Strona główna Wiadomości Recenzja współlokatorów – komedia Netflix o zerwanej przyjaźni to słodko-słona uczta |...

Recenzja współlokatorów – komedia Netflix o zerwanej przyjaźni to słodko-słona uczta | Filmy komediowe

9
0


Początkowe owoce pierwszej umowy Adama Sandlera z Netfliksem były w dużej mierze zgniłe; bezmyślne i przestarzałe komedie, takie jak The Ridiculous 6, The Do-Over i Sandy Wexler. Ale w miarę jak Sandler dojrzewał, zmieniał się także jego proces decyzyjny i poza coraz częstszymi próbami pracy w mądrzejszych, bardziej teksturowanych dramaturgach, jego firma producencka Happy Madison odniosła sukces, sięgając po słodycze, nie ryzykując krachu cukrowego.

Jego animowana przygoda Leo była pełna ciepła i wnikliwości, a jego występ w uroczo tradycyjnym dramacie o koszykówce Hustle był na tyle mocny, że wielu uznało jego brak nominacji do Oscara za okrutną lekceważenie. Ale to komedia o dojrzewaniu z 2023 r. „Nie jesteś zaproszony na moją bat micwę” pokazała, gdzie może leżeć najbardziej płodna przyszłość jego firmy jako pasterza młodszego pokolenia twórców filmowych, którzy chcą opowiadać historie o nastolatkach, którzy nie są protekcjonalni ani nie doceniają. Wypełnienie filmu rolami swojej rodziny – w całości żony i dwóch córek – mogło wydawać się jedną z bardziej ponurych oznak tego, jak nepotyzm skorodował Hollywood, ale wbrew wszystkiemu okazało się, że zadziałało i znalazł inną rolę dla najstarszej Sadie w kolejnym zwycięzcy, dziwacznie pogrzebanej komedii studenckiej Współlokatorzy.

Trzymanie filmu przed krytykami stało się wymowną strategią dla studiów doskonale świadomych problemów związanych z jakością (przez lata filmy, na które musiałem czekać i recenzować po premierze, to między innymi horror z bezwładną sztuczną inteligencją AfrAId, porzucona komedia bożonarodzeniowa Drogi Mikołaju i bezwładny thriller akcji Anna), ale decyzja o ukryciu współlokatorów jest niezwykle zaskakująca, jest to niezaprzeczalnie niedoskonały film, tak, ale taki, w którym jest wystarczająco dużo akcji, że mogę sobie wyobrazić niektórych wczesnych mistrzów. Poprzeczka dla komedii, komedii dla nastolatków, komedii przesyłanych strumieniowo i, Chryste, przesyłania strumieniowego filmów w ogóle, jest tak niska, jak to tylko możliwe w tym przesyconym, ale słabo rozwiniętym momencie, który sprawia, że ​​Współlokatorzy to film, o którym warto krzyczeć, a nie cicho pogrzebać.

To historia o strukturze przypominającej Wojnę róż, opowiedziana przez Sarę Sherman z SNL jako dziekan college’u, i chociaż nie sięga tak głęboko ani nie prowadzi do tak okrutnych miejsc, jest o wiele skuteczniejsza i wciągająca opowieść o dynamicznym zniszczeniu niż zeszłoroczny, karalnie nieśmieszny remake. W centrum uwagi znajduje się ostrzegawczy los Devona (Sandler) i Celeste (Chloe East), którzy w trakcie pierwszego roku studiów, jako współlokatorzy w college’u, z przyjaciół stali się wrogami. Devon jest mądrze napisana jako dziewczyna, która nie była wyrzutkiem społeczeństwa w szkole średniej, ale po prostu nigdy nie znalazła swoich ludzi, trochę zbyt chętna (opisana jako „spragniona mała dziwka”) i o wiele zbyt zapomniana (inne po prostu „nie zauważały, kiedy jej nie było w pobliżu”). Z drugiej strony Celeste ma ten rodzaj niewymuszonej, gorącej i zimnej energii, którą inni łatwo dają się uwieść i w młodszym wieku jest mniej podejrzliwa, a Devon, który ubolewa nad brakiem najlepszego przyjaciela wobec swojego ukrytego brata geja (nowicjusz Aidan Langford, z zaskakująco wzruszającym wątkiem pobocznym), wydaje się w końcu gotowy na przyjaźń.

Ale to, co scenariusz, autorstwa pisarzy SNL Jimmy’ego Fowliego i Ceary O’Sullivan, sprytnie organizuje, to stopniowy upadek, na zasadzie push-and-pull, podsycany raczej wiarygodnymi niż bombastycznymi elementami – prośba Venmo, która nigdy nie została ukończona, Instastory, które było prawdopodobnie podejrzane, wiersz, który był być może zbyt odkrywczy, ciągły trzask niepokoju w związku z bogactwem rodzinnym itp. Często przypominało mi to mniej zamieszkane i znacznie mniej piękne strzał, będący wspomnieniem wyjątkowego sezonu Insecure, kiedy przyjaźń Molly i Issy powoli się rozpadła, powodując implozję wymagającą dyskusji, która ciężko pracuje, aby jedna ze stron nie była bardziej oczywista gorsza od drugiej. Byłem tak zaangażowany i pod wrażeniem tej taktyki, że stwierdziłem, że przełomowa kropla wielbłąda okazuje się o wiele bardziej banalna, gdy w końcu nadchodzi, moment skradziony ze zbyt wielu filmów, o których warto wspomnieć, i który nagle zmienia się w czystszą narrację o bohaterze/złoczyńcy, niemal przesuwając film na mroczniejsze terytorium thrillera.

Świadczy to o napięciu panującym w całym filmie, pomiędzy tym, co oczywiste i konkretne, a także tym, co da się utożsamić, a szaleństwem, i chociaż film kieruje się głównie w prawą stronę, czasami wpada w znane pułapki (brak nagród za odgadnięcie, jak wypadnie scena z eksplodującym indykiem i Carol Kane). To prawie tak, jakby obie strony Sandlera, który jest tutaj producentem, również ze sobą walczą, i chociaż, ogólnie rzecz biorąc, prymitywizm w filmie został wykorzystany w sposób organiczny, a nie w męcząco szelmowski sposób na zwrócenie uwagi, twórcy rozsądniej powinni zaufać wielu mniejszym szczegółom, a nie większym, głupszym elementom. W najbardziej nierealnych momentach stara się zachować wszystko tak realistycznie, jak tylko potrafi, dzięki dwóm wspaniałym aktorom w centrum uwagi. Sandler jest równie urocza jak niezdarny zwolennik zasad, jak East jest równie naturalnie pociągająca jak lekkomyślna, niepoznawalna, fajna dziewczyna (imponujący pokaz wszechstronności dla East, która w „Heretic” grała osobę bliższą typowi Sandlera) i choć reżyserii Chandlera Levacka może brakować odrobiny dynamiki, pozwala ona swoim wykonawcom wykonywać swoją najlepszą pracę bez rozpraszania się. Może przydałoby mi się mniej epizodów, ale polubiłem Nicka Krolla i Natashę Lyonne jako odświeżająco uziemionych, pozbawionych schizmy rodziców.

Współlokatorzy może nie dorównują musującym, kształtującym filmom dla nastolatków, do których zarówno się odwołuje (Clueless), jak i często bezpośrednio przypominają szopki (Mean Girls), ale nadal należą do innej ligi niż to, co nam obecnie najczęściej serwuje. Czy ktoś mógłby powiedzieć to Netflixowi?