Strona główna Wiadomości Jessie Ware: Recenzja Superbloom – Table Manners serwuje dania bardziej dyskotekowe –...

Jessie Ware: Recenzja Superbloom – Table Manners serwuje dania bardziej dyskotekowe – ale gdzie są bangery? | Jessie Ware

7
0


Ostatnie odcinki podcastu Table Manners, którego Jessie Ware jest współgospodarzem wraz ze swoją matką Lennie, rozpoczęły się od krótkiej reklamy nowego albumu Ware: słuchacze, jak radzi, mogą uzyskać 10% zniżki, zamawiając w przedsprzedaży Superbloom, korzystając ze specjalnego kodu. Fakt, że reklama kieruje ruch z podcastu Ware do jej muzyki, jest nieco wymowny. W miarę rozwoju wydarzeń „Maniery przy stole” odniosły ogromny sukces, przyciągając gości z najwyższej półki: Margot Robbie, Jeremy’ego Allena White’a, Paula McCartneya, Roberta De Niro. Rzeczywiście okazało się to tak skuteczne, że prawie nie wydaje się być pobocznym zajęciem: w 2026 r. Ware będzie prawdopodobnie bardziej znany jako podcaster niż piosenkarz. Czapki z głów przed nią: w niepewnych czasach, kiedy artystom rockowym i popowym dobrze jest mieć plan zapasowy, wielkość Ware’s robi wrażenie. Mimo to czai się niebezpieczeństwo, że jej muzyka będzie wyglądać na refleksję: jak reklama z 10% rabatem, coś, co należy usunąć przed poważniejszą sprawą, jaką jest delektowanie się chlebem bananowym z Lisą Kudrow.

Grafika dla Superbloom. Zdjęcie: Zdjęcie reklamowe

Wpływ Table Manners na Superbloom można usłyszeć w dosłownym tego słowa znaczeniu: w utworze zatytułowanym Automatic pojawia się wypowiedź gwiazdy Euphoria Colmana Domingo, który wcześniej był gościem podcastu, o głębokim głosie. To także album naznaczony poczuciem podwojenia. Trzeci album Ware’a z rzędu, będący hybrydą disco i popu, to także najprostsze retro trio, usuwające blask futurystycznej elektroniki, jaki można znaleźć na płycie What’s Your Pleasure z 2020 roku? i 2023 rok! Czuje się dobrze! na rzecz bujnej orkiestracji: nawet najbardziej obciążone syntezatorami utwory tutaj mniej mówią o teraźniejszości niż o gatunku post-disco boogie z początku lat 80.

Znacząco wzmacnia także USP obu swoich poprzedników, łącząc kamp z dorosłym popem. „Jestem kochanką, dziwaczką i matką” – zaśpiewała w programie Pearls z 2023 roku; tutaj można usłyszeć trójkę jej dzieci w balladzie 16 Summers, której motyw liryczny znajduje się niecałe milion mil od utworu Abby Slipping Through My Fingers. Jeśli Pearls ma w sobie coś z serialu, to Don’t You Know Who I Am? idzie pełną parą, Shirley Bassey, choć towarzyszy jej beat uderzający od czterech do podłogi. „Potrzebuję faceta, który rąbałby drewno i dawałby miłość” – śpiewa w utworze Sauna: fakt, że poprzedza go szalenie melodramatyczne instrumentalne intro zatytułowane Chariots of Love, może być całkowicie przypadkowy, a nie świadome nawiązanie do Chariots, niegdyś największej sauny dla gejów w Wielkiej Brytanii, ale nie inwestowałbyś w to pieniędzy. Zadebiutowany na scenie w 2024 roku w legendarnym klubie queer NYC Downlow w Glastonbury, Ride łączy tekst „Come Be My Cowboy” z dźwiękiem trzaskającego bicza i próbką gwizdka z motywu przewodniego Ennio Morricone The Good, the Bad and the Ugly. Każdy, kto nie ma wyjątkowo wysokiego progu celowo tandetnego, może rozważyć galopowanie w stronę zachodu słońca na długo przed jego zakończeniem.

Jessie Ware: Automatyczny – wideo

Jeśli jednak Superbloom wydaje się nie tyle postępem, co oszczędnością – dziełem artystki, która teraz dokładnie wie, kim są jej odbiorcy i jest więcej niż szczęśliwa, że ​​może ich zaspokoić – nie powinno to stanowić oceny jego jakości. Dorosły, przesiąknięty disco pop to zatłoczony rynek, ale Ware konsekwentnie wyróżnia się klasą tego, co robi, poczuciem, że ma wspaniały gust, naprawdę kocha i rozumie swój materiał źródłowy oraz otacza się podobnie myślącymi współpracownikami. Jest to doskonale widoczne jak zawsze w przypadku Superbloom, albumu, który pomimo wszystkich swoich kiczowatych momentów jest bardzo dobrze napisany i dobrze wykonany. Brakuje mu tak niezaprzeczalnego huku, jak jej poprzedniczka Free Yourself – piosenki, która w zdrowym świecie byłaby numerem 1 od miesięcy – ale zdecydowanie nie brakuje jej świetnych melodii i refrenów. Aranżacje smyczkowe skrupulatnie unikają klisz z błyskotkami: zamiast tego są uroczo nawiedzane przez ducha psychodelicznego mistrza soulu z Chicago, Charlesa Stepneya, którego bogaty wpływ jest szczególnie widoczny w utworze tytułowym i No Consequences. Porywająco oszczędne brzmienie i grzechocząca perkusja Mr Valentine przywołuje na myśl kolejny post-disco, punkowy funk Liquid Liquid i ESG, zatwierdzony przez Paradise Garage. Podobnie jak pełna pasji dzikość wokalu Ware – brzmi tak, jakby naprawdę to mówiła, nawet w tak głupiej piosence jak Ride – jest to zupełnie inny świat od tandetnych nocnych sygnatur z lat 70., charakterystycznych dla mniej pomysłowych praktyków w jej dziedzinie.

Najwyraźniej Superbloom nie jest w stanie zapewnić takiego wstrząsu, jaki wywołał album What’s Your Pleasure?, który stanowił wyraźne odejście od wcześniejszej pogoni Ware za sukcesem standardowego mainstreamowego popu (produkcja przez Benny’ego Blanco, współautor scenariusza z Edem Sheeranem) i znalezienia ścieżki, która idealnie do niej pasowała. Jeśli Superbloom to dźwięk jej pozostania na tej linii, to przynajmniej taki, na którym komfortowo dominuje. A gdyby pop stracił ją całkowicie na rzecz świata podcastów, byłoby szkoda.

W tym tygodniu Alexis słuchała

Paul Weller – What Was I Made For? Z kompilacji Weller w BBC Vol 2 można usłyszeć głęboko nieprawdopodobne i zaskakująco poruszające brzmienie 67-latki, która szczerze wypowiada się na temat wkładu Billie Eilish w ścieżkę dźwiękową Barbie, przekształcając ją w medytację nad starzeniem się i stratą.