konieczności szeroka publiczność na Broadwayu dobrze zareaguje na odniesienia do Grindra i najnowszego sezonu RuPaul’s Drag Race? Naprawdę nie wiem. Czy docenią mrugające i powalające wykonanie All By Myself w wykonaniu diwy popu i byłej wokalistki wspierającej Dion, Deborah Cox? Jak mogłeś nie?
Jak na ironię, innym punktem programu nagrodzonym owacjami na stojąco jest postać kolejnej divy showbiznesu, granej przez wspaniałego Williamsa w drag queen jako ta cholerna góra lodowa, która zapewnia widzom sportowy wyczyn wokalny godny Broadwayu, którego nie będę zdradzać. Obydwa momenty nadchodzą w doskonałej drugiej połowie serialu, kiedy w dużej mierze rezygnuje się z filmu i zamiast tego oddaje się temu, po co tu jesteśmy: oglądać fantastycznych piosenkarzy przedzierających się przez szaleńczo dramatyczny katalog Dion z ekstremalną niepowagą i odrobiną widowiskowego pizzowania. Jeśli jest jedna rzecz, w którą wierzy prawdziwy Dion, to jest to moc śpiewania tak namiętnie, jak to możliwe, tak bardzo, jak to możliwe. Gdy Titaníque to przyjmie, ruszy pełną parą w kierunku triumfalnego zakończenia: przebieg żartów o penisach może się różnić, ale wzloty Dion przez dłuższy czas trwają i trwają.