To jeszcze nie koniec, nie koniec, jeszcze nie koniec. Choć, powiedzmy sobie szczerze, to już koniec. Czy nie sądzisz, że to koniec dnia, kiedy Manchester City i Arsenal dały coś, czego nikt się nie spodziewał na stadionie Etihad – porywająco otwarty mecz ofensywnego futbolu?
Po końcowym gwizdku pojawiły się trzy obrazy, które zdawały się oddawać istotę zwycięstwa City 2:1, nie tylko pod względem gry, ale także równowagi energii, uczuć i wibracji.
Pierwszym był widok Erlinga Haalanda maszerującego na zwycięskim okrążeniu podburzającym motłoch, ze złotymi włosami zwisającymi swobodnie, a wieczorne słońce świeciło na jego kamiennej i falującej piersi, niczym piękna bogini syrena, ale bogini syrena, która je tylko białko i naturalne mleko i robi 600 przysiadów dziennie.
Haaland strzelił tutaj zwycięskiego gola i tym samym potwierdził swój status jednorożca w Premier League jako czystego strzelca, o wiele mil przegrywającego w liczbach, capo di capocannonieri. Czasami zachowywał się tak, jakby przypadkowo znalazł się na meczu piłki nożnej rozgrywanym w sąsiedniej imprezie Nordic Decathlon. Jednak w międzyczasie nie tylko zapewnił decydujący moment, ale także wygrał kluczowy pojedynek fizyczny z Gabrielem Magalhãesem.
Pod koniec Gabriel naprawdę mógł zostać wyrzucony z boiska na klasyczną wymianę ciosów czoło w czoło, ale Haaland udzielił mu ulgi, nie zadając sobie trudu zejścia na dół ani nawet nie zdając się tego zauważać. Dla tych, którzy tęsknią za czasami, kiedy mężczyźni byli mężczyznami, był to w zasadzie mężczyzna będący mężczyzną. A dlaczego nie.
Drugim kluczowym obrazem był Nico O’Reilly, który po ostatnim gwizdku upadł na murawę, czując swoje łydki, ścięgna podkolanowe i kurczące się mięśnie, zanim w końcu podniósł się, by wziąć mały udział w zwycięstwie. Jakim zawodnikiem jest O’Reilly i jaką obecnością w tym zespole, duchowym zwierzęciem tego tytułu.
Tutaj galopował w górę i w dół swojej flanki jak odwrócony Paolo Maldini, wyprostowany i nieustraszony, z tą samą cechą, która sprawia, że zawsze wydaje się, że jest w ataku, zawsze stanowi zagrożenie w pomieszczeniu, nawet gdy broni się głęboko we własnych liniach.
Starania Arsenalu o tytuł upadły, ale upadek nie nastąpił w porażce z Manchesterem City. Zdjęcie: Tom Jenkins/The Guardian
O’Reilly to doskonała historia City, całkowicie zdrowa twarz tego klubu projektowego, główny gracz w bycie, który przeszedł transformację na wiele innych sposobów. Wydawało się, że to dobrze, że najważniejszy mecz angielskiej piłki nożnej powinien mieć w sercu jedynego zawodnika z akademii w którejkolwiek początkowej jedenastce, a także angielskiego gracza o złożonej taktyce, zaprojektowanego do swojej obecnej roli przez dominującego trenera swojej epoki.
Pojawił się klasyczny niepokój w związku z tym, co faktycznie robi O’Reilly. Czy powinien trafić do miejsca bardziej widocznego, bardziej głównego prefekta, bardziej centralnego? Ale to, co robi, to stanowisko. Taki jest teraz futbol. Zabawny lewicowy twórca. Głęboko leżący twórca galopu flankowego. Był to także kolejny mecz, w którym O’Reilly potwierdził to, co było już jasne, że jest najlepszym lewym obrońcą Anglii, prawdziwą bronią w tej roli i seryjnym zwycięzcą pojedynków obronnych.
Jego bieg w 58. minucie dał zwycięskiego gola. Przeniósł piłkę 40 jardów w górę pola, szalał jak jelonek ze spuszczonymi skarpetkami przez nagle bardzo puste przestrzenie, a następnie podał piłkę Jérémy’emu Doku. Znalazł Haalanda, który jednocześnie odciągnął Gabriela od piłki i tym samym ruchem wbił ją nisko w róg.
A więc: co to wszystko znaczy? Trzecim elementem na koniec meczu był widok Mikela Artety kroczącego po boisku, dziwnie delikatnej postaci pośród całego tego hałasu i gorąca, wyprostowanej i zdecydowanej, w sposób, który sprawił, że lekko się wzdrygnąłeś i pomyślałeś: „Och, tata zrobi tutaj coś żenującego”. Arteta jednak po prostu grzecznie uścisnął sędziemu rękę i odszedł, nie wyglądając na zmiażdżonego ani pozbawionego kontroli, i w jakiś sposób uratował coś z dnia.
Pytanie należy zadać, choćby tak, jak już zostało zadane i teraz będzie dominować we wszechpotężnej sferze przekomarzania się. Dziewięć punktów do trzech i wkrótce po raz pierwszy od października znajdą się na szczycie. Czy Arsenal się zakrztusił? Odpowiedź brzmi: nie tutaj. To były dwie dobre drużyny grające ze swobodą, a jedna z nich wykorzystała swoje szanse. Chwilę przed zwycięskim golem Eberechi Eze trafił w stopę słupka. Kai Havertz mógł po śmierci strzelić gola, co zmieniłoby narrację. Ale tego nie zrobił. I to niepowodzenie zaczyna rozprzestrzeniać się z powrotem na ramię.
Nie da się tego osłodzić. Arsenal się rozpadł. Upadek nie przyszedł tutaj. W rzeczywistości poziom wydajności tutaj prawie wszystko pogarsza. Gdzie była ta energia, kiedy doszło do załamania w meczu z Bournemouth u siebie, w którym zwycięstwo mogło uratować porażkę? Jak inaczej zinterpretować przegraną czterech z sześciu w okresie od marca do kwietnia i przy okazji zdobycie trzech krajowych trofeów? Pech?
Drugą stroną jest to, że City to po prostu lepszy, bardziej zróżnicowany i fachowo zarządzany zespół. Guardiola lubi być zrelaksowanym, fajnym facetem, tatą-piłkarzem. Tutaj był w wiejskim stylu, w drobno skrojonych spodniach, z okrągłym dekoltem i w brązowych skórzanych sznurowanych butach, jak intelektualista z lat 30. XX wieku jadący do kawiarni w Salzburgu. City ma imponującą passę, odkąd porażki z Realem Madryt rozstrzygnęły się w chwili, gdy ich przeciwnicy zamarzli. Wydaje się całkowicie nieprawdopodobne, że mogliby teraz to wypuścić.