Wayne Koestenbaum szybko zyskał reputację jednego z najostrzejszych amerykańskich ikonoklastów queer, ale tytuł jego najnowszej powieści sugeruje realizm gotowy na Netflix. Czy Mój kochanek, rabin będzie trzeźwą, ale podnoszącą na duchu relacją o konflikcie między ortodoksją religijną a zakazanymi pragnieniami? Ani trochę. Główny i główny fakt tej książki – przemożne pragnienie mężczyzny pracującego jako konserwator antyków dla mężczyzny pracującego w synagodze – jest akceptowany jako coś oczywistego dla każdego bohatera. Tymczasem autor traktuje wszelkie realistyczne konwencje z pewnego rodzaju wzniosłą pogardą, przywołując niebezpieczeństwa i rozkosze obsesji na punkcie prozy, która sama w sobie jest bezwstydnie obsesyjna – i cudownie szczera, gdy dochodzi do fizycznych szczegółów. Rezultat jest równie ostry i dziwny, jak wszystko, co przeczytacie w tym roku.
Zaciekłość zaczyna się natychmiast. Wszystkie 188 rozdziałów książki jest krótkich, ale pierwszy ma tylko cztery linijki. Wykorzystując zarówno interpunkcję, jak i słownictwo w taktycznie nieoczekiwany sposób, pogrąża czytelnika prosto w świat cielesności, zamętu i dziwnie specyficznych szczegółów. Podobnie jak wszystkie rozdziały z wyjątkiem kilku, zawiera także tytuł samej książki. W miarę rozwoju książki powtórzenie tytułu zaczyna bić jak dzwon w architekturze jej prozy, stając się niemal mantrą. Ta uparta i pełna niepokoju formalność nie jest bynajmniej stylem dla samego stylu, ale stanowi sedno niesamowitego życia tej książki; całkiem genialne dopasowanie stylu do tematu.
podwójny cudzysłów Podobnie jak w Balzacu okazuje się, że prawie wszyscy bohaterowie albo ze sobą spali, albo są w inny sposób splątani
Gdy fabuła zaczyna się wyłaniać, wydaje się, że fabuła książki – co dziwne, biorąc pod uwagę jej zdecydowanie modernistyczną mechanikę – sięga niemal XIX wieku. Choć akcja rozgrywa się w rozpoznawalnej Ameryce anonimowych mieszkań nad jeziorem, starzejących się zwolenników teorii spiskowych i alternatywnych struktur rodzinnych, główne wątki fabularne mogą pochodzić prosto z Balzaca: niewierność, nielegalność, szaleństwo, zakupy, zbiegi okoliczności i śmierć. Podobnie jak u Balzaca – czy też Prousta, innego znawcy mechaniki obsesji – w końcu okazuje się, że prawie wszyscy bohaterowie albo spali ze sobą, albo są w inny sposób splątani.
Jeszcze bardziej proustowska jest potrzeba odkrycia przez restauratora mebli tajemnicy atrakcyjności swojego rabina, która jest dla niego czymś władczym i niewytłumaczalnym. Podobnie jak Swann Prousta, wmawia sobie, że klucz do uroku jego obiektu miłości musi leżeć nie tyle w ich uprawianiu miłości, ile w jakimś nieujawnionym zapleczu emocjonalnym. Ostatecznie narrator decyduje, że zagadką, którą musi rozwiązać, jest śmierć trzyletniego syna jego kochanka. Odtąd każda próba wyjaśnienia, kim było to dziecko, dlaczego umarło i czy w ogóle umarło, odsłania jedynie dalsze perspektywy niepoznawalności.
Wokół tej głównej zagadki fabuła skręca się w zawrotną serię powiązanych ze sobą wstrzymań, dygresji i non sequitur, przerywanych w regularnych odstępach serią bezwstydnie sprośnych scen seksu, a wszystko to służy jedynie powrotowi naszego narratora do pierwotnej sceny jego oddania. Tymczasem zdania konserwatora mebli w dalszym ciągu łączą fizyczny brak tchu z emocjonalną gwałtownością, potęgując spowolnioną dziwność ich lokalizacji i spotkania z niemal lubieżnym instynktem oburzenia. Wyobraźcie sobie Ronalda Firbanka, ale nakręconego przez Johna Watersa; Saki, ale przekazywany przez Gary’ego Indianę.
Jedną z charakterystycznych cech Koestenbauma zawsze były imiona ludzi; podobnie jak Dickens uwielbia dziwnie zapadające w pamięć chrzciny. Jednakże w tej książce, pośród mnóstwa postaci o charakterystycznych imionach, kluczowe postacie kochanka i jego rabina pozostają wyraźnie bezimienne; tak jak w tytule, są to zawsze tylko zaimki.
Błyskawiczny wynalazek ostatnich 20 stron wyjaśnia dlaczego. Jak się okazuje, książka tak naprawdę nie opowiada o szaleńczej nieuchwytności pojedynczego ciała; w końcowym, przypominającym fugę podsumowaniu obsesyjne pragnienie narratora, by zrozumieć lub rozwikłać swoją ukochaną, przekształca się w chwalebnie oryginalne przywołanie niepoznawalności jakiegokolwiek obiektu pożądania, a poza tym – wizję tego, jak by to było przyznać się do niezdolności miłości do zatriumfowania nad śmiercią.
Ale nie ma co zaciskać zębów i mieć nadzieję, że dotrwamy do końca; przez całe swoje 188 rozdziałów Koestenbaum pisze jak najlepszy anioł, który zdecydowanie nie boi się zejść na ziemię. Mam nadzieję, że świadomie prowokacyjny tytuł zachęci więcej osób do zaryzykowania pierwszego spotkania z tym niepowtarzalnym i głęboko poważnym pisarzem.
Książka Mój kochanek, rabin Wayne’a Koestenbauma została opublikowana przez wydawnictwo Granta (14,99 funtów). Aby wesprzeć Guardiana, zamów swój egzemplarz na stronie Guardianbookshop.com. Mogą obowiązywać opłaty za dostawę.