Strona główna Kultura Recenzja Anohni – mistrzowskie odkrywanie śpiewników na nowo to doświadczenie wyjścia z...

Recenzja Anohni – mistrzowskie odkrywanie śpiewników na nowo to doświadczenie wyjścia z ciała | Anohni

10
0


„Nigdy nie czułam się częścią tego świata” – zaczyna Anohni w „You Are My Enemy”. „Odrzucam sposób, w jaki żyjemy”. Piosenki i covery obejmujące całą karierę, które wybrała do programu zatytułowanego Wilderness, powtarzają motywy wygnania i wyobcowania, na które odpowiedzią (jak wyjaśnia zniekształcony, nagrany wcześniej monolog) jest siła kreatywności pozwalająca na przekształcenie świata i siebie. W ciągu ćwierćwiecza, odkąd pojawiła się na nowojorskiej scenie artystycznej, pobłogosławiona przez Williama Basińskiego i Lou Reeda, Anohni niezachwianie trzymała się przekonania, że komunikacja poprzez sztukę ma znaczenie egzystencjalne, i to z taką niezachwianą intensywnością, że przy jej pomocy większość piosenkarzy wygląda, jakby się po prostu bawili.

Dzika przyroda jest zazwyczaj rygorystyczna. Anohni i jej wirtuozowski zespół – Gaël Rakotondrabe na fortepianie, Chris Vatalaro na perkusji, Leo Abrahams na gitarze i basie – grają przed filmem z łabędziami szybującymi przez noc. Czasem zmieniają kolor, ale tak naprawdę to tylko 90 minut łabędzi. Nawet łabędzie nie chcą patrzeć na łabędzie tak długo. O wiele ciekawiej jest oglądać samą Anohni. Ze swoją nadtlenkowobiałą grzywą i sięgającą do ziemi czarną szatą przypomina duchownego lub czarownika. Prawie nie mówi, a kiedy śpiewa, stoi bez ruchu, jeśli nie liczyć drżących rąk po bokach, jakby całe jej ciało było kanałem dla jej niezwykłego, operowego głosu i słów, które niesie.

Podobnie jak Nina Simone, jej najbliższa prekursorka, jest mistrzowską interpretatorką – kiedy Anohni coveruje piosenkę, pozostaje ona coverowana. Piosenki tak znane jak Perfect Day Reeda czy tradycyjne duchowe „Czasami czuję się jak dziecko bez matki” stają się doświadczeniami wyjścia z ciała. Rewelacja z jej własnego katalogu pojawia się, gdy utwory z koncepcyjnego albumu Eco-Panic z 2016 roku Hopeless pozbywają się oryginalnych elektronicznych skórek. Drone Bomb Me staje się soulową balladą, 4 Degrees wiruje niczym Kate Bush, a wspaniała, brutalna kulminacja I Don’t Love You Anymore przywołuje na myśl zarówno pogodę, jak i wojnę. Miksowanie dźwięku jest niesamowicie dobre, od drżącego a cappella Anohniego po mrożące krew w żyłach ostre solo na perkusji Vatalaro. Naprawdę nie ma nikogo innego, kto mógłby zapewnić tak skrajne piękno i grozę. I łabędzie.