Strona główna Kultura Recenzja The Waves – znakomita inscenizacja głębokiego zanurzenia się Virginii Woolf w...

Recenzja The Waves – znakomita inscenizacja głębokiego zanurzenia się Virginii Woolf w przyjaźń | Teatr

4
0


Przeczytaj eksperymentalną powieść Virginii Woolf z 1931 roku „Fale”, a wyzwania związane z adaptacją sceniczną uderzą cię jak burza. Ma swoją formę: mozaika niezwykle lirycznych monologów wewnętrznych sześciu przyjaciół, trwających od dzieciństwa do wieku średniego (nie widać żadnych pomocnych dialogów ani akcji); podstawowa postać – siódmy przyjaciel, Percival – który w ogóle nie mówi; oraz drobna kwestia odtworzenia niemal doskonałego wyrazu ludzkiego doświadczenia Woolfa. Ale ta zręczna produkcja wychodzi naprzeciw im wszystkim.

Adaptacja Flory Wilson Brown wyznacza Rhodę (Ria Zmitrowicz) – niespokojną introwertyczkę, która na zawsze czuje się poza życiem – jako główną narratorkę, która za pomocą swojego obiektywu skupia na sobie odmienne głosy grupy. Zmitrowicz jest więcej niż kompetentny, wnosząc wrażliwą introspekcję i ironiczną obserwację pośród gwaru przyjęć, dzieci i straty.

Najpiękniejsze i odkrywcze wersety Woolfa wplecione są w naturalistyczny scenariusz, który na przemian jest przystępny, poruszający i niezwykle zabawny. „Jak ludzie mogą wpaść na mnie w metrze (…) i wydaje się, że o tym nie wiedzą?” – pyta pogrążona w żałobie Susan. Tymczasem odkrycie przez chłopców masturbacji sprawia, że ​​„całkiem nie da się spać”, ponieważ „jest genialna”. Co najważniejsze, scenariusz wprowadza dialog, dzięki czemu na naszych oczach rozwija się trwająca od kilkudziesięciu lat więź grupy.

Świetnie narysowani… Archie Backhouse jako Louis i Breffni Holahan jako Susan w „The Waves”. Zdjęcie: Alex Brenner

To połączenie wydaje się realne od samego początku dzięki nierozerwalnej chemii pomiędzy sześcioosobową obsadą, która pod skrupulatnym kierownictwem Júlii Levai zmienia się z zatajających prawdę dzieciaków w niezdarnych nastolatków, od optymistycznych dwudziestolatków po znużonych ludzi w wieku średnim („Zdaję sobie sprawę, że teraz już nigdy nie dotrę na Antarktydę” – wzdycha Bernard, członek rodziny). Równie bez wysiłku radzą sobie z emocjonalnymi wzlotami i załamaniami sztuki, z łatwością radząc sobie z surowymi monologami, romansami i gagami. I chociaż każda postać ma jakąś charakterystyczną cechę, występy wypaczają karykaturę. Na przykład świetnie narysowany Louis Archiego Backhouse’a jest ambitnym pretendentem do celu grupy, ale jest też niepewny siebie i zrezygnowany.

Niejasny znacznik czasu produkcji (są tam ekscytujące utwory w nocnych klubach i klapsy w szkole) jest sprytny, biorąc pod uwagę trwałą tematykę, ale stwarza wyzwania projektowe. Nagi zestaw Tomása Palmera zawiera tylną ścianę, w której bohaterowie wydrapują frazy. W miarę upływu czasu na ich zbiorowym doświadczeniu pojawi się patyna, ale na razie brakuje mu zainteresowania. Oświetlenie Lucíi Sánchez Roldán, które w sprytny sposób wskazuje na wschody i zachody słońc na przestrzeni lat, jest na tyle subtelne, że można je przeoczyć.

Są to jednak drobne zastrzeżenia, gdy serial tak wspaniale oddaje radość, okrucieństwo i piękną przyziemność życia.

W teatrze Jermyn Street w Londynie do 23 maja