Jeśli stereotypowy film poprawiający nastrój to kaszmirowy kocyk – taki, który po napisach końcowych pozostawia widza wypoczętego na sofie, a Bridget Jones w końcu całuje Marka Darcy’ego – prawdopodobnie powinnam powiadomić wykwalifikowany zespół specjalistów, że moja własna to opowieść o nastoletniej alienacji, podmiejskiej hipokryzji, apokaliptycznym strachu i mężczyźnie w potwornym kostiumie królika wydającym surowe instrukcje dotyczące śmierci. Poza tym ma znacznie lepszą ścieżkę dźwiękową.
Donnie Darko w reżyserii Richarda Kelly’ego badał alternatywne rzeczywistości na dziesięciolecia przed filmami Marvela i „Wszystko wszędzie na raz” uczyniły z wieloświata kamień probierczy popkultury. Wysadzane drzewami ulice, Halloweenowe niebo i nastolatki pedałujące po przedmieściach były dziwniejszym i smutniejszym planem Stranger Things na długo przed pojawieniem się Hawkinsa. To podmiejski sen o gorączce o przeznaczeniu, szaleństwie i zapadaniu się linii czasu, koszmarna zagadka fizyki przesiąknięta egzystencjalnym strachem. Jednak pod całą tą kultową filmową dziwacznością jest to także dziwnie podnosząca na duchu historia samotnego, zniszczonego dzieciaka, który w końcu rozumie swoje miejsce na świecie – i poświęca się, aby go ocalić na tle najwspanialszej atmosfery alt-popu lat 80., jaką kiedykolwiek nagrano.
Jako nastoletni dziwak z zewnątrz, Donnie zmaga się ze wszystkimi typowymi problemami, jakie można znaleźć w typowym filmie o liceum Johna Hughesa: dżokersi łobuzy czający się na każdym szkolnym korytarzu, rodzice mający dobre intencje, którzy nie mają pojęcia, kim jest ich syn, nieustanne poczucie klaustrofobii na przedmieściach, które przenika wszystko jak zgnilizna pod świeżą farbą. Przez film sunie na rowerowych kołach, jakby chciał prześcignąć to, co zwyczajne. Ale cierpi też na coś, co może być urojeniami psychotycznymi, dochodzi do siebie po szoku związanym z doświadczeniem bliskim śmierci i nosi w sobie ten rodzaj chemicznego smutku, który sprawia, że okres dojrzewania przypomina wyściełaną komórkę.
Mimo to Donnie jawi się jako jedyna osoba w całej swojej społeczności, która jest gotowa stawić czoła siłom wypaczonego, ograniczonego konserwatyzmu i uśmiechniętej hipokryzji ucieleśnionej przez nikczemnego, pedofilskiego guru samopomocy Patricka Swayze, Jima Cunninghama, i jego mrożącą krew w żyłach, pompatyczną piechotę wojny kulturowej Kitty Farmer (wspaniała Beth Grant). Jego niechęć do bycia infantylizowanymi przez nonsensy związane z kultem antyintelektualnym, które rozpowszechniają, wyróżnia go jako najinteligentniejszego myśliciela w mieście, działającego na autopilocie, pomimo wszystkich swoich problemów. W trakcie filmu planuje podróże w czasie i demaskuje otaczających go dorosłych oszustów. Znajduje nawet sposób na zaakceptowanie własnej śmierci, jeśli oznacza to, że ludzie, których kocha, będą mogli uniknąć (przeważnie okropnego) losu, jaki na nich zesłał skazany na zagładę wszechświat styczny, który wyrasta z głównej osi czasu w początkowych klatkach filmu. Jest po prostu superbohaterem – jak na początku podkreśla jego przyszła dziewczyna Gretchen Ross, gdy mówi, że jego imię brzmi podobnie – aczkolwiek stworzonej z myślą o widowni złożonej z odmieńców, przesadnie myślących i samotnych marzycieli.
Aby zilustrować ducha romantycznej, eleganckiej nonkonformizmu, Kelly napada na lata 80. niczym złodziej w sklepie z płytami w aksamitnych rękawiczkach, z wykwintnym gustem i niezainteresowany pojemnikami na śmieci. Gdyby na ścieżce dźwiękowej znalazł się tylko posiniaczony i genialny „Love Will Tear Us Apart” Joy Division oraz mrożący krew w żyłach, nieziemski Under the Milky Way Church, który wprawiłby nas w euforię napędzaną dopaminą, byłby to nadal jeden z najwspanialszych wyborów muzyki filmowej, jaki kiedykolwiek pojawił się w jednym filmie. Fakt, że pojawiają się także takie nieodparte wybuchy popowej serotoniny, jak mroczny, majestatyczny The Killing Moon Echo & the Bunnymen i błyskotliwy, chwytający za serce Head Over Heels Tears for Fears, sprawia wrażenie niemal oszustwa. Ale te wypolerowane małe cuda nie służą tylko schlebianiu naszemu gustowi; Kelly wykorzystuje je jak uruchamiane czasowo emobomby, dostarczając ładunku nostalgii, złych przeczuć i nastoletnich tęsknot dokładnie wtedy, gdy film ich najbardziej potrzebuje.
Dla tych z nas, którzy dorastając czuli się trochę inaczej, trochę (lub dużo) bardziej neuroróżnorodnie, odrobinę dziko, efekt jest tak samo uspokajający, jak ciepły uścisk od kogoś, kto cię rozumie. Ten dobry facet to dziwak poruszający się po przedmieściach w rytm wymarzonych błyskawic, potrafiący wywęszyć świętoszkowate, cenzuralne i reakcyjne bzdury jak świnia truflowa. Źli goście z Brylcreemed to ci, którzy każą nam siedzieć spokojnie, kolorować linie i przestrzegać scenariusza. Na szczęście ich nie słyszymy, bo jesteśmy zbyt zajęci zwiększaniem głośności i jazdą do zmierzchu. Minęło Halloweenowe trawniki, pod sodowym niebem, bez zamiaru powrotu przed wschodem słońca.