Strona główna Sport Mam. Mam. Potrzebować!’ Autografy z dzieciństwa, które przypominają mi czasy świetności Premier...

Mam. Mam. Potrzebować!’ Autografy z dzieciństwa, które przypominają mi czasy świetności Premier League w Coventry | Miasto Coventry

4
0


John Barnes: dostałem. David Beckham: dostałem. Ruud Gullit: dostałem. Andrei Kanchelskis: dostałem. Matthew Le Tissier: dostałem. Alan Shearer: rozumiem.

Przeglądanie autografów piłkarskich, które zebrałem jako nastolatek na początku lat 90., wydaje mi się zachwycające i niepokojące. Albumy z naklejkami Merlin, karty Pro Set i roczniki Shoot to kronika młodości spędzonej na podróżowaniu po kraju z tatą i obserwowaniu, jak Coventry City mierzy się z wielkimi i dobrymi rozgrywkami najwyższej klasy u zarania Premier League. Przed każdym meczem polowaliśmy na drużyny przyjezdne w lokalnych hotelach, starając się zebrać garść podpisów, gdy gracze udali się na poranny spacer, a następnie po meczu przemykaliśmy tyłem Highfield Road – mijając ochronę, przez apartamenty dyrektorskie, aż do wyjścia graczy – gdzie kończyliśmy transport, gdy gracze wsiadali do autobusów drużyny.

Tony Daley: dostałem. Jason Dodd: dostałem. Anders Limpar: dostałem. Des Walker: dostałem. Alf-Inge Haaland: dostałem. Bruce Grobbelaar: dostałem.

Minęło 25 lat, odkąd Coventry było drużyną Premier League. To więcej niż połowa mojego życia. Żadna inna drużyna nie powróciła na boisko po takiej przerwie (wiele drużyn miało znacznie dłuższe nieobecności w starej First Division, ale trudno porównywać współczesne odrodzenie Coventry z ich odrodzeniem). Sky Blues w ciągu pierwszych 16 lat spadli o trzy ligi i grali „u siebie” w Birmingham, Northampton i na krótko w Burton, podczas gdy przedłużająca się saga o posiadaniu stadionów prawie zabiła klub. My, fani, desperacko trzymaliśmy się tego, ale prawie się poddaliśmy. A przez cały ten czas życie toczyło się nieubłaganie. Poszedłem na uniwersytet, a następnie przeprowadziłem się do Nowej Zelandii, Londynu, Australii i Kornwalii; mój tata został emerytem; Miałem własne dziecko; moje autografy zaczęły pleśnieć na strychu.

Autografy Coventry City w albumie z naklejkami Premier League z 1996 r., w którym znajdują się autografy Steve’a Ogrizovica, Paula Williamsa, Ally Pickering i Johna Salako. Zdjęcie: Jonny Weeks/The Guardian

Dion Dublin: dostałem. Darren Huckerby: dostałem. Cobi Jones: mam. Gary McAllister: dostałem. Peter Ndlovu: dostałem.

W najlepszym wydaniu Coventry było przyzwoitą drużyną z Premier League, która powinna była znaleźć się w pierwszej dziesiątce, ale jakimś cudem nigdy tego nie zrobiła. Regularnie skalpowaliśmy dużych chłopców (Arsenal na wyjeździe po hat-tricku Micky’ego Quinna; Manchester United 3:2 dzięki solowemu występowi Darrena Huckerby’ego; Chelsea u siebie w pierwszym meczu sezonu dwa lata z rzędu). Spakowaliśmy naszą część bangerów (Stephen Froggatt przeciwko Evertonowi w 1998 r.) i ciekawostek (Dublin przeciwko Newcastle w 1997 r. kosztem Shay’a Give’a). W 1995 roku podpisaliśmy nawet kontrakt z brazylijskim graczem, Isaiasem, co wówczas wydawało się naprawdę egzotyczne. Oglądając Coventry z naszych miejsc przy linii bocznej na stoisku M&B, tak naprawdę nie doceniałem tego, jakie miałem szczęście, że mogłem być obecny podczas tych dni sałatkowych i być tam z tatą.

Rysunek Johna Barnesa podpisany w 1990 roku. Zdjęcie: Jonny Weeks/The Guardian

Eric Cantona: dostał (ale mocno rozmazany). Paul Gascoigne: potrzeba. Steve McManaman: mam mnóstwo. Ali Dia: potrzebuję.

Pierwsza zasada pamiątek autografowych brzmi: wartość kryje się w zapomnieniu. Jako fan z dzieciństwa najbardziej pragnąłem supergwiazd, takich jak Cantona, podczas gdy doświadczony kolekcjoner, taki jak mój tata, który ma ponad 30 000 autografów pochodzących z pierwszej wojny światowej, ceni sobie podpisy takie jak Lee Hildreth, którego jedyny występ w Coventry trwał zaledwie 60 sekund przeciwko Burnley w 2007 roku (czy w ogóle dotknął piłki?). Druga zasada pamiątek z autografami brzmi: jedna nigdy nie wystarczy. Pamiętam, że w połowie lat 90. znalazłem drużynę Spice Boys Liverpool w hotelu Hilton na obrzeżach Coventry i poprosiłem Steve’a McManamana o podpisanie kilku książek. Kiedy poprosiłem o „jeszcze jedno”, McManaman ryknął tak, aby cały hotel usłyszał: „Śmiejesz się?” Trzecia zasada pamiątek po autografach, z której zrozumiałem zdecydowanie za późno, brzmi: zawsze używaj markera, bo Biro blaknie niemal tak szybko, jak młodość.

Karty Pro Set z początku lat 90., w przededniu Premier League, w tym Geoff Thomas, Josh Fashanu, Bruce Grobbelaar i Tony Dorigo. Zdjęcie: Jonny Weeks/The Guardian

Ian Wright: dostałem. Ian Woan: dostałem. Ian Bishop: dostałem. Ian Ormondroyd: dostałem. Ian Rush: dostałem. Ian Walker: dostałem.

Zainteresowanie mojego taty autografami zaczęło się już jako dziecko w Bristolu w latach pięćdziesiątych. Kiedy ojciec sprzedał połowę swojej kolekcji ze względu na kilka piw, zainteresowanie to przerodziło się w obsesję. Przez dziesięciolecia podróżował po Wielkiej Brytanii i poza nią, nieustannie budując kolekcję, której nikt inny nie był w stanie mu wyrwać. Jeśli profesjonalnie kopałeś piłkę dla Coventry – albo dla Liverpoolu, Manchesteru United, Arsenalu czy Chelsea – jest duża szansa, że ​​mój tata ma twój autograf. Kolekcja jest tak obszerna i imponująca, że ​​należy do muzeum. Zamiast tego żyje w plastikowych pudełkach i brzoskwiniowych szafach, skatalogowanych w tak zagadkowy sposób, że tylko mój tata mógł to zrozumieć.

Autografy Liverpoolu w albumie z naklejkami Premier League z 1996 roku zawierają autografy Davida Jamesa, Jamiego Redknappa, Robbiego Fowlera i Steve’a Harknessa. Zdjęcie: Jonny Weeks/The Guardian

Robbie Fowler: dostałem. Chris Kiwomya: dostałem. Henning Berg: dostałem. Tony Dorigo: dostałem. Peter Schmeichel: dostałem. Gary Speed: dostałem.

Któregoś lata, prawdopodobnie około 1995 roku, tata zabrał mnie do sklepu z naklejkami, aby pomóc mi dokończyć album z tego roku. Jednak wydarzenie zostało odwołane, więc szybko zawiózł mnie po całym kraju do biur Merlina, gdzie grzecznie zażądał, aby dali mi wszystkie potrzebne mi błyszczące i portrety graczy. Myślałem, że był bohaterski. Ale wkrótce mój apetyt na autografy osłabł. To musiało być kwiecień 1996 roku, mój tata i ja próbowaliśmy dowiedzieć się, gdzie zatrzymał się QPR. Pojechaliśmy do Holiday Inn za Blockbuster Video. To tam zatrzymywały się te bzdurne drużyny. – Czy je widzisz? zapytał mój tata. – Nie – skłamałem. Nie miałam serca, żeby mu powiedzieć, że nie chcę czekać dwóch godzin w szarym holu hotelu, żeby dorwać Kevina Gallena.

Zbiór programów piłkarskich z lat 90., w tym mecz Coventry z Chelsea z dnia otwarcia sezonu 1998/99. Zdjęcie: Jonny Weeks/The Guardian

Richard Shaw: dostałem. Paul Telfer: dostałem. Gary Breen: dostałem. John Hartson: dostałem. Craig Bellamy: nie, dziękuję.

Przez wiele lat Sky Blues byli największymi artystami ucieczki z najwyższej półki. Aby utrzymać się na nogach, potrzebowaliśmy zwycięstwa z Tottenhamem ostatniego dnia 1997 roku, a dzięki piorunowi Paula Williamsa zwyciężyliśmy 2:1. Nirwana! Nadal to czuję. Wracając do domu bordowym Renault Laguną mojego taty, skąpani w słońcu i słuchając w radiu reakcji fanów, wydawało się, że jesteśmy niepokonani. Ale w 2001 roku nasz czas dobiegł końca. Uważam, że Bellamy jest wyłącznie winny spadku Coventry z ligi. Przynajmniej w mojej pamięci był aroganckim, drażliwym zawodnikiem, który przez cały sezon nie strzelił gola w grze otwartej (w rzeczywistości strzelił sześć goli, z czego dwa z rzutów karnych). Ze wszystkich miejsc spadliśmy z Aston Villi, kiedy straciliśmy dwubramkowe prowadzenie i przegraliśmy 3:2. Ubrany w koszulkę Coventry sponsorowaną przez Subaru – ostatni zestaw, jaki kiedykolwiek kupiłem – płakałem na trybunach. Jeden z fanów trzymał w górze tabliczkę z napisem: „Wrócimy”. Prawdę mówiąc, nie byłem pewien, kiedy wrócę. Miałem 18 lat, wkrótce miałem opuścić dom i wiedziałem, że mój czas jako posiadacza biletu okresowego dobiegł końca. To była książka do mojego dzieciństwa.

Kibice Coventry City na Villa Park po spadku z najwyższej klasy rozgrywkowej w 2001 roku. Zdjęcie: Rui Vieira/PA Archive/Press Association Images

Gordon Strachan: dostał: Roland Nilsson dostał. Iain Dowie: dostałem. Mark Robins: potrzeba. Frank Lampard: dostałem.

Kto zatem mógł przewidzieć, że Lampard, którego autograf dostałem, gdy był młodzieńcem z West Hamu, będzie człowiekiem, który poprowadzi Coventry z powrotem do najwyższej klasy rozgrywkowej? Ani żaden z naszych byłych zawodników, który na próżno próbował odmienić nasz los, ani Mark Robins, który nadzorował siedem lat rozsądnego postępu i doprowadził nas do odkupienia po rzutach karnych. Pod rządami Lamparda City zarządzało mistrzostwami dzięki obsadzie pomocnika na jego wzór i rewelacyjnemu bramkarzowi Carlowi Rushworthowi, który pewnego dnia będzie gwiazdą reprezentacji Anglii. Przed nami kolejne pęknięcie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Jednak nie jestem pewien, czy naprawdę chcę, żebyśmy poszli w górę. Premier League wygląda na przestarzałą i pozbawioną radości w porównaniu z ligą, którą pozostawiliśmy wiele lat temu, i istnieje ryzyko, że tym razem nie będziemy konkurencyjni. Przede wszystkim martwię się, że popyt na bilety będzie tak duży, że mój tata i ja możemy nie mieć nawet szansy na obejrzenie najważniejszego meczu w przyszłym sezonie. Cokolwiek się stanie, przynajmniej będę mógł żyć dzięki tym cennym wspomnieniom, które stworzyliśmy razem w latach 90. – są dla mnie cenniejsze niż jakikolwiek autograf.