Strona główna Wiadomości Recenzja Mother Mary – Anne Hathaway i Michaela Coel zatracają się w...

Recenzja Mother Mary – Anne Hathaway i Michaela Coel zatracają się w niedorzecznym dramacie gwiazdy popu | Film

11
0


Dla pewnej części fanów popu kult divy wiąże się z dużą tolerancją dla ich wyjątkowego posmaku psychobełkotu. Kiedy więc Anne Hathaway, tytułowa wokalistka w Mother Mary Davida Lowery’ego, deklaruje, że jej nowy singiel Spooky Action opowiada o „transsubstancjacji uczuć” Einsteina, zignorowałam prychnięcia osób znajdujących się w teatrze obok mnie. W końcu, pomyślałem, z czułością wracając myślami do czasów, gdy Lady Gaga mówiła o swojej muzyce jako o odwrotnej eksplozji Warhola: gwiazda popu, która nie boi się sięgać po bzdury z najwyższej półki. Moja hojność szybko osłabła, gdy zacząłem zdawać sobie sprawę, że Matce Marii – tej bohaterce i filmowi – brakowało kluczowego elementu każdej współczesnej gwiazdy muzyki pop: samoświadomości.

Mother Mary to dawna gwiazda muzyki, która szuka powrotu po tajemniczym wydarzeniu, które spowodowało, że została wycofana ze służby. Wydaje się… nawiedzona, a na dodatek przeżywa kryzys modowy, nie mogąc znaleźć niczego, co mogłaby założyć na swój rychły powrót na scenę. Trzy dni przed planowanym wielkim wystąpieniem pojawia się w deszczu w gotyckiej rezydencji projektanta mody Sama Anselma (przyjemnie przesadnej Michaeli Coel), wyglądając jak szczur złapany w monsun i błagający o strój, w którym „czuje się jak ja”. Sam znacznie się rozwinęła, odkąd była modową partnerką Matki Marii, a być może także jej kochankiem za zamkniętymi drzwiami. Tak naprawdę nienawidzi tej gwiazdy popu. „Jesteś czynnikiem rakotwórczym, jesteś guzem” – mówi Sam zabawnie złowieszczym głosem. „Żółć rośnie”.

Mimo to Sam czuje coś w rodzaju nadprzyrodzonego pociągu do Mary i podejmuje wyzwanie stworzenia dla niej nowego kostiumu scenicznego. Za pomocą kilku kawałków materiału i kilku cięć nożyczkami Sam zaczyna pracować nad wyglądem Mary z ryz szyfonu, które w tym celu ukryła w zrujnowanej stodole. Wszystko jest dozwolone, mówi Mary, z wyjątkiem koloru czerwonego, ponieważ nawiedza ją demon o dokładnie takim odcieniu. W ten sposób nadaje ton niedorzecznym, ale konsekwentnie stylowym dwóm godzinom, pełnym świetnej gry aktorskiej pośród skrzypienia i wycia wiatru w stodole, ekstrawaganckimi retrospekcjami do wysokooktanowych występów Mary, przyprawiającym o ból brzucha zanurzeniem się w horrorze ciała, a także kilkoma naprawdę oszałamiającymi momentami wizualnymi, które łączą surrealizm w stylu Dalego z zaawansowanym technologicznie połyskiem współczesnej sceny pop.

Ostatnim razem, gdy Hathaway wystąpiła w musicalu (Les Misérables z 2012 roku), otrzymała nagrodę Akademii. Nie do końca wyobrażam sobie, że podobne zaszczyty spotykają często niezrozumiały eksperyment stylistyczny Lowery, ale przekonuje ona jako główna dziewczyna popu w scenach retrospekcji, wykonując świetną choreografię z wirującymi tancerzami rezerwowymi i skąpana w niebieskim świetle w wężowym układzie do napisanego przez FKA twigs „My Mouth Is Lonely For You”. (W ścieżce dźwiękowej pojawiają się także teksty Charli xcx i Jacka Antonoffa.) Biorąc pod uwagę, że większość obrazu skupia się na pełnych napięcia rozmowach pomiędzy Mary i Samem w stodole projektanta przypominającej „Miss Havisham”, wydaje się, że część 100-milionowego budżetu filmu przeznaczono na tworzenie spektakli na arenie. W porównaniu do scen koncertów popowych z ostatnich filmów, takich jak Trap i Smile 2 (oba moim zdaniem otrzymały piątkę za wysiłek), popowy showman Mother Mary jest klasą samą w sobie.

Podczas gdy Hathaway odgrywa bardziej błyskotliwą rolę, subtelniejszy Coel odchodzi z obrazu: jej Sam jest równie lodowaty i władczy, jak Dickensowska postać, której sprawdza imię. Podobnie jak Mary mówi, jakby połknęła podręcznik do filozofii, ale trafia w najlepsze jednostronne zdania i odnajduje pokłady humoru w raczej ponurym scenariuszu Lowery’ego. Jest to niezbędna folia dla zbyt poważnej Hathaway, która gra Matkę Marię niczym Heddę Gabler. Szczerze mówiąc, brzęki w scenariuszu nie dają aktorowi zbyt wiele pracy. W pewnym momencie Sam pyta Marię, czy „chce wyglądać jak nóż”, na co Mary odpowiada: „Chcę mieć rację”. Zastanawiasz się, czy Lowery kiedykolwiek zadawał sobie to samo pytanie.

To ulga, gdy kamera odwraca się od egzystencjalnych debat Mary i Sama w stodole i skupia się na drugoplanowych obsadach. FKA twigs rzuca się w quasi-erotyczne tango z Mary w dziwacznej retrospekcji z tabliczką Ouija, podczas gdy Sian Clifford z Fleabag ma kilka zabawnych ujęć reakcji jako udręczona menadżerka Mary. Inni popularni członkowie obsady są bardzo niedostatecznie wykorzystywani: rola Huntera Schafera jest zbędna, a Kaii Gerber ledwo daje się szansę na naginanie komiksowego wyczucia czasu, jakim zaimponowała w „Bólach”.

Frustracja pogłębia fakt, że Matka Maria bezpiecznie uchyla się od wielu drażliwych problemów, które patrzą jej w oczy. Jak na film reklamowany jako „psychoseksualny thriller popowy”, charakteryzuje się on dziwną nieśmiałością w związku z głównymi queerowymi relacjami, co w naszych czasach safickiego popu brzmi wręcz pruderyjnie. Być może zastanawiacie się także nad osobistymi wydarzeniami, które sprawiły, że Sam Coela, który w notatkach produkcyjnych filmu jest opisywany jako przedstawiciel klasy robotniczej, ale mówi z królewskim akcentem RP, dostrzegł modę jako zbroję godną Joanny d’Arc. Inteligentniejszy film mógłby nawet znaleźć intrygujące odbicie między gwiazdą filmową Hathaway a ikoną popu Mother Mary i znaleźć przestrzeń do zbadania, jak dziesięciolecia sławy mogą siać spustoszenie w wewnętrznej psychice.

Film Lowery’ego potrafi olśniewać. Ale cytując jedno z wyraźnych odniesień reżysera, wielu aż nazbyt dobrze dostrzeże jego inspiracje. Imponujące ujęcie Mary zza kulis pomiędzy przedstawieniami będzie nawiązaniem do Kucharza, złodzieja, jego żony i jej kochanka dla każdego studenta kina, co będzie nierozsądnym wyborem w przypadku zagmatwanego filmu, który jest o całe mile od znakomicie pokręconej fantazji modowej Petera Greenawaya. A wczesna scena, w której odwrócone ujęcia twarzy głównych bohaterów zlewają się ze sobą, jest raczej trafna jako ukłon w stronę Liv Ullmann i Bibi Andersson w Personie z 1966 roku. Ingmara Bergmana, Lowery nie.

Gdy mój pokaz dobiegł końca, podsłuchałem, jak inny gość opisał Matkę Marię jako świetny „film o gejach”. Na papierze ma zadatki na jednego: czarujących aktorów, wolę-nie-flirtowania w środku i ducha, który wydaje się być wykonany z połyskującej tkaniny. Gdyby tylko ten pełen humoru film Lowery’ego miał odrobinę tej wiedzy, która mogłaby wynieść tę mieszaninę pomysłów do rangi kultowego klasyka. To ironia losu, biorąc pod uwagę, że jest to film o sukience.