Poniedziałek
Wiele wiadomości jest obecnie przygnębiających. Trwające wojny w Iranie, Libanie i na Ukrainie. Kryzys kosztów życia. Czasami mam wrażenie, że świat popadł w surrealizm. Donald Trump publikuje swoje zdjęcia na swoim koncie Truth Social jako Chrystusa Zmartwychwstałego. O krok za daleko nawet jak na Nigela Farage’a. Na zakończenie mamy prezydenta USA rozpoczynającego bójkę z papieżem. Najwyraźniej Leo jest okropnym człowiekiem, ponieważ nie popiera wojny. Trump musi jeszcze ustalić, że ogólnie rzecz biorąc, papieże nie popierają nielegalnych wojen.
Powinniśmy zatem wykorzystać jeden z tych rzadkich dni, kiedy mamy wiadomości jednoznacznie dobre. Świętuj porażkę autorytarnego, skrajnie prawicowego rządu Viktora Orbána na Węgrzech. Cóż, niektórzy z nas w każdym razie mogą. Nie jestem pewien, czy wielu członków Reformy czuje się tak wesoło: Farage zwykł zasypywać Orbana pochwałami przy każdej okazji.
Pamiętaj, że na te rzeczy trzeba patrzeć z odpowiedniej perspektywy. Nowy premier Péter Magyar nie jest centrolewicowym liberałem. Jest zdecydowanie centroprawicowy. Ale małe kroki i tak dalej. Pozbycie się Orbána rzeczywiście zajęło 16 lat. Ale mimo to jest z czego się cieszyć. Pożyczka w wysokości 90 miliardów euro od UE dla Ukrainy nie będzie już blokowana. Najskrytsze prace Rady Europejskiej nie będą już ujawniane Władimirowi Putinowi w czasie rzeczywistym. A Węgrzy odzyskają swój kraj.
Nazwijcie mnie płytkim, ale jedną z rzeczy, która sprawiła mi największą przyjemność po ogłoszeniu wyniku, był fakt, że JD Vance nieświadomie przyczynił się do miażdżącego zwycięstwa Magyara. Na kilka dni przed wyborami wiceprezydent USA udał się na Węgry, aby przekonać wyborców do poparcia Orbána. Niemal natychmiast sondaże sugerowały, że interwencja Vance’a przyniosła odwrotny skutek i że poparcie Orbana zaczęło tracić poparcie. Wyborcy nie lubią ingerencji z zewnątrz w ich wybory. A zatem dzień pełen wrażeń. Być może to nie koniec globalnego prawicowego populizmu. Ale mimo wszystko krok we właściwym kierunku.
Starmer, Rayner, Burnham: „Myślę, że mimo wszystko może być wakat”. Zdjęcie: Paul Ellis/Reuters wtorek
Wysiłki Nigela Farage’a mające na celu udowodnienie, że Reform nie jest jednoosobowym zespołem, nie zakończyły się całkowitym sukcesem. Choć coraz częściej pojawia się na konferencjach prasowych z inną osobą, jakoś nie może oprzeć się wrażeniu, że to wciąż program Nigela Farage’a z niemal bezgłośnym plusem. To dezerter torysów Robert Jenrick jest najczęściej widywany w towarzystwie lidera swojej partii. Choć niestety dla Honest Boba, jego rolą jest bycie Debbie McGee dla Paula Danielsa z Nige.
Nie dalej jak w zeszłym tygodniu Farage i Jenrick można było spotkać w Wigan, gdzie firma Reform „zaskoczyła” zwycięzcę konkursu, płacąc rachunki za paliwo za całą ich ulicę przez rok. Nige zapukał do drzwi i był tak samo zszokowany, jak wszyscy, gdy odkryliśmy, że zwycięzcą została osoba, którą poznał już wiele lat temu, w czasach partii Brexit. Rolą Uczciwego Boba było stać, uśmiechać się słodko i trzymać w ręku zbyt duży kartonowy czek.
Od czasu do czasu wpuszczany jest także zastępca lidera Richard Tice. Jego rolą jest bycie workiem treningowym Farage’a. Kiedy Nige potrzebuje rottweilera, przywołuje Zię Yusuf. Zia zawsze jest o coś wiecznie zła i nienawidzi imigrantów jeszcze bardziej niż Farage. Można mu zaufać, że sprawi, że Nige będzie wyglądał na miłego faceta. Można śmiało powiedzieć, że Matt Godwin został wyrzucony z drużyny A po przegranej w wyborach uzupełniających Gortona i Dentona. Suella Braverman nie pojawiła się jeszcze z Nige. Prawie tak, jakby miał problem z kobietami. Choć może wkrótce zostanie pobłogosławiona. W poniedziałek Farage ogłosił plany pokazowego procesu dla wszystkich torysów zaangażowanych w Boriswave. Ale dobre wieści dla Suelli. Chociaż była wówczas ministrem spraw wewnętrznych, Reforma uznała ją już za niewinną.
Środa
Minął nieco ponad rok od śmierci naszego psa Herbiego. Zmarł w naszych ramionach w cudownie gorące niedzielne popołudnie w kwietniu. Płakałam potem tygodniami. Nadal to robię od czasu do czasu. Nasza relacja z nim była jedną z najprostszych, jakie kiedykolwiek doświadczyłam. Kochaliśmy go, a on kochał nas. To wszystko. Żadnych komplikacji związanych ze znalezieniem najlepszego i najbardziej taktownego sposobu mówienia. Przez miesiące po jego śmierci od czasu do czasu dostrzegałem przebłyski czegoś, co uważałem za niego, tylko po to, by zdać sobie sprawę, że nic tam nie ma. Bez niego dom wydawał się nieznośnie pusty.
Trzymam jego prochy, kilka pasm futra i odcisk łapy w moim gabinecie i od czasu do czasu z nimi rozmawiam. Rozmawialiśmy o rozsypaniu jego prochów w niektórych jego ulubionych miejscach w ogrodzie i na Tooting Common, ale jakoś nie możemy się do tego zmusić. Musimy go mocno trzymać. Przez większą część roku nie mogliśmy nawet myśleć o posiadaniu kolejnego psa. Byłoby to brakiem szacunku dla pamięci Herbiego i nie moglibyśmy sobie wyobrazić, że kochamy innego psa tak bardzo. Nie wspominając już o próbach negocjowania operacji raka i chemioterapii dla Jill. Jednak w ciągu ostatnich kilku tygodni zaczęliśmy poważnie myśleć o kupnie szczeniaka. Że mamy wystarczająco dużo miłości do stracenia. Że nigdy nie będzie idealnego momentu na powitanie nowego psa, że nigdy nie będziemy pewni, jak będzie wyglądało nasze życie za rok.
Ale jest jeszcze mnóstwo decyzji do podjęcia. Czy kupić kolejnego psa. Herbie tak dobrze wpasował się w naszą rodzinę. Do tego stopnia, że był jego integralną częścią. Albo czy kupić dziewczynkę, żeby nie porównywać nowego szczeniaka do Herbiego. Albo po prostu zobaczyć, co się stanie. Herbie wybrał nas w każdym calu tak samo, jak my wybraliśmy jego. Już na pierwszy rzut oka podbiegł do nas, przewrócił się na plecy i zażądał, żeby go pomasowano po brzuchu. Zrobiłby to przez resztę swojego życia. Czy kupić tę samą rasę, czy coś zupełnie innego. Póki co zdecydowaliśmy się na kolejne Cockapoo. Następnym krokiem jest sprawdzenie, czy hodowca w Essex, od którego otrzymaliśmy Herbiego, nadal istnieje. Póki co nie możemy się zmusić do wykonania tego skoku. Ale zrobimy to. Zrobimy to.
Kemi: „To mnie nauczy malować graffiti”. Zdjęcie: Stefan Rousseau/PATHursday
Cykl wiadomości toczy się obecnie tak szybko, że łatwo jest wymknąć się spod kontroli. Ale musimy śledzić. Nie tylko dla własnego zdrowia psychicznego, ale także po to, aby pociągnąć do odpowiedzialności wpływowych. Minął już tydzień od nieoczekiwanej konferencji prasowej Melanii Trump i wydaje się, że nikt już o tym nie mówi. Ale jeśli już, wydaje się to teraz jeszcze dziwniejsze niż wtedy, ponieważ jesteśmy jeszcze dalej od zrozumienia, dlaczego to zrobiła.
Ze strony Białego Domu pojawiły się sprzeczne oświadczenia co do tego, czy prezydent miał pojęcie, że jego żona wystąpi na żywo w telewizji. Było tam samo oświadczenie, które Melania przeczytała, jakby widziała je po raz pierwszy. Wahania. Miało się wrażenie, że napisał ją ktoś zupełnie inny. Chociaż nikt nie miał pojęcia, kto to zrobił. Najlepsze, co można było z tego wyciągnąć, to to, że Melania dowiedziała się, że jakieś media zamierzają opublikować historię jej związku z Jeffreyem Epsteinem i najpierw próbują uzyskać jej zaprzeczenie.
Zaledwie tydzień później nie pojawiła się żadna nowa historia na temat Melanii i Epsteina. Cała sprawa wydaje się więc jeszcze bardziej niewytłumaczalna. Między innymi dlatego, że oświadczenie prasowe pozwoliło mediom jedynie na przedrukowanie kilku zdjęć Melanii z bliska z Epsteinem. Wydaje się, że w przypadku Melanii im więcej ją widzisz, tym mniej ją znasz. Ona jest zagadką. Puste płótno. Czy nienawidzi swojego męża? Czy ona w ogóle o nim myśli? Czy jej w ogóle nie obchodzi, kiedy Donald wyraźnie przegrywa i wdaje się w bójkę z papieżem? Sztuczna inteligencja ma większą głębię niż Melania.
Chalamet: „To się nigdy nie przyjmie” Zdjęcie: Ullstein Bild/Getty ImagesFriday
Ma nawet nazwę. Nazywa się to efektem Timothée Chalameta. Być może pamiętacie, jak jakiś miesiąc temu nominowany do Oscara aktor oświadczył, że opera i balet już nikogo nie interesują. Tak było w zeszłym stuleciu. Umrzeć na własnych nogach. Okazuje się jednak, że gdy Tim się odzywa, wszyscy robią odwrotnie. Opera i balet nigdy nie były tak popularne. Opera w Seattle była jedną z pierwszych osób, które zaangażowały się w tę akcję. Zaproponowali bilety ze zniżką na występ Carmen ze specjalnym kodem dostępu „TIMOTHEE”, ale nie mogli zaspokoić popytu.
Teraz to Royal Ballet and Opera w Covent Garden zarabia na możliwościach promocyjnych. W tym tygodniu Alex Beard, szef RBO, powiedział The Times: „Uznałem za ważne, abyśmy nie zwracali się do Chalameta z czymś w rodzaju hoity. Powiedzieliśmy po prostu: «Spójrz, co robimy, kolego.» Na przykład fakt, że największą część naszych odbiorców pod względem wieku stanowią osoby w wieku od 20 do 30 lat. I wiesz co? Nasz post miał dwa i pół miliona odsłon i pół miliona udostępnień, tylko na Instagramie. Sprzedaż naszych biletów natychmiast wzrosła. Pozdrawiam Cię, Timmy!”
Jako stały bywaliec opery muszę przyznać, że mam mieszane uczucia w stosunku do wszystkiego, co utrudnia zdobycie biletów, ale podoba mi się pycha Chalameta. Więc może i ja mogę to wykorzystać na swoją korzyść. Zostało jeszcze kilka biletów na mój występ w Salisbury Playhouse w przyszłą sobotę. Tak więc, jeśli jakimś cudem to czytasz, Tim, byłbym bardzo wdzięczny, gdybyś napisał na Twitterze, że śmiech i satyra polityczna są martwe. Może nawet uda nam się mieć pełną salę.