Strona główna Kultura „Musi być głośno”: jednoosobowa misja Józefa Van Wissema, aby lutnia znów zagrała...

„Musi być głośno”: jednoosobowa misja Józefa Van Wissema, aby lutnia znów zagrała | Muzyka

8
0


Nikt nie może zarzucić Jozefowi Van Wissemowi, że robi wszystko pół na pół. Muzyk, najprawdopodobniej najbardziej znany współczesny lutnista na świecie, posiada arsenał dźwiękowy składający się z ośmiu instrumentów smyczkowych: niektóre wykonane na zamówienie, a wszystkie szczycące się niezwykłymi funkcjami. Stworzył z nimi ogromny dorobek, do tej pory blisko 50 tytułów. W maju ukaże się kolejny album, This Is My Blood.

Każdej Wielkanocy Van Wissem postanawia skomponować nową płytę. Spokój Warszawy, gdzie wszyscy „wyjechali na wakacje”, uważa za bardziej sprzyjający pracy niż „hałaśliwy” Rotterdam, gdzie też ma mieszkanie.

Zabawa z normami… Jim Jarmusch (z prawej) występuje z Jozefem van Wissemem w Chicago w 2025 r. Zdjęcie: Cindy Barrymore/Shutterstock

Komponując, Van Wissem słyszy tradycyjny temat lub melodię i „powtarza” go. „Przyznaję się, to kradzież” – mówi. Powtarzanie może być „kradzieżą”, ale z pewnością nie jest kopiowaniem. Po pierwsze, repertuar klasycznej lutni jest ogromny: powstał w wyniku lat ciągłych podróży i ponownego notowania. Według Van Wissema jest on otwarty na ciągłą interpretację; zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę wiele strojów lutni. Na przykład jego czarne 14-daniowe teorbo (z wbudowanymi „świętobójczymi” mikrofonami i składaną szyjką) ma strojenie współbieżne, w którym co najmniej jedna struna jest dostrojona do wysokości, która przerywa w przeciwnym razie sekwencję rosnącą lub opadającą.

Nie trzyma się też tradycyjnego grania. Van Wissem jest najbardziej znany ze swojej muzyki do filmów – współpracował z ikoną kina niezależnego Jimem Jarsmuschem, zespołem SQÜRL przy tworzeniu ścieżki dźwiękowej do filmu Only Lovers Left Alive – a muzyka na jego nowym albumie została skomponowana do filmu dokumentalnego reżysera Joaquima Pujola Màquina „o wyprawie na pustynię w Kolorado i odbyciu psychodelicznej podróży jako lekarstwa na alkoholizm”. Pierwszy i ostatni utwór na płycie to improwizowane kompozycje slajdów z wykorzystaniem wąskiego gardła, co brzmi awanturniczo.

„Kiedy robię to na koncercie, pierwszymi ludźmi, którzy wychodzą, są ludzie muzyki klasycznej. Nie mogą tego znieść. Ludzie muzyki eksperymentalnej to uwielbiają.”

Punkowe korzenie… Jozef van Wissem podczas swojej początków kariery muzycznej w latach 80-tych. Foto: Józef van Wissem

Van Wissem wyraźnie cieszy się trwającą cztery dekady walką z akceptowaną, akademicką myślą wokół lutni. Nasz wywiad jest pełen kłótni na temat wizerunku instrumentu: „Myślę, że ludzie w kręgach akademickich nadal go ukrywają, w pewnym sensie go poniżają”. Van Wissem postrzega swoją misję jako uczynienie z niej „ponownie instrumentu popowego” i stwierdzenie, że przed 250-letnim „zniknięciem” lutnia była „wszechobecna”, można ją było spotkać zarówno w burdelach i tawernach, jak i na dworze. Widzi podobieństwa w „bezpośrednich, powściągliwych emocjach” lutni z surowym i sugestywnym brzmieniem Coila, starego ulubieńca.

Ale „wojny lutniowe” z „tradycyjnymi ludźmi” również dostają jego kozę. Naprawy lub sugerowane innowacje zwykle prowadzą do konfliktów z tradycjonalistami: „Nie chcą wkładać do środka mikrofonu”. Van Wissem twierdzi, że ilość koncertów, które gra, wymaga wzmocnienia, ponieważ „zawsze jest kłopotliwe” mówienie dźwiękowcowi w lokalu, że lutnia „musi” być głośna. Dla Van Wissema lutnia jest instrumentem rockowym, który ma za zadanie powalić publiczność.

Jego nonkonformizm może wynikać z doświadczeń z gorączkową holenderską sceną punkową z wczesnych lat 80-tych; wciągający styl życia, a nie muzyka – kształtowany przez kucanie, zderzenia z władzą, codzienne pisanie listów i wymianę taśm, słuchanie Joy Division lub „przeskakiwanie” do Belgii i Wielkiej Brytanii w celu zawarcia sojuszy kulturowych. Włosy pomalowane na pomarańczowo, grał w punkowym zespole Mort Subite w 1978, a później w nowofalowym zespole Desert Corbusier, z którym koncertował w Jugosławii. W Lublanie spotkali LAIBACH, który wywarł ogromny wpływ na Van Wissema: „Wywarli duży wpływ na to, jak robię różne rzeczy: pomysł stworzenia czegoś w oparciu o jeden mocny pomysł”.

W 1979 roku Van Wissem został wyrzucony z przysiadu w Maastricht przez fanów piłki nożnej, którzy następnie podpalili. Następnie przeniósł się do tętniącego życiem miasta Groningen w północnej Holandii, które było wówczas stolicą skłotów w kraju. Od 1988 do 1993 był właścicielem buntowniczego baru De Klok w mieście. Ale znudziło mu się to, co uważał za coraz bardziej przyziemną scenę muzyczną: „Widziałem Nirvanę w Vera w Groningen. Ale to wszystko po prostu znudziło mi się. To był idealny czas, aby zacząć grać na lutni. „

Ponieważ jego życie towarzyskie również wymknęło się spod kontroli, Van Wissem porzucił bycie barmanem i w 1993 roku wyjechał do Nowego Jorku: „Dostałem list od producenta i pojechałem do Williamsburga. Znalazłem spokój. A po moim wyjeździe budynek De Kloka eksplodował.”

„Musisz grać te nuty dokładnie tak, jak są na kartce. Co jest śmieszne! … Van Wissem występuje po premierze „Tylko kochankowie przeżyją” w 2014 r. Fot. Mediapunch/Shutterstock

W Nowym Jorku uczył się u lutnisty Patricka O’Briena, który był „bardzo otwartym człowiekiem i weteranem wojny w Wietnamie, który trafił do więzienia za odmowę powrotu”. Van Wissem uznał podejście O’Briena za odkrywcze. Ale kiedy próbował studiować grę na lutni w Hadze, zbuntował się po jednej lekcji: „To było bardzo nudne. Musisz grać te nuty dokładnie tak, jak są na kartce. Co jest niedorzeczne! To jakby słuchać solówki Jimiego Hendrixa, a potem zapisywać ją w notacji pięciolinii, aby zagrać ją swoim uczniom. Dlaczego miałbyś to zrobić?”

Czy ktoś podejmie się nonkonformizmu Van Wissema? Wymienia Miguela Serdourę jako świetnego zawodnika, otwartego na nowoczesne myślenie. I, bardziej ogólnie, „wiele dzieciaków, które robią takie rzeczy, jak kopiowanie Metalliki na lutni”. Ale ostrzega: „Aby uczyć się gry na lutni, potrzeba dobrych sześciu lat i sześciu godzin dziennie. A lutnicy tak naprawdę nie słuchają Nurse With Wound i Mortona Feldmana”.

Premiera „This Is My Blood” odbędzie się 1 maja