Strona główna Wiadomości Feministki zaczęły podnosić alarm w związku z manosferą kilkadziesiąt lat temu –...

Feministki zaczęły podnosić alarm w związku z manosferą kilkadziesiąt lat temu – ale zostaliśmy zignorowani | Laurie Penny

11
0


Dlaczego tak długo zajęło nam traktowanie mizoginii jako problemu politycznego? Współczesna manosfera od wielu lat ulega przerzutom – a kultura głównego nurtu przez lata odpowiadała bezradnym wzruszeniem ramion. Nie było nic niezwykłego w tym, że mężczyźni krzywdzili kobiety, nawet jeśli technologia była nowa.

Na początku wściekli i wyobcowani mężczyźni zaczęli oddawać się rekreacyjnej mizoginii w Internecie, bombardując kobiety i dziewczęta w oczach opinii publicznej groźbami, obelgami, nękaniem, hackowaniem i ohydną „pornografią zemsty”. Choć może to teraz zabrzmieć dziwnie, „internet” nadal był postrzegany jako odrębny od „prawdziwego życia”.

Tak przynajmniej powiedziano mi, gdy po raz pierwszy poszłam na policję w związku z groźbami śmierci, które otrzymywałam jako młoda felietonistka. Nic nie można było zrobić, bo to, co działo się w mediach społecznościowych, nie było prawdziwe i się nie liczyło. Jeśli mi się to nie podobało, powinienem przejść do trybu offline i prawdopodobnie kontynuować pracę za pośrednictwem telefonu obrotowego i faksu. Ci z nas, którzy byli wczesnymi celami tego, co stało się manosferą, nie mieli luksusu ignorowania problemu. Dla nas łatwo było dostrzec, że jest to coś nowego i poważnego, łatwo było zrozumieć, w jaki sposób taktyka zastosowana przeciwko nam może zostać zastosowana gdzie indziej – i jak szybko może dojść do eskalacji.

Tak właśnie stało się w 2014 r. W maju tego roku terrorysta Elliot Rodger zabił sześć osób i zwrócił uwagę świata na „incels” – młodych mężczyzn zradykalizowanych przez urazę seksualną.

Trzy miesiące później nadeszła Gamergate, globalna orgia nękania w Internecie, której celem były kobiety z branży gier wideo. Wszystko zaczęło się, gdy wschodząca twórczyni gier Zoe Quinn została zaatakowana przez zgorzkniałego byłego chłopaka w trwającej całą książkę tyradzie zazdrości seksualnej i zawodowej. Ten brak skandalu stał się piorunochronem dla dziesiątek tysięcy graczy wściekłych, że kobiety wdzierają się do medium, które miało być ich osobistą fantazją o mocy.

Na anonimowych forach, takich jak 4chan, mężczyźni koordynowali niezwykłą kampanię nadużyć pod przykrywką troski o „etykę dziennikarską”. Quinn i inni twórcy zostali wypędzeni ze swoich domów, ale burza ogniowa wymknęła się już spod kontroli. W ciągu następnych kilku lat, gdy „incelowie” w dalszym ciągu dokonywali aktów masowych morderstw, każdy przemysł rozrywkowy, od komiksów i wydawnictw po film i telewizję, był oblegany przez obsesyjne trolle przedstawiające się jako odważni buntownicy przeciwko nieliberalnym „wojownikom sprawiedliwości społecznej”. Im bardziej im się to udawało, tym bardziej traktowali to jak grę.

Gamergate połączyło odmienne wątki tego, co obecnie nazywamy manosferą: niepokornych artystów-podrywaczy, chrześcijańskich nacjonalistów, zgorzkniałych „incelów” i wściekłych fanów, którzy usłyszeli historię, której nie byli bohaterami, wpadający w masowy wandalizm społeczny. Ta mieszanina na wpół ukształtowanych fiksacji zastygła w spójną ideologię uprawnień pokrzywdzonego, mającą własny język – „ucieczkę z matrixa”, „branie czerwonej pigułki” – i własną logikę heroicznego bycia ofiarą w obliczu seksualnej siły kobiet. Wściekłość i wyobcowanie ludzi opuszczonych przez pokrachowy kapitalizm zostały skierowane na wspólną sprawę – gotową do kooptacji przez najgorszych możliwych aktorów.

Przez całą połowę lat media głównego nurtu nadal nie doceniały manosfery. Skrajna prawica nie popełniła tego samego błędu. Gamergate było poligonem doświadczalnym dla niektórych głównych propagandystów nowej „alt-prawicy”. Steve Bannon, polityczny svengali i współzałożyciel Breitbart News, dostrzegł potencjał w tej kohorcie wariatów. Następnie poprowadził pierwszą kampanię prezydencką Donalda Trumpa, pomagając dotrzeć do tej kluczowej grupy demograficznej prezydenta, który uosabiał wszystko, co najbardziej podziwiał nowy kult męskiej supremacji, wrzeszcząc na temat przemocy seksualnej i trzymając rzekomo wolny świat jako zakładnika w każdym swoim emocjonalnym spazmie.

Z perspektywy czasu zaskakujące jest, że przez tak długi czas wszystko to było normalizowane. Najwyraźniej było nie do pomyślenia, aby przemoc wobec kobiet mogła wywołać kryzys – chyba że za przemoc zrzucono winę na imigrantów lub osoby transpłciowe, a wtedy bezpieczeństwo kobiet nagle znalazło się na pierwszym miejscu programu politycznego. Kiedy feministki i inne osoby znajdujące się w zakażonym oku burzy próbowały podnieść alarm, powiedziano nam, że przesadzamy, by zwrócić na siebie uwagę, lub że nie możemy przyjąć żartu. Pod pozami, rysunkowymi żabami i memówkami byli to zagubieni młodzi mężczyźni, którzy zasługiwali na cierpliwość i zrozumienie, a jeśli ich nie oferowaliśmy, byliśmy bezdusznymi i pozbawionymi humoru zabójcami.

Identycznych argumentów używano, aby odrzucić powstanie Magi, aż było już zdecydowanie za późno. Poradnik przetestowany w połowie lat na feministkach, czarnoskórych, queerowych i artystkach, został odtworzony w ruchach skrajnie prawicowych na całej północy świata – co było odpowiedzią na stłumioną obiestronizm. Zarówno wtedy, jak i teraz politycy, eksperci i liderzy przemysłu oficjalnie potępiali najgorsze ekscesy manosfery, ale odmówili zajęcia jednoznacznego stanowiska, przestraszeni, że jakikolwiek przejaw uczciwości moralnej zrazi ich bazę.

W miarę jak lata 2010. zmieniły się w lata 20. XXI wieku, a manosfera w dalszym ciągu się rozwijała, kierując swoich rekrutów w stronę coraz bardziej ekstremalnych, wyraźnie rasistowskich idei, modne stało się postrzeganie „wojowników sprawiedliwości społecznej” jako palącego zagrożenia dla ludzkiej wolności. Politycy i osoby publiczne wydawali się znacznie bardziej zaniepokojeni ruchem #MeToo, co wydawało się dowodem na to, że feministki posunęły się za daleko – i być może zasługiwały na karę. Kiedy za trzecim czy czwartym razem ekipa dokumentalna przyszła do mnie i przeprowadziła ze mną wywiad na temat gróźb śmierci, zdałem sobie sprawę, że nie chcieli pomóc – chcieli oglądać.

Wiele osób to zrobiło. Po Gamergate fanatyzm stał się branżą rozwijającą się dla przedsiębiorczych młodych chłopców nieobciążonych sumieniem. Jako dziennikarz przeprowadziłem wywiady z wieloma młodymi skrajnie prawicowymi mężczyznami, którzy przyznali, że tak naprawdę chcieli zostać influencerami i twórcami filmowymi. Za kliknięcia i wyświetlenia wzbudzali kontrowersje i flirtowali ze skrajną prawicą, ale nie trzeba było długo czekać, aby ich związek stał się poważny. Jak pisze Kurt Vonnegut w swoim antyfaszystowskim arcydziele Mother Night: „jesteśmy tym, czym udajemy, więc musimy uważać, czego udajemy”.

Dziś już nikt nie udaje, że to żart. Trump w swojej obłąkanej manierze otwarcie zabiega o względy manosfery, a młodzi mężczyźni z pokolenia Z masowo skręcają w stronę skrajnej prawicy. Istnieje wyraźna granica między społecznym wandalizmem Gamergate a megaprzechwalającymi się zwolennikami męskiej supremacji, oszukującymi swoich zwolenników obietnicą rzeczywistości, w której kobiety i dziewczęta są postaciami niezależnymi, które można pokonać, wykorzystać lub wymienić na żetony na brutalnym rynku wartości ludzkich. Wielu młodych mężczyzn przez całe życie żyło w cieniu tej uzbrojonej mizoginii – podobnie jak młode kobiety. A ta złowroga ideologia wciąż gryzie serce władzy.

Kilka tygodni temu, w przerwie od zachęcania swojego obłąkanego prezydenta do przejęcia Grenlandii, doradca Białego Domu Stephen Miller znalazł czas, aby zamieścić na platformie X tweet, który wydaje się kpić z nowej serii Star Trek za jej zbytnią różnorodność. Elon Musk wyłonił się z kręgu rasistowskich teorii spiskowych i transfobii, aby się zgodzić. To zawstydzające i to nie tylko dlatego, że każdy półpiśmienny kujon wie, że Star Trek budzi się od 1966 roku. Ponieważ nawet po przekształceniu świata w swoją osobistą kopułę grzmotu, przedstawiciele pokrzywdzonej białej męskiej władzy wciąż są niezadowoleni, wciąż żądając, abyśmy zaspokajali każdą ich najdrobniejszą zachciankę. Będą to robić nadal, dopóki reszta z nas w końcu nie przestanie tolerować ich nonsensów.

Laurie Penny jest dziennikarką, autorką i scenarzystką. Piszą substack Force of Culture

Czy masz opinię na temat kwestii poruszonych w tym artykule? Jeśli chcesz przesłać odpowiedź zawierającą maksymalnie 300 słów pocztą elektroniczną, aby uwzględnić ją w publikacji w naszej sekcji listów, kliknij tutaj.