Strona główna Życie i styl Praca, która mnie zmieniła: spędziłem rok na czytaniu liczników elektrycznych – i...

Praca, która mnie zmieniła: spędziłem rok na czytaniu liczników elektrycznych – i na nowo odkryłem radość pisania | Książki australijskie

8
0


W 2011 roku opuściłem Melbourne i podjąłem pracę na wsi jako czytnik liczników energii elektrycznej. Oferta przyszła od mojego byłego kolegi z zespołu, pracującego w administracji w firmie zajmującej się odczytem liczników. Byli zdesperowani: osoba przede mną przetrwała tylko miesiąc. W czasie studiów licencjackich spacerowałem po wewnętrznych przedmieściach w rytm odczytu liczników, więc miałem dobre wyczucie nadchodzących wyzwań. Jednak poruszanie się po pasmach Macedońskich w środkowej części Wiktorii w zniszczonej łodzi z przebiegiem ponad 300 000 km było, jak miałem się przekonać, zupełnie inną bestią.

Jeśli firmie desperacko zależało na obsadzeniu tego stanowiska, ja równie desperacko chciałem je przyjąć. Przez poprzednie cztery lata próbowałem napisać powieść w ramach studiów podyplomowych. Z różnych powodów nie wyszło, a to doświadczenie pozostawiło mnie w stanie umysłu, który, gdy patrzę wstecz, był przerażający. Chciałem jak najdalej od świata literatury. Pragnęłam ruchu, przebywania na świeżym powietrzu, wolności od życia w mojej głowie. Przede wszystkim jadąc tym białym Holdenem Rodeo w cieniu Wiszącej Skały chciałem pozbyć się chęci pisania.

Na pierwszy rzut oka odczyt licznika nie wymaga wielkiego wysiłku. Uzbrojony w urządzenie przenośne, chodziłem od posesji do posesji, zbierając odczyty z liczników, a następnie przesyłając dane do dostawców energii elektrycznej. Ale w tym był zbiór przeszkód, podobnie jak w grze wideo. Na ekranie do konkretnych adresów dołączone były kody. Należą do nich: Agresywny klient, Pszczoły w skrzynce licznikowej, Pies na podwórku, Dziki pies. Niektóre z nich mogą mieć lata i nie mieć już zastosowania. Jedyny sposób, żeby się tego dowiedzieć? Otwórz bramę, wejdź do posiadłości i miej nadzieję na najlepsze.

podwójny cudzysłówPodjąłem nierozsądną i prawdopodobnie dość niebezpieczną decyzję, aby jechać z dużą prędkością pod górę porośniętą trawą sięgającą szyby przedniej

Zostałem pogryziony przez psy; Zaprzyjaźniłem się z wieloma psami. W miejscu poza Woodend wróciłem do ute po odczytaniu licznika i znalazłem buldoga siedzącego na przednim siedzeniu pasażera. Stanął twarzą w twarz z przednią szybą, gotowy na ekscytujący dzień. Delikatnie udało mi się go wyciągnąć z samochodu. Kiedy odjeżdżałem, spojrzałem w lusterko wsteczne i zobaczyłem, jak pies mocuje się z czymś czerwonym na ziemi. Instynktownie sięgnęłam po czerwoną czapkę, którą miałam na głowie. Odzyskanie go spomiędzy szczęk psa było powolnymi i skomplikowanymi negocjacjami.

Innym razem, na zaułkach między miastami Carlsruhe i Kyneton, czytając licznik, poczułem ruch za domem. Kilka sekund później pojawił się koń, pędząc w moim kierunku. Wrzuciłem przenośne urządzenie do torby i pobiegłem przez trawnik, przewracając się przez bramę w chwili, gdy przybył koń. Zamieszanie wyprowadziło właściciela na zewnątrz. „Chciał ci tylko powiedzieć dzień dobry, koleś!” – powiedział mi mężczyzna, czochrając grzywę konia.

Wayne Marshall: „Przyłapałem się na tym, że zatrzymywałem się między metrami, aby spisywać pomysły na historie, a ptaki obserwowały je w przydrożnych dziąsłach”

Ute było kolejną przygodą. Któregoś razu podczas cofania z podjazdu koło wjechało do rowu i utknąłem. Zatrzymał się samochód i mężczyzna zapytał, czy potrzebuję pomocy; kilka minut później podjechał pod traktor i wyciągnął mnie za pomocą ładowarki czołowej.

W pobliżu Trentham pojechałem na sam dół farmy, aby zlokalizować miernik w szopie pełnej pająków. To był wystarczający test, ale potem ute odmówił chwycenia miękkiego, pochyłego toru, aby się wydostać. W żadnym wypadku nie przepadam za samochodami i ślepa panika jest moją domyślną reakcją w takich sytuacjach. To wyjaśnia, dlaczego gdy po drodze było ciemno, podjąłem nierozsądną i prawdopodobnie dość niebezpieczną decyzję o wjechaniu z dużą prędkością na wzgórze porośnięte trawą sięgającą do przedniej szyby, aby uciec. Na górze wyskoczyłem i dokonałem szybkiego przeglądu uty, modląc się, czy nie uszkodziłem go w jakiś fatalny sposób. Wszystko wydawało się w porządku, więc popędziłem obok domu i wkroczyłem w zmierzch.

Przez cały ten czas trwała wojna z twórczą częścią mnie. Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło, ale zatrzymałem się między metrami, aby spisać pomysły na historie, obserwowane przez ptaki w przydrożnych dziąsłach. Parkując przed toaletami publicznymi lub jedząc lunch na opuszczonych terenach sportowych, nagle zacząłem pracować nad opowiadaniami. Wkrótce każdego ranka budziłem się godzinę wcześniej, aby pisać, a następnie zakładałem buty i getry i ruszałem w drogę.

Nigdy nie zapomnę roku, który tam spędziłem. Przede wszystkim są to historie, z którymi przyszedłem. Pasma Macedonii są oszałamiające i były absolutnym balsamem w okresie rekonwalescencji. Ten rok również zapadł mi w pamięć jako okres pomiędzy, graniczący z mitem – z jednej strony próbą doktoratu, z drugiej ojcostwem i diagnozą raka jelita grubego. Ale przede wszystkim, wychodząc z domu w odblaskowej żółtej koszuli, kierując się w stronę kolejnego werandy i kolejnego metra, dowiedziałem się tego, co, jak podejrzewam, już w głębi duszy wiedziałem: że pomimo wielu wyzwań, jakie się z tym wiążą, jestem związany z życiem pełnym pisania i kreatywności.

Wayne Marshall jest autorem książki Henry Goes Bush, już dostępnej (34,99 dolarów australijskich, Pan Macmillan Australia)