Nawet w najlepszych czasach Coachella może być dużym obciążeniem – długa podróż, być może dłuższe kolejki i, jeśli zrobisz to dobrze, niezwykle długie dni przemykania pomiędzy setami muzyki na żywo w intensywnym pustynnym słońcu. Co roku największy festiwal muzyczny w Ameryce Północnej wywołuje burzę i pogardę w niemal równym stopniu nie bez powodu – niebotycznie wysokie ceny, zalew żałosnych przechwałek w mediach społecznościowych i przytłaczająca atmosfera kultury wpływowej. Jednak wierni wciąż wracają (a agnostycy wciąż zaglądają do Internetu), wydając co najmniej 649 dolarów za trzydniowy karnet lub podpisując umowę z marką, aby być świadkiem najbardziej ekspansywnej i wszechstronnej oferty muzycznej w kraju, prawdziwie ekscytującej mieszanki wschodzących artystów walczących o przełomowy set i momentów, w których trzeba było być, takich jak, powiedzmy, powrót Justina Biebera…
Podczas gdy Bieberchella zdominował w tym roku większość rozmów w terenie – jego skromny, ale wystarczający sobotni występ jako headliner przyciągnął być może największą publiczność w historii festiwalu – Coachella 2026 oferowała mnóstwo atrakcji dla tych, którzy nie byli zainteresowani powrotem ikony milenialsów. Coachella może być jedyną rzeczą w Ameryce, która jest obecnie bezpieczna przed faktyczną inflacją – w tym roku nie było podwyżki cen biletów, choć muszę sobie wyobrazić, że podobnie jak w zeszłym roku ponad połowa uczestników korzysta z abonamentu. Przeważa jednak nastawienie inflacyjne. Po tak zwanej erze klapy dwa lata temu, kiedy rozczarowujące rachunki za headlinera doprowadziły do najwolniejszej sprzedaży biletów od ponad dekady, festiwal powrócił do formy skupiającej rozmowy, stosując podejście „więcej znaczy więcej”: więcej międzynarodowych artystów obsługujących większą liczbę potencjalnych uczestników; większa infrastruktura (nowe podziemne kino Bunker zostało dostosowane do potrzeb audiowizualnych programu Radiohead Kid A Mnesia); więcej inwestycji w imponującą transmisję na żywo, w miarę jak festiwal kontynuuje przechodzenie od osobistych doświadczeń do globalnego wydarzenia/marki; więcej niespodziewanych rezerwacji DJ-ów – the xx’s Romy! Szczyt Jana! – to przerosło obciążone EDM Do LaB.
Daniela Avanzini, Sophia Laforteza, Rei Ami, Ejae, Audrey Nuna, Lara Raj, Yoonchae Jeong i Megan Skiendiel z Katseye oraz Huntr/x z KPop Demon Hunters. Zdjęcia: Christopher Polk/Billboard/Getty Images
A co najważniejsze, przynajmniej w celu utrzymania szumu zarówno w Internecie, jak i poza nim: więcej niespodziewanych spotów gościnnych wywołujących nostalgię lub po prostu proste nagłówki. David Guetta, którego sobotni występ sprawił, że przepastny namiot Sahara przekroczył pojemność, zaprosił JLo do jej piosenki Save Me Tonight. Dzień wcześniej Katseye przyciągnął jeszcze większy tłum – największy, jaki kiedykolwiek widziano w południowo-wschodnim narożniku, według niektórych długoletnich uczestników – który wylał się poza zasięg głośników, a set zebrał mieszane recenzje nawet wśród wiernych, ale zachwycał się włączeniem Huntr/x Kpop Demon Hunters. Wcześniej tego dnia piosenkarz soulowy Teddy Swims zaspokoił milenijną nostalgię, zapraszając Joe Jonasa i Vanessę Carlton. Lizzo pojawiła się podczas występu w „Sexyy Red”, Camila Cabello pojawiła się na remiksie „Havana” z Young Thug, a Diplo z Majora Lazera wprowadził MIA w słyszalne westchnienia podczas hałaśliwego wykonania „Paper Planes”, przeboju z 2008 roku, którego byli współproducentem.
Więcej aktywacji na Instagramie, bo Coachella wypacza coraz bardziej korporacyjność – dostaję zawsze popularny namiot Aperol Spritz i długą kolejkę po kosmetyki dla elfów, ale dlaczego pojawia się wyskakujące okienko Alaska Airlines? Udział w Coachelli oznacza wędrówkę po Disneylandzie dla dorosłych, który jest jednocześnie eskapistyczną fantazją i modelem brutalnie hierarchicznej gospodarki w miniaturze – niezależnie od tego, ile przestrzeni i transcendencji się znajdzie, ktoś zawsze ma wygodniejsze, bardziej ekskluzywne i lepiej prezentujące się w mediach społecznościowych doświadczenie niż ty. Gwiazdy z pewnością robiły furorę, na dobre (Hailey Bieber, promieniejąc dumą) i na gorsze (niezależnie od licealnych fantazji, które realizowały Katy Perry i Justin Trudeau). Ale jeśli nie siedziałeś przy bramce VIP w nadziei, że dostrzeżesz Jacoba Elordiego przechadzającego się z załogą Jenner/Chalamet, nie widziałeś ich za warstwami VIP-ów. Nawet niektóre istotne wyzwania logistyczne – futurystyczny piątkowy występ włoskiej DJ Anymy odwołany z powodu silnego wiatru, ciasne gardło po występie Biebera, które pozostawiło mnie unieruchomionego na prawie 30 minut, głośnik, który spadł na kobietę i zamknął Do LaB na piątkowy wieczór (podobno z nią wszystko w porządku) – nie osłabiły poczucia, że Coachella to dobrze naoliwiona maszyna, która napędza pełną parą do przodu.
Zdjęcie: Matt Winkelmeyer/Getty Images dla Coachelli
Coachella ma taką reputację jako miejsca ucieczki, że o polityce w dużej mierze nie wspomina się, poza frazesami o pokoju i jedności oraz chaotyczną komedią w wykonaniu frontmana Strokes i ostatniej prawdziwej gwiazdy rocka, Juliana Casablancasa. – Jesteście podekscytowani draftem? – zapytał zdezorientowany tłum podczas sobotniego występu solid rock. „Och, czekaj, nie draft do NFL. Myślę, że za sześć miesięcy wszyscy będą musieli zarejestrować się w wojsku. Jesteście podekscytowani?” (Odpowiedź: nie) Niedzielny headliner Karol G, pierwszy latynoski headliner festiwalu od 27 lat, zaoferował pośrednio polityczną celebrację latynoskiej dumy i panamerykańskiej jedności, która była ukłonem w stronę obecnego tłumienia imigracji w USA, ale poza kilkoma odnotowanymi naganami – niezależny zespół Wednesday Karly Hartzman oznajmił na koniec swojego setu „Fuck ICE” i wolną Palestynę, a David Byrne wyświetlał w swojej piosence obrazy protestów przeciwko ICE Życie w czasie wojny” – Coachella znajdowała się w dziwnie odkażonej strefie. To w końcu festiwal po cichu prowadzony przez Anschutz Entertainment Group, której właściciel, prawicowy miliarder Philip Anschutz, przekazuje pieniądze różnym republikańskim organizacjom politycznym.
Mimo to, pomijając konieczne patrzenie z boku, festiwal po raz kolejny zapewnił zadziwiającą gamę najwyższej jakości rozrywki i radości, od artystów chcących wnieść swoją grę A po festiwal, który może nabrać dynamiki w karierze (wystarczy zapytać Chappella Roana). Prawie zemdlałem od miotania się w upale do pop-screamo seta przełomowego artysty Slayyytera, który rozpoczął festiwal hałaśliwym tonem z niezwykle dużą publicznością jak na piątkowy występ o 15:00; uzyskali dostęp do innego wymiaru podziemnego, totalizującego basu Nine Inch Noize (Nine Inch Nails + Boys Noize) w swoim pierwszym w historii pełnym secie; prawie uderzył w sufit, gdy Jack White zagrał Seven Nation Army dla wzburzonej publiczności (jego bardzo rockowe wprowadzenie „Nie zadawaj mi żadnych pytań, a nie będę kłamać” natychmiast wchodzi do mojego leksykonu) i złagodził się do wysublimowanej improwizacji studyjnego czarodzieja Dijona, wspieranego przez współczesnego boga gitary Mk.gee.
Iggy’ego Popa. Zdjęcie: Christopher Polk/Billboard/Getty Images
Choć w tegorocznej edycji wydawało się, że hip-hop nie jest już tak istotny, festiwal w dalszym ciągu wykraczał poza bazę muzyki elektronicznej i rockowej w stronę szeroko rozumianego popu – syntezatory waty cukrowej Addison Rae, hipnotyzującą muzykę Runescape francuskiego artysty elektronicznego Oklou, zwartą choreografię Bini, pierwszej całkowicie filipińskiej grupy, która wystąpiła na festiwalu, oraz wyjątkowy awangardowy performans FKA Twigs. Nie stracił jednak kontaktu ze swoimi rockowymi korzeniami dzięki obecnym, tętniącym życiem zespołom, takim jak punkowy crossover Turnstile i odłamowe pokolenie Z Geese, z których ten ostatni zakończył swój wybuchowy, bezczelny występ skandowaniem publiczności do obłąkanego, popularnego haczyka z Trynidadu: „W moim samochodzie jest bomba!!!” I po raz kolejny Coachella zarezerwowała występy znakomitych artystów weteranów: Iggy Pop, bez koszuli i pełen energii w wieku 78 lat, który w niedzielny wieczór zorganizował mosh pit dla wszystkich grup wiekowych; pionier muzyki elektronicznej Moby, który poprowadził niezwykle rozentuzjazmowaną publiczność „rave hymnem”, który zagrał na pierwszej Coachelli w 1999 r.; Fatboy Slim, którego niedzielny występ DJ-ski w Quasar sprawił, że pewien dzieciak z college’u zapytał mnie z niedowierzaniem: „Kim jest ten artysta?!”
Trudno o prawdziwe emocjonalne chwile na festiwalu, który może wydawać się coraz bardziej bezduszny i zabawny, ale Coachella nie mogłaby funkcjonować bez swojej wyjątkowej magii. Znalazłem jakiś późny niedzielny wieczór, gdy Karol G podpisywał się każdym hukiem, na jaki pozwalała główna scena, przy okrzykach zachwytu tak wielu hiszpańskojęzycznych ludzi, którzy znali każde słowo jej przełomowego setu. Fajerwerki, materiały pirotechniczne i konfetti były odpowiednim akcentem trzech 12-godzinnych dni i zbyt wielu wspaniałych beatów, aby je zliczyć. Wskaźników recesji może być mnóstwo, ale Coachella wciąż stawia na więcej.