Strona główna Kultura Unnatural Harmony: Sounds of Lee Alexander McQueen – hołd MOR dla indywidualisty...

Unnatural Harmony: Sounds of Lee Alexander McQueen – hołd MOR dla indywidualisty mody | Scena

6
0


Drobny druk informuje, że ten pokaz nie ma związku z domem mody McQueena ani nie przedstawia żadnego z projektów Alexandra McQueena. Można by pomyśleć, że to cyniczna próba wciągnięcia włóczęgów na miejsca przy muzyce klasycznej, ale została stworzona przez wieloletniego dyrektora muzycznego McQueena, Johna Goslinga, wraz z Robertem Amesem, dyrygentem London Contemporary Orchestra. LCO gra muzykę, która zainspirowała projektanta, a wszystko to przypomina miks DJ-ski z teatralnym oświetleniem i gościnnymi występami z różnych gatunków.

Dalekie od „nienaturalnych”, większość harmonii jest tu tak zgodna jak w Classic FM, głównie ścieżki dźwiękowe do filmów (Godziny, Fortepian, kilka utworów Johna Williamsa) i wyciskacze łez (Lament Dydony, Adagio na smyczki Barbera). Jednakże tarcie tkwi w kombinacjach. Na przykład: dwie tancerki pozują w nagich pończochach – jedna ma kopyta zamiast dłoni i rajstopy na twarzy – a za nimi sekcja wiolonczeli w formalnym białym krawacie i ogonach. Słuchając Handla śpiewanego z Rolling Stonesami w wesołej aranżacji smyczkowej lub podmuchu Nirvany, masz wrażenie, jakby twój nauczyciel muzyki na GCSE próbował zachować się na luzie, chociaż wyjąca syrena Witch Doktor Armanda Van Heldena jest naprawdę niepokojąca.

Piosenkarka kabaretowa Le Gateau Chocolat zawsze ma prezencję i wspaniałe kostiumy – jeden tutaj przypomina zieloną oprawę Quality Street – ale podobnie jak reszta tego przedstawienia wydaje się niedostatecznie przećwiczona. Dwoje tancerzy, w choreografii Holly Blakey, pojawia się w zbędnych warstwach, które wyolbrzymiają bałagan świata choreografii i trudno powiedzieć, czy jest to poważny, czy sarkastyczny, gdy tancerze komicznie kręcą głowami w rytm fortepianowego trylu.

To zderzenie gatunków ma powierzchowność; czy te formy sztuki rzeczywiście ze sobą rozmawiają, czy jest to prowokacja dla samej siebie? Jednak w filmie, którego choreografią zajął się Michael Clark, przyjaciel McQueena, są naprawdę pouczające momenty, obaj przesiąknięci klasycznym rzemiosłem i punkowym duchem. Widzimy tancerkę Jules Cunningham w kapeluszu Isabella Blow i Simona Williamsa tańczącego do Adagio Barbera, jednego z najbardziej lubianych/oklepanych utworów muzycznych. A jednak szokująca surowość wypranych kątów Clarka przebija się przez znajomość, nadając muzyce laserową ostrość. To serial pełen sprzeczności, balansujący pomiędzy słodyczą a ostrością, ale kończący się gdzieś pośrodku drogi.

W Royal Festival Hall w Londynie do 30 kwietnia