Strona główna Kultura Recenzja The Rocky Horror Show – kampowy musical powraca na Broadway w...

Recenzja The Rocky Horror Show – kampowy musical powraca na Broadway w potrzebie zastrzyku energii | Broadway

6
0


The Rocky Horror Show Richarda O’Briena, kampowy musical z 1973 roku inspirowany filmami science fiction i horrorami klasy B, ma za sobą długie i owocne życie. Jednak jego filmowa adaptacja z 1975 roku, w pewnym sensie najdłużej wyświetlana premiera kinowa w historii Stanów Zjednoczonych, niemal bezsprzecznie przyćmiła to dziedzictwo. Wybór piosenek, fabuła i występy w filmie – Tima Curry’ego, Susan Sarandon i innych – zostały uznane za ostateczny horror Rocky. Nie oznacza to jednak, że wznowienie widowiska scenicznego nastąpi bez fanfar, a jedynie, że wrażenia z jego oglądania mogą być rozczarowujące.

Takie przynajmniej było moje doświadczenie podczas trzeciego wystawiania Rocky Horror na Broadwayu w Studio 54. Zapowiedź produkcji wywołała ogromne emocje, a emocje skupiały się szczególnie wokół zgromadzonej gwiazdorskiej obsady. Chłopak z West Endu, który stał się twardzielkiem, gwiazdą filmową Luke Evans, gra szalonego naukowca, cross-dressera Franka-n-Furtera (rola rozsławiona przez Curry’ego). Nominowana do Oscara Stephanie Hsu wciela się w Janet (w tej roli Sarandon). Juliette Lewis wcieli się w Magentę, a weteranka Saturday Night Live Rachel Dratch wcieli się w narratorkę. Wtajemniczonych pocieszyło także to, że wznowieniem reżyseruje Sam Pinkleton, który niedawno stworzył cuda komedii queer z Oh, Mary!, nowym członkiem wyrafinowanej klasy trwałych hitów Broadwayu.

I tak wchodzi się do teatru skąpanego w tandetnym, jaskrawym świetle i wypchanego kiczowatym strojem, z uczuciem… oczekiwania. (Przepraszam za podanie wymaganego odniesienia.) Na początku te wielkie nadzieje zostały spełnione. Lewis otwiera program chwiejną, ale uroczą wersją podwójnego filmu science fiction. Hsu i Andrew Durand, którzy grają narzeczonego Janet, Brada, następnie ujmująco wprowadzają nas w fabułę (jeśli można to tak nazwać), podczas gdy analogowe elementy scenografii Pinkletona – ręce wystające z zasłon, maleńkie modele przeklętej rezydencji Franka-n-Furtera wyskakujące, gdy Brad i Janet zbliżają się do niej – zwiastują wesołą głupotę, która nadejdzie.

Rockowy horror. Fot: Joanna Marcus

Ale niedługo po tej przyjemnej scenerii energia opada. Soczystość, którą Pinkleton wniósł do Oh, Mary! nie jest tu obecny; jest więcej tego, co wydaje się bezcelowym szuraniem po scenie, niż powinno się spotkać podczas kosztownej nocy (lub popołudnia) w teatrze. Cień odgrywający film podczas kolejnej projekcji o północy? Jasne, wolno im być trochę apatycznym. Ale z pewnością wolelibyśmy, żeby profesjonalna wersja Rocky Horror była bardziej zwarta, bardziej nieubłagana w pogoni za naszą uwagą.

Coraz bardziej brakuje pewności filmu, w miarę jak inscenizacja Pinkletona coraz bardziej popada w rozmytą abstrakcję. Istnieją, szczerze mówiąc, rozproszone światła, które na chwilę przywracają ostrość. Evans, w odpowiednich szpilkach i w większym gorsecie, ale z dziwnie wiotką i mokrą peruką, czuje się niepewnie w trakcie dialogu Franka-n-Furtera; wydaje się być odrobinę skrępowany i nie chce zaangażować się w wysoki melodramat bohatera. Ale w swoich piosenkach ożywa, zwłaszcza gdy pozwala swojemu bogatemu tenorowi w stylu Eltona Johna osiągnąć pełną moc w I’m Going Home, najładniejszej z kilku ładnych piosenek na setliście.

Dratch często pohukuje w roli Narratora, odważnie odpowiadając na pytania widzów, wykrzykując na wpół scenariuszowe odpowiedzi, które pojawiają się, chcąc nie chcąc, podczas niemal każdego pokazu filmu. Ale od tego momentu komedia spada dość stromo. Szczególnie nieskuteczny jest Harvey Guillén w roli Eddiego, którego ledwo słychać podczas szalonego wrzasku Hot Patootie, utworu inscenizowanego w pośpiechu. Później Guillén odnosi większe sukcesy jako doktor Scott, ale do tego czasu Pinkleton był przytłoczony pokrętnymi spiskami O’Briena, pozwalając rytmom i żartom płynąć niespójnie.

Zbyt łatwo można odnieść wrażenie, że obsada i ekipa mają pojęcie o tym, co dzieje się w serialu, ale nie komunikują tego odpowiednio z widzami. Być może zakłada się zbyt dużą znajomość. Rzeczywiście, na moim występie było wielu wielbicieli, którzy byli więcej niż szczęśliwi, mogąc wykonać część ćwiczeń. Ale wokół mnie było mnóstwo innych osób, które wydawały się być w trudnej sytuacji, w tym dwójka dorastających dzieci i ich mama, które nie wróciły na drugi akt. Idealnie byłoby, gdyby program, w którym pobierane są setki dolarów za miejsce (w większości przypadków), sprawiłby, że wszystko byłoby bardziej czytelne niż w przypadku Pinkleton, aby jak najlepiej zapewnić wszystkim dobrą zabawę, a nie tylko ci, którzy słyszeli te wersety i powiedzieli własne niezliczoną ilość razy wcześniej. Powrót Rocky Horror powinien być okazją do zdobycia nowych fanów, a nie zwykłym cofaniem się w czasie do zapamiętanych wieczorów w kinie.