Sztuka Tudura Owena opowiada historię zrzędliwego weterana drugiej wojny światowej, niespodziewanej niespodzianki, zatkanej toalety i wycieczki całej walijskiej wioski do Londynu w 1994 roku. Ma ona charakter baśni, która schodzi w bardziej udręczony teren. Zespół stresu pourazowego, trauma pokoleniowa, wykluczenie społeczne i ciężar niemożliwej do pogodzenia żałoby nigdy nie są daleko od powierzchni.
Owen, jeden z najpopularniejszych komików i nadawców w Walii, występuje także w tytułowej roli (tytuł sztuki można przetłumaczyć jako Huw Alive). Niesamowitość walijskojęzycznej produkcji wynika częściowo z oczekiwania, że być może zawsze pojawi się ironiczna puenta, która przebije nierozbawioną twarz Huwa. Ale te rzadko się zdarzają, a zamiast tego jest to sztuka opowiedziana z absolutną i nieironiczną szczerością, z bezwstydnym sercem na dłoni.
Momentami fabuła skręca w stronę zawiłości (posłuchajcie biuletynu radiowego Czechowa), ale spójnie i zręcznie reżyseruje ją Steffan Donnelly. Ostateczne rozstrzygnięcia emocjonalne niekoniecznie są takie, jakich się spodziewaliśmy. Akcja rozgrywa się głównie w brudnym salonie Huw – scenografia autorstwa Elin Steele i oświetlenie Elanor Higgins – całość sprawia wrażenie kompaktowej i urzekająco przekonującej. Jest w tym dramacie prostota, a może nawet naiwność. Hojny sentymentalizm jest przedstawiany jako realna i przejmująca strategia przetrwania, która może pomóc w powstrzymaniu okropności, dopiero odkrywanych z opóźnieniem.
Jego sentymentalizm opiera się niebezpieczeństwu popadnięcia w ckliwość za sprawą czterech bardzo dobrych przedstawień. Wraz z Owenem, Leah Gaffey opowiada i uzasadnia akcję, Owen Alun jest po cichu druzgocący w dwóch rolach, a jednym z moich ulubionych momentów (podobnie jak podczas pierwszego tournée przedstawienia Theatr Cymru w 2025 r.) jest moment, w którym Dafydd Emyr z jednym szerokim i głupim uśmiechem zmienia się z emeryta w urzędniczym kołnierzyku w zawrotnego nastolatka.
Dodając do tego niesamowitości, uderza nas dziwna podwójna nostalgia, gdy sztuka nawiązuje do lat 90. XX wieku, które być może wydają się teraz tak odległe, jak lata czterdzieste XX wieku.