Strona główna Wiadomości Madonna: I Feel So Free recenzja – zwiastun albumu w hipnotyczny sposób...

Madonna: I Feel So Free recenzja – zwiastun albumu w hipnotyczny sposób ukazuje powrót do korzeni sceny klubowej | Muzyka

18
0


Ostatnie lata nie były szczególnie łaskawe dla Madonny. Jej trasy koncertowe były pełne kontrowersji zupełnie odmiennego rodzaju od skandalu, do którego kiedyś szczęśliwie się starała: w 2024 roku niektórzy niezadowoleni fani próbowali ją pozwać za pojawienie się na scenie dwie godziny później niż planowano.

Jej albumy spotkały się z zauważalnie mieszanym przyjęciem i sprzedawały się w coraz mniejszych ilościach, a każdy z nich był o połowę gorszy od swojego poprzednika: odrzuciła „MDNA” z 2012 r. i „Rebel Heart” z 2015 r. jako albumy, które stworzyła „niechętnie”, ale wciąż mniej chętnych była Madame X z 2019 r., autentycznie dziwaczna mozaika trapu, reggaeton, portugalskiego fado i tekstów o nastrojach politycznych.

Hitowe single, których kiedyś była niezawodnym źródłem, okazały się znacznie trudniejsze do zdobycia: jest coś bardzo wymownego w fakcie, że jej największy komercyjny sukces w ostatnim czasie nie zawdzięcza własnej piosence, ale epizodycznemu występowi w hicie „Popular” magazynu The Weeknd z 2023 roku.

Przydomek „Królowa Popu” nadal regularnie dołącza się do jej imienia, istnieje jednak niepokojące przeczucie, że współczesny pop mógł przetrwać bez niej. W tych okolicznościach cyniczny głos mógłby sugerować, że reklamowanie jej nowego albumu jako kontynuacji jej ostatniego niekwestionowanego klasyka, wydanego w 2005 roku, sprzedającego się w 10 milionach egzemplarzy albumu „Confessions on a Dance Floor” z 2005 roku, sugeruje desperację, ale równie dobrze można argumentować, że jest to po prostu kwestia wykorzystania przez Madonnę swoich mocnych stron.

Madonna wykonuje utwory z albumu Confessions on a Dance Floor w londyńskim klubie nocnym Heaven w 2005 roku. Zdjęcie: Dave Hogan/Getty Images

Jej najlepsze albumy – nie tylko Confessions on a Dance Floor, ale także Ray of Light, Like a modlitwa i Like a Virgin – niemal zawsze powstawały we współpracy z jednym głównym producentem, a nie z szeroką gamą rąk do pracy zwykle zaangażowanych w produkcję popu XXI wieku. Sądząc po zdjęciach, które publikuje na Instagramie, wydaje się, że Confessions II zostało w dużej mierze nagrane w towarzystwie Stuarta Price’a, który był współautorem albumu z 2006 roku.

A jej najsłynniejsze dzieło niemal niezmiennie niesie przynajmniej słaby posmak nowojorskiej sceny klubowej, z której pochodzi: wielbiciele jej twórczości w „Evicie” mogą się z tym nie zgodzić, ale istnieje przekonujący argument, że Madonna radzi sobie najlepiej, tworząc muzykę pop, która przypomina stoisko DJ-a.

„I Feel So Free” z pewnością zaznacza to drugie pole. Tytuł może na pierwszy rzut oka nawiązywać do tekstu Into the Groove, ale jest to prosty hołd dla klasycznej muzyki house z legendarnym hymnem French Kiss z 1989 roku, chicagowskiego producenta Lil Louisa w swoim DNA, ukłonem w stronę I Feel Love Donny Summer w linii basu i subtelną kwasową linią, która pojawia się około czterech minut po utworze.

Jest pozbawiony zarówno czegokolwiek, co można by rozsądnie nazwać refrenem – ma strukturę powoli budującą undergroundowy utwór taneczny, a nie piosenkę pop – jak i przyciągających uwagę wielkich breaków i pozbawionych subtelności haczyków EDM: to, co przywołuje, to nie euforia z rękami w górze podczas rave’u w godzinach szczytu, ale upojna, hipnotyczna atmosfera zamkniętego parkietu tanecznego.

Wyposażony w wokale mówione, przeniesione z wywiadu, którego udzieliła magazynowi o modzie V w 2021 roku – obecnie wydaje się, że wychwalają kluby nocne jako przestrzeń do osobistych odkryć – nie brzmiałby nie na miejscu w środku setu DJ-skiego w nowojorskiej Sound Factory w połowie lat 90-tych.

Wydaje się, że to miękka premiera albumu – jest zauważalnie mniej popowa niż nienazwany utwór, który Madonna zadebiutowała na scenie w Coachelli podczas gościnnego występu na planie Sabriny Carpenter – ale jest subtelnie atrakcyjny, wyjątkowo dobrze wykonany, w oczywisty sposób jest dziełem ludzi, którzy naprawdę rozumieją i kochają muzykę house i, co być może najważniejsze, nie jest szczególnie na czasie: brzmi to tak, jakby Madonna była sobą, zamiast próbować podążać za jakimkolwiek aktualnym trendem popowym, który przykuł jej uwagę i wchłonąć ją brzmieniowo, co oznacza, że bardzo dobrze wróży dalszej części Wyznań II.