Strona główna Wiadomości Co tak naprawdę Benjamin Netanjahu i izraelska prawica mają na myśli, kiedy...

Co tak naprawdę Benjamin Netanjahu i izraelska prawica mają na myśli, kiedy przywołują „Wielki Izrael” | Daniela Levy’ego

11
0


Wiele pozostaje niejasne co do znaczenia i trwałości dwutygodniowej przerwy w wojnie Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem. Ale jeden aspekt konfliktu pozostaje dziś tak samo jasny, jak sześć tygodni temu. Donald Trump nie ma planu. Benjamin Netanjahu tak.

Celem wojny Izraela było maksymalne osłabienie potencjału państwa irańskiego, osiągając nie tyle zmianę reżimu, co implozję państwa. Pomimo zawieszenia broni Netanjahu podkreślił, że to „nie koniec kampanii” i że Izrael „trzyma palec na spuście”, aby wznowić walkę. Jako doświadczony strateg spędził drugą administrację Trumpa, wykorzystując szansę płynącą z płynności geopolitycznej, aby osiągnąć swój ostateczny cel: Wielki Izrael.

Kiedy przywołuje się na to izraelską prawicę, „Wielki Izrael” jest często postrzegany jako koncepcja czysto terytorialna: próba zwiększenia rozmiaru terytorium, które Izrael rości sobie za swoje. Jest to z pewnością integralną częścią jego znaczenia. W końcu Izrael był ekspansjonistyczny i od samego początku pociągnął za sobą wysiedlenia i wywłaszczenie Palestyńczyków, a obecnie proces ten znacznie przyspieszył.

W ciągu ostatnich dwóch i pół roku Izrael zrównał z ziemią i ponownie podbił Gazę, zabijając dziesiątki tysięcy ludzi i niszcząc infrastrukturę cywilną, wciskając jej populację, według szacunków z zeszłego roku, do zaledwie 12% i tak już małego pasa ziemi. Na Zachodnim Brzegu Izrael kontynuuje kampanię zniszczenia i wysiedleń ludności i mienia palestyńskiego, która nie ma sobie równych od wojny sześciodniowej w 1967 r., rozszerzając swoją matrycę kontroli i osadnictwa.

Po upadku prezydenta Bashara al-Assada w 2024 r. Izrael zajął terytorium w Syrii (poza nielegalnie zaanektowanymi Wzgórzami Golan) i jest w trakcie odtwarzania strefy okupacyjnej w południowym Libanie. Ministrowie rządów z frakcji Religijnego Syjonizmu i Władzy Żydowskiej oraz parlamentarzyści Likudu otwarcie agitują na rzecz izraelskiej suwerenności i osadnictwa w tym kraju. Minister finansów Bezalel Smotrich wezwał Izrael do „ekspansji na Damaszek”, a sam Netanjahu twierdził, że czuje się „bardzo związany” z terytorialną wizją Wielkiego Izraela.

Jednakże Wielki Izrael należy postrzegać nie tylko jako koncepcję geopolityczną i strategiczną, ale także terytorialną. Nabywanie i kontrola gruntów jest pod wieloma względami oczywistą i łatwą częścią. Premier Izraela realizuje coś zarówno ambitniejszego, jak i bardziej wyrafinowanego niż zwykła kontrola terytorium – projekt dominacji składający się z nowych sojuszy, gwarantowanych przez zależność od twardej siły.

Aby to zrozumieć, trzeba cofnąć się kilka lat. Po straszliwych zbrodniach popełnionych na Izraelczykach 7 października i gdy stała się jasna skala i okrucieństwo reakcji Izraela w Gazie, jego próby integracji regionalnej – normalizacji stosunków z arabskimi sąsiadami – coraz bardziej utknęły w martwym punkcie. Netanjahu stanął przed wyborem: albo wznowić wysiłki na rzecz normalizacji regionalnej poprzez bardziej akomodacyjne podejście do Palestyńczyków, albo podwoić swoją negację przyszłości Palestyny ​​o sumie zerowej. Decydując się na to drugie, Netanjahu musiał usunąć Iran z roli regionalnego podmiotu równoważącego siły – co wymagało bezpośredniego i masowego zaangażowania wojskowego USA u boku Izraela.

W dniach poprzedzających wojnę w Iranie dwóch wpływowych byłych izraelskich osobistości ds. bezpieczeństwa piszących dla Jerozolimskiego Instytutu Strategii i Bezpieczeństwa zauważyło, że z punktu widzenia kluczowych regionalnych państw sunnickich obalenie reżimu irańskiego lub jego znaczne osłabienie ugruntowałoby status Izraela jako „dominującej potęgi regionalnej”.

Osiągnięcie tego wymaga nie tylko upadku Iranu, ale jednocześnie osłabienia państw Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) – Bahrajnu, Kuwejtu, Omanu, Kataru, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich – i uzależnienia ich od Izraela w zakresie bezpieczeństwa i szlaków eksportu energii. Innymi słowy, skutki uboczne wojny w postaci trafień w państwa GCC przez irańskie drony i rakiety można postrzegać jako zamierzony element projektu Izraela, a nie godny pożałowania efekt uboczny.

Jak można było przewidzieć, kiedy Izrael i Stany Zjednoczone rozpoczęły tę wojnę, dostęp GCC do rynków światowych przez cieśninę Ormuz został poważnie ograniczony. A kiedy Izrael nasilił działania, obierając za cel irańską infrastrukturę energetyczną, Iran spełnił swoją groźbę reakcji rzeczowej przeciwko Zatoce Perskiej.

Netanjahu skorzystał z okazji, aby wezwać do „alternatywnych tras zamiast wąskich gardeł w Cieśninie Ormuz i Bab-al-Mandab”, spodziewając się „rurociągów naftowych i gazociągów biegnących na zachód przez Półwysep Arabski aż do Izraela, aż do naszych śródziemnomorskich portów”.

W swoich publicznych wystąpieniach Netanjahu połączył niektóre elementy swojego projektu panowania Wielkiego Izraela. Zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem tej wojny, podczas wizyty indyjskiego premiera Narendry Modiego w Izraelu, Netanjahu podzielił się swoją wizją „stworzenia całego systemu, w istocie swego rodzaju sześciokąta sojuszy wokół Bliskiego Wschodu lub w jego obrębie”, obejmującego „Indie, narody arabskie, narody afrykańskie, narody śródziemnomorskie (Grecja i Cypr) oraz narody Azji”. Izrael byłby kluczowym punktem węzłowym tego sojuszu.

Niedawno opublikowany artykuł w języku hebrajskim autorstwa dwóch wysokich rangą osobistości z oficjalnego instytutu strategicznego Sił Obronnych Izraela pomógł wypełnić niektóre luki. Argumentowali, że izraelska armia nie tylko bezpośrednio podbije terytorium, ale także osiągnie „kontrolę operacyjną nawet na obszarach oddalonych od granic Izraela, bez okupowania i utrzymywania terytorium”. Izraelowi przyznanoby „wyższy status jako swego rodzaju «królowej» dżungli” (nierzadko słyszy się, że w izraelskim dyskursie politycznym reszta Bliskiego Wschodu nazywana jest „dżunglą”), ustanawiając „porządek regionalny, który będzie sprzyjał celom Izraela”.

W ostatnich przemówieniach Netanjahu zaczął nazywać Izrael nie tylko „regionalnym supermocarstwem”, ale „pod pewnymi względami globalnym supermocarstwem”. Izrael pragnie umieścić się w centrum regionalnego sojuszu, który mógłby zostać utrzymany nawet w przypadku wyczerpania się sił USA. Netanjahu obiecał, że sześcioboczny sojusz zostanie rozmieszczony przeciwko „radykalnej osi szyickiej… i wyłaniającej się radykalnej osi sunnickiej”. Izrael nie wahał się nazwać kolejnego „zagrożenia”, którym należy się zająć: Turcją.

Mówienie o dominacji Wielkiego Izraela można potraktować jako typową hiperbolę wojenną. Niedawna polityka Izraela mówi nam, że byłoby błędem. Stała orientacja wojenna jest głęboko zakorzeniona w izraelskiej klasie politycznej, rządzie i opozycji, establishmentzie bezpieczeństwa, nowej prawicowej elicie i mediach. Jednakże takie myślenie niesie ze sobą ogromny potencjał przeciągnięcia i odwetu; jest to zagrożenie dla samego Izraela i coś, czego region nie zaakceptuje.

Na długiej liście powojennych wyzwań odstraszanie i powstrzymywanie projektu dominacji Wielkiego Izraela może być jednym z najważniejszych.

Daniel Levy jest komentatorem politycznym i prezesem Projektu USA/Bliski Wschód. Pełnił funkcję izraelskiego negocjatora pokojowego podczas rozmów w Oslo II

Czy masz opinię na temat kwestii poruszonych w tym artykule? Jeśli chcesz przesłać odpowiedź zawierającą maksymalnie 300 słów pocztą elektroniczną, aby uwzględnić ją w publikacji w naszej sekcji listów, kliknij tutaj.