Kompozyt Jimmy Eat World w 2001 i 2026Jimmy Eat World w 2001 i 2026. Późniejsze zdjęcie: Steve Craft/The Guardian. Stylizacja: Abby Ripes. Pielęgnacja: Lillian Fogel. Zdjęcie archiwalne: Christopher Wray-McCann
Jimmy Eat World to alternatywny zespół rockowy z Mesa, na wschód od Phoenix w Arizonie. Założony przez wokalistę i gitarzystę Jima Adkinsa, gitarzystę Toma Lintona, basistę Ricka Burcha i perkusistę Zacha Linda w 1993 roku, wydali 10 albumów – w tym przełomową płytę z 2001 roku, Bleed American. Jej hitowy singiel The Middle zajął 5. miejsce na liście przebojów Hot 100 w USA; ma już ponad 1 miliard odtworzeń. Zespół uczci 25. rocznicę wydania albumu serią koncertów tego lata, w tym występy w Wielkiej Brytanii w sierpniu w Halifax w Cardiff i Gunnersbury Park w Londynie.
Jim (w środku)
To zdjęcie zostało zrobione tuż przed wydaniem Bleed American. Fotograf chciał uchwycić rozległe miasto Phoenix, więc wpadł na pomysł, aby udać się na obrzeża, gdzie trwała budowa. Poza tym nie było żadnej zaplanowanej koncepcji ani konkretnej pozy. Prawdopodobnie zadzwonilibyśmy do siebie tego ranka i zapytali: „Hej, masz na sobie kolor niebieski?” „Myślę, że ubiorę się na czerwono”. „OK, spoko. Nie noszę czerwieni”.
Znam Zacha od przedszkola – jego mama była naszą nauczycielką; Innych chłopaków poznałem jeszcze w czasach liceum. Zanim zaczęliśmy razem grać, byliśmy w różnych zespołach. W tamtych czasach, jeśli ktoś lubił punk rock w takim mieście jak nasze, szybko poznawał wszystkich innych, którzy też to lubili. Mesa nie była wylęgarnią sztuki i kultury.
Bycie w Jimmy Eat World daje mi niezmiennie satysfakcję, choć nadal z sentymentem wspominam początki – tygodnie, które spędziłem w furgonetce bez GPS-u i telefonów, grając nikomu w tych samych piwnicach. Było fajnie – ale nie wiem, czy teraz miałbym ochotę spać na podłodze.
Kiedy Bleed American wystartowało, nie wiedziałem, jak sobie z tym poradzić. Nie chciałem zostać dupkiem i pozwolić, żeby to mnie zmieniło – na szczęście świat muzyczny jest zmienny i wiedziałem o tym. Co tydzień miał pojawiać się nowy zespół, który ludzie nazywali nową Nirvaną czy jakoś tak, i tak się złożyło, że byliśmy tym jedynym w 2001 roku. Jeśli chodzi o bycie uważanym za „lidera” – nigdy o to nie zabiegałem, po prostu przyszło to z byciem piosenkarzem. Nigdy nie goniłem za gwiazdą rocka, nigdy nie miałem zamiaru być gospodarzem gali z nagrodami ani zostać sędzią w konkursie wokalnym.
Jak to się stało, że po tylu latach byliśmy razem? Tak naprawdę sprowadza się to do dwóch rzeczy: bycie w zespole powinno być zabawą i powinniśmy czuć się dumni z pracy, którą wykonujemy. Jeśli wszyscy to poczujemy, będziemy mogli to robić na zawsze.
Rick (po lewej stronie)
Nie dziwię się, że zrobiliśmy to zdjęcie przed ścianą. W środkowej Arizonie jest trochę pusto – bardzo mało ciekawych krajobrazów. Tom i Zach wykazali się sprytem, ponieważ siedzieli bardzo wygodnie, podczas gdy ja wolałem niezręcznie się unosić.
Szkoda, że nie wiedziałam wtedy, że dobre chwile są ulotne i nieliczne – więc jeśli spotka nas coś niesamowitego, powinnam poświęcić chwilę, aby to docenić i okazać wdzięczność za ciężką pracę, którą włożyliśmy. Zamiast tego przez cały nasz sukces komercyjny pozostawaliśmy we własnej bańce i skupialiśmy się na codziennej pracy. Podświadomie słyszeliśmy takie rzeczy jak: „Dostajecie naprawdę dobre radio!” ale pozostaliśmy odizolowani.
Środek był nieunikniony, ale nawet po tylu latach nigdy mi się to nie znudziło. Nadal uwielbiam patrzeć, jak rozświetla się publiczność, i chętnie zagrałbym to pięć razy z rzędu, gdyby pozostali mi pozwolili.
W dzisiejszych czasach wszyscy mamy własne rodziny i życie, więc spotykamy się w studiu, na próbach i podczas tras koncertowych. Często nie ma między nami zbyt wiele komunikacji werbalnej – jest to produkt uboczny wspólnego grania na scenie przez tyle lat. Polegamy na subtelnych sygnałach, znamy nawzajem przyciski i potrafimy wyczuć, kiedy ich nie naciskać. Mój przycisk? Jestem wyluzowany, ale jeśli chodzi o przestrzeń osobistą, potrzebuję 10 minut samotności w trasie. Gdyby ktoś to kwestionował, mógłbym się zirytować i powiedzieć: „OK, wycofaj się!”
Nasza wzajemna chemia zawsze opierała się na wspólnym oddaniu muzyce. To się nigdy nie zmieniło i nigdy nie zmieni.
Zach (drugi od lewej)
Cała ta era wydawała się brzemienna w możliwości. Właśnie podpisaliśmy kontrakt z DreamWorks, mimo że nie mieliśmy wytwórni, czuliśmy, że stworzyliśmy naprawdę dobry album i wiedzieliśmy, że wiele innych osób też było tym podekscytowanych. W powietrzu czuć było optymizm.
Po trzech albumach i dekadzie bycia razem nagle zaproponowano nam niesamowite możliwości – otworzyliśmy się przed Weezerem w Wielkiej Brytanii i zagraliśmy w Saturday Night Live. Ale będąc w zespole tak długo, istnieje mentalność niedoboru, która chroni cię przed nadmiernym cieszeniem się rzeczami. Branża muzyczna jest dość pokorna, a oczekiwania mogą szybko zostać zawiedzione. Przez cały ten okres po prostu stawiamy jedną nogę przed drugą. Trochę tego żałuję. Kiedy obecnie wchodzę na scenę, żeby grać na perkusji, staram się ogarnąć to wszystko.
Jeśli chodzi o nasze wzajemne relacje, nie ma zbyt wiele otwarcia emocjonalnego. Nie jesteśmy ekstrawertykami – Rick, Tom i Jim są trochę bardziej ostrożni ode mnie, ale to jest w porządku. Nigdy też tak naprawdę się nie pokłóciliśmy. Może dlatego, że znamy swoje mocne i słabe strony, wszyscy jesteśmy na tej samej stronie i wszyscy chcemy podnieść poprzeczkę do przodu. Szanujemy się i ufamy sobie nawzajem. Teraz, gdy jestem starsza, wiem, że nie należy tego brać za pewnik.
Tomek (po prawej)
Niewiele pamiętam z tego czasu, poza tym, że miałem 23 lata i czułem się dość niedojrzały. Zostaliśmy wysadzeni przez Capitol w 1999 roku, ale odczuliśmy znaczną ulgę – poza furgonetką, którą kupili nam na trasy, podział dał nam swobodę robienia, co chcieliśmy jako zespół. Założyliśmy Bleed American sami, bez żadnych oczekiwań, mając już na koncie kilka płyt, które do niczego nie doprowadziły. Kiedy ponownie podpisaliśmy kontrakt i album dobrze sobie radził, było to dla nas prawdziwą niespodzianką. Dynamika nigdy się nie zmieniła: byliśmy przyjaciółmi, zanim powstał zespół – Ricka znam od 12. roku życia, a Zach i Jim znają się od piątego roku życia. Wszyscy razem dorastaliśmy i nadal mieliśmy te same cele dla Jimmy Eat World.
Bycie w zespole oznacza życie z zespołem, ale na szczęście nikt nie ma złych nawyków. Chociaż kiedy jesteśmy w trasie, Jim lubi nas budzić w autobusie. Około ósmej rano, kiedy jeszcze śpimy, zaczyna krzyczeć tak głośno, jak tylko potrafi: „Dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry!”
Nigdy nie było groźby, że się rozstaniemy, ale czasami mamy małe sprzeczki. Podczas każdej trasy wypadnie jakaś głupia rzecz, na przykład ktoś, kto nie gra wystarczająco dobrze, i zawsze zostaje to rozwiązane. Usiądziemy i powiemy: „Słuchaj, jeśli coś jest nie tak, po prostu podejdź do mnie i powiedz mi”. Kiedy byliśmy młodsi, tego rodzaju konfrontacja nie byłaby tak wyważona. Uczucia by się zaostrzyły, nikt by nic nie powiedział i w końcu ktoś by eksplodował.
Dwadzieścia pięć lat później wszyscy oni są nadal wspaniałymi facetami – dobrymi ojcami i mężami oraz genialnymi muzykami. O żadnym z nich nie mam nic złego do powiedzenia. Choć pewnie jestem jeszcze dość niedojrzały.