Wygląda na to, że galeria została przygotowana na imprezę. W przestrzeni walają się niedopasowane krzesła – ozdobny gotycki tron, fotel rozkładany ze skrzydełkiem, krzesło szkolne, które można ustawiać jedno na drugim. Każdy z nich wskazuje na namalowane na ścianie białe okno, w które wstawiono jeden z 43 równie różnorodnych obrazów. Te obrazy to inni goście imprezy i musisz zdecydować, z kim usiąść.
To niezła banda, więc postanawiam zacząć od ludzi, których rozpoznaję. Ale w drodze na portret autorstwa Denzila Forrestera przedstawiający młodą Haile Selassie, którego powierzchnia przypomina wyszlifowany i wypolerowany kamień, rozprasza mnie blask światła z małego dzieła Andrew Cranstona. Pochodzi od młodej kobiety, która wydaje się zostać przeszczepiona z Dumbarton do olśniewającego późnego Vuillarda, a jej płaszcz błyszczy jak łuski ryby złapanej w późnym letnim słońcu. Zajmuję więc krzesło przed nim ze skórzanym oparciem i zagłębiam się w historię pary beatników, która żyje w zszarganym śnie późnego lata, a kobieta patrzy prosto na mnie, ponad swoim siedzącym partnerem, przez zasłonę cienia.
Kaye Donachie, Cisza śpiewa, 2024. Zdjęcie: © Kaye Donachie. Dzięki uprzejmości Maureen Paley, Londyn
Kiedy stoję, moją uwagę przykuwają słodkie jesienne odcienie patchworkowego krajobrazu autorstwa wielkiego Merlina Jamesa, co wprowadza mnie w bardzo dziwny obraz Margot Bergman, który plasuje się w połowie drogi między surrealizmem a tym, co amerykańska kuratorka Lynne Cook nazwała sztuką „odstającą”. Te zaskakujące zestawienia sugerują początkowo, że artystów biorących udział w tej wystawie łączy niewiele więcej niż tylko medium farby i wspólna ekscentryczność. Są tu muzycy jazzowi, którzy nie są jeszcze pełnoletni, sanitariusz w zakładzie psychiatrycznym, były menadżer The Clash, nazwiska takie jak Gillian Carnegie, Kaye Donachie i Bill Lynch, które zainteresują każdego fana współczesnego malarstwa, oraz nazwiska, które będą niejasne nawet dla hardcorowców.
Gospodarzem tego „salonu” i osobą, której wrażliwość go spaja, jest Matthew Higgs, dyrektor nowojorskiej galerii White Columns i impresario sroki. Z niektórymi z tych artystów współpracuje od lat, a inni, jak na przykład Adam Keay, który stworzył dziwnie fascynującą scenę plażową, zostali zaproszeni w wyniku przypadkowego spotkania. Obrazy nie mają żadnego innego uzasadnienia dla obecności tutaj, poza tym, że zdaniem organizatora wniosą one wkład w rozmowę. W kontekście świata sztuki, który często przebiera się w quasi-akademicki żargon, aby ukryć fakt, że organizuje go subiektywny gust i powiązania społeczne, jest to nieoczekiwanie odświeżające. Z ulgą odkrywamy, że wystawa nie będzie wykładem na temat katastrofy ekologicznej czy kryzysu męskości, jak gdyby nikt, kto wejdzie do galerii, nie był w stanie przeczytać książki, ale po prostu zgromadzeniem artystów, którzy mają do opowiedzenia własne historie.
Niektórzy rezygnują z nich łatwiej niż inni. Musiałem siedzieć przez wieki z pozornie konwencjonalnym obrazem Mike’a Silvy przedstawiającym nasłonecznioną roślinę domową, zanim plątanina łodyg w wodzie stała się wzorem w żółci i szkarłacie, wokół którego obraz się zreorganizował. Ale podstawowa zasada serialu jest taka, że jeśli spojrzysz na coś wystarczająco długo, coś zostanie odkryte. Aby to zilustrować, oderwij się od tego artykułu, ustaw minutnik w telefonie i wpatruj się w jeden róg pokoju, w którym siedzisz, aż zadzwoni. Sprawy stały się dziwne, prawda? Następnym razem, gdy będziesz w muzeum, zrób to samo z obrazem.
Jeśli wytrzymasz do 40 minut, kiedy sytuacja robi się naprawdę psychodeliczna, odkryjesz, że przyciągnąłeś uwagę ochroniarzy. Dzieje się tak dlatego, że wystawy w większości nie mają na celu zachęcania do spędzenia długiego czasu przed dziełami sztuki, a raczej przeniesienia do sklepu z pamiątkami. Higgs rozumie jednak, że posiadanie znaczącego doświadczenia z obrazem nie wymaga specjalistycznej wiedzy technicznej, a jedynie czasu, otwartego umysłu i, w idealnym przypadku, krzesła.
Stephen McKenna, Chmury, 2014. Zdjęcie: Zdjęcie dzięki uprzejmości Stephen McKenna Estate i Kerlin Gallery w Dublinie. Zdjęcie: Lee Welch
Tak więc mogę tu spędzić wystarczająco dużo czasu z chmurami Stephena McKenny, które przekształcają się z układu pigmentów w świat uczuć, w który mogę wpaść. To nie zawsze działa. Spędzam wieczność z obrazem Waltera Price’a, którego twórczość podziwiałem gdzie indziej, i stwierdzam, że ten do mnie nie przemawia. Zmieniam więc miejsce i próbuję szczęścia z kimś innym. Jeśli od razu polubisz wszystkich na imprezie, to przecież jesteś na złej imprezie. I ten salon też jest ekscytujący nie dlatego, że jego goście mają ze sobą wiele wspólnego, ale dlatego, że różnią się między sobą i wszystkim innym.
Słowo „salon” przywołuje na myśl także wystawy, które kiedyś Akademia Francuska promowała malarzy tworzących w stylu oficjalnym. Jeśli przykładem sztuki akademickiej XIX wieku były stereotypowe obrazy skąpo ubranych kobiet i malowniczych chłopów, to dzisiejsza sztuka akademicka, prezentowana na targach sztuki i biennale, również ma na celu wspieranie dochodowego systemu akademickiego poprzez uprzywilejowanie jego kodów i technik ponad bardziej bezpośrednie wyrażanie specyficznego, przeżytego doświadczenia. To, że może przybrać formę instalacji lub gry wideo, nie czyni go mniej konwencjonalnym.
Począwszy od lat sześćdziesiątych XIX wieku powstało wiele niezależnych salonów, które wspierały artystów, którzy chcieli przemawiać do odbiorców bardziej bezpośrednio, niż pozwalał na to system akademicki. Artyści ci (Manet, Cézanne, Whistler, Seurat, Van Gogh i tak dalej) zostali odrzuceni przez oficjalne władze jako zacofani i nierafinowani, a mimo to przygotowali grunt pod epokę nowożytną. Wielką zasługą Higgsa jest to, że jego salon należy do tej niesfornej tradycji.
Salon można oglądać w Lismore Castle Arts w hrabstwie Waterford w Irlandii do 25 października