Musical Kandera i Ebba z początku lat 90. przeżywa swój moment. W przyszłym tygodniu do ogólnej premiery trafi film Billa Condona, w którym występują Diego Luna, Tonatiuh i Jennifer Lopez. A tutaj, podczas tournée po Bristolu i Southampton, mamy do czynienia z eleganckim, poważnym odrodzeniem reżysera Paula Fostera. Mimo nagłego zainteresowania jest to rzadkość: fani musicalu i powieści Manuela Puiga, na podstawie której powstał, od 1992 roku musieli czekać na nową, dużą inscenizację.
Istnieją możliwe przyczyny tego stanu rzeczy. Akcja w więzieniu w Buenos Aires jest jedną z nich, choć nie tylko Pocałunek kobiety pająka jest ponury. Są też inne musicale z ponurą oprawą, m.in. Kabaret Kandera i Ebba. Co więcej, trudno jest przedstawić spektakl wystarczająco ponury, nie niepokojąc przy tym widza. Jednak im bardziej jest to oczyszczona wersja Broadwayu, tym mniej sekwencje fantasy wydają się ucieczką.
Wezwani… od lewej: Fabian Soto Pacheco jako Molina, Anna-Jane Casey jako Aurora i George Blagden jako Valentin w Pocałunku kobiety pająka na Leicester Curve. Zdjęcie: Marc Brenner
Nie żeby Molina (Fabian Soto Pacheco), dekorator wystaw okiennych uwięziony za nagabywanie nieletniej, czy Valentin (George Blagden), więzień polityczny o zaciśniętych ustach, nie mieli łatwo. Sekwencje walk Kate Waters i projekcje Andrzeja Gouldinga są odpowiednio brutalne. Ale pomimo całego zatrucia pokarmowego, tortur i degradacji, rzeczywistość byłaby o wiele gorsza.
Kiedy więc Molina przywołuje Aurorę (Anna-Jane Casey) ze swojej kinowej wyobraźni, gwiazdę filmową mieniącą się złotem jak statuetka Oscara lub kopającą wysoko jak hollywoodzki kopytnik, zestawienie to wydaje się nie tyle uwolnieniem, ile niestosownym hołdem złożonym złotemu wiekowi przemysłu filmowego. Casey nie rozwiewa tego poglądu, ciesząc się wielkimi pasami tak samo, jak rozkoszuje się złą rolą morderczej Kobiety-Pająka.
Oświetlenie Howarda Hudsona zamienia plan Davida Woodheada w film noir, a choreografia Joanny Goodwin, składająca się wyłącznie z połyskujących bicepsów i brudnych kamizelek, jest odważna i doskonale dopracowana. Szkoda, że zespół grający na żywo jest niewidoczny, ale śpiew pod kierownictwem muzycznym Dana Glovera jest potężny, szczególnie w chórach.
Dialogi mogą być dosadne, a produkcja utrzymuje dystans czwartej ściany, ale Soto Pacheco śpiewa z ciepłem i rezonansem, uzupełnionym polityczną wściekłością Blagdena. Całość składa się na studium nieprawdopodobnej przyjaźni, która bardziej imponuje niż porusza.
W Curve, Leicester, do 25 kwietnia. Trasa do 6 czerwca