Strona główna Kultura Kneecap: Recenzja Fenian – ich nowy album jest wspaniały, triumfujący, a jednocześnie...

Kneecap: Recenzja Fenian – ich nowy album jest wspaniały, triumfujący, a jednocześnie torturowany | Rzepka

6
0


Pięć utworów w Fenian, słuchacz zostaje skonfrontowany z dźwiękiem rapera Mo Chary wyrażającego chęć życia poza siecią małej wioski w hrabstwie Meath. Robi to w charakterystycznym stylu – poprzedzonym słowami „Uciekajcie, do cholery, mam dość was, pizdy” – ale i tak jest to zaskoczeniem. W końcu opowieści o odurzonym szaleństwie na poprzednim albumie Kneecapa, „Fine Art” z 2024 r., rozgrywały się w wyłącznie miejskim środowisku: w pewnym momencie Mo Chara stwierdził, że jego ulubionym środowiskiem jest „przytulna, słabo oświetlona, ​​gówniana, zaniedbana knajpa”, prawdopodobnie podobna do leniwego baru z Belfastu, w którym rozgrywała się większa część albumu. Nic w Kneecap nie sprawiało wrażenia zespołu oddanego tęsknocie za prostym, bukolicznym życiem.

Grafika dla Feniana

A jednak, kto może go winić za to, że chce się wyłączyć i uciec od tego wszystkiego? Dwa lata od wydania „Fine Art” były burzliwe dla irlandzkiego trio rave-rapowego i trudno określić, jak wiele ich sława ma wspólnego z muzyką. Sztuka piękna została ciepło przyjęta – była pełna mocy, zabawna i oryginalna – ale szybko zagłuszona zgiełkiem kontrowersji, która rozpoczęła się, gdy zarzucono Mo Charie, że wywiesił na scenie flagę Hezbollahu na koncercie w Londynie w listopadzie 2024 r. Później został oskarżony o przestępstwa terrorystyczne, czemu zaprzeczył – Kneecap powiedział, że nigdy nie wspierali Hezbollahu i „zawsze potępiają wszelkie ataki na ludność cywilną” – a sprawa została ostatecznie wyrzucona z sądu. W międzyczasie odwołano koncerty i trasy koncertowe, zakaz wjazdu do Kanady i Węgier (decyzje, którym Kneecap zdecydowanie się sprzeciwiał) oraz wezwania zarówno Keira Starmera, jak i Kemi Badenocha w sprawie odwołania występu Kneecap w Glastonbury w 2025 roku. Badenoch pokłóciła się z nimi w związku z ich ponurym republikanizmem, gdy była sekretarzem ds. biznesu, próbując anulować przyznaną im dotację – i w tym przypadku Kneecap zwyciężył.

„PR prowadzony w naszym imieniu – jak tylko się oburzysz, wygraliśmy” – warczy inny raper Móglaí Bap w utworze Feniana zatytułowanym Big Bad Mo, ale nie jest to takie proste. Obecnie częściej się o nich mówi, niż ich słucha – znacznie więcej ludzi ma o nich opinię, niż kiedykolwiek słyszało ich muzykę – co jest niepokojącym, a czasem destrukcyjnym miejscem dla artysty.

Od Feniana można odnieść wrażenie, że Kneecap może być tego świadomy, choć najbardziej uderzającą rzeczą na tym albumie jest jego triumfalizm, który daje ci w kość. Zapewnia to niesamowitą zabawę podczas słuchania, wzmocnioną przez umiejętną dwujęzyczność Mo Chary i Móglaí Bapa oraz fantastyczny podkład muzyczny dzięki uprzejmości twórcy beatów zespołu DJ Próvaí i producenta Dana Careya. Złowieszczy klimat karnawału, przypominający Massive Attack, rozpoczyna się odtworzeniem procesu Chary i kończy się wersem „historia zapamięta was, śmiecie i nigdy wam nie zostanie wybaczone”; Smugglers & Scholars wrzeszczy: „Nigdy się nie nauczę, to zawsze obsesja rządu” na punkcie warczących trapowych beatów, podczas gdy Liars Tale – porywająca fala wdzierających się rave syntezatorów, dudniących house’owych bębnów i zniekształconej linii basu, która cytuje Children of the Revolution T Rexa – określa Keira Starmera jako „pizdę”. Tymczasem w utworze Palestine łączy zachodni Belfast z Zachodnim Brzegiem, gościnnie pojawia się raper z Ramallah Fawzi i kończy „nie przestaniemy, dopóki wszyscy nie będą wolni”.

Jednak pod materiałami przyciągającymi uwagę pierwszych stron gazet – na początku w większości skupionymi wokół siebie – Fenian kryje się za drugą stroną. W miarę postępu pojawia się inny nastrój: mniej śmiałości, więcej niepokoju. Braggadocio Big Bad Mo to niespokojny, gadatliwy acid house, którego ton zauważalnie zmienia się: w miarę postępu utworu staje się on mroczniejszy i mniej uroczysty, bardziej niespokojny i intensywny. Właściwie nie sposób tu znaleźć hedonistycznych dobrych czasów Sztuk Pięknych. Bohater napędzanego bębnami Headcase jest z pewnością wyczerpany, ale „nie ma planu… nie daje sobie rady”. Cold at the Top przywraca Mo Charę do jego ulubionego lokalu w imprezowym nastroju, ale dręczy go paranoja i wstręt do samego siebie zrodzony z jego sławy – „Jestem pełen siebie, jestem pełen gówna”. Cocaine Hill, napędzany żałobnymi akordami gitary i niesamowitym refrenem śpiewanym przez Radie Peat z Lankum, jest szalony, spanikowany i ponury.

Choć skandalicznie zabawne i warte cytowania są Liars Tale czy miażdżący Brytyjczyków An Ra („bardzo wdzięczny za podzielenie się z nami swoją kulturą” – zapewnia ten ostatni, „Jimmy Savile i HP Sauce”), najlepszą rzeczą jest tutaj bliższe irlandzkie pożegnanie z udziałem Kae Tempest, medytacja nad samobójstwem matki Móglaí Bapa. Muzyka płynie dalej, brzmiąc dziwnie słonecznie i całkowicie kłóci się z elegijnymi tekstami. To umiejętnie wykonane zwieńczenie fascynującego, inteligentnego i imponującego albumu.

Tym, czym album nie jest, przynajmniej rozpatrywany jako całość, jest wyzywające i zwycięskie okrążenie, które zostało przyjęte z uznaniem w niektórych kręgach. Fenian jest bardziej złożony, intrygujący i pełen napięcia, co ma sens. Obecna sława Kneecap to złożona i potencjalnie napięta sprawa: Fenian sugeruje, że mają o sobie wystarczająco dużo, żeby sobie z tym poradzić.

W tym tygodniu Alexis słuchała

John i Beverley Martyn – Ciocia Aviator Wiadomość o śmierci Beverley Martyn przeniosła mnie z powrotem do „Drogi do ruiny” z lat 70., a zwłaszcza do wspaniałej atmosfery zapadającego w mieście zmierzchu i rosnącego – choć ostatecznie niewłaściwie umiejscowionego – poczucia romantycznego optymizmu w „Auntie Aviator”.