Strona główna Kultura Recenzja Latającego Holendra – złudzenia, męki i groźby w szczegółowym i pięknie...

Recenzja Latającego Holendra – złudzenia, męki i groźby w szczegółowym i pięknie zaśpiewanym Wagnerze | Opera

5
0


W 1839 roku 26-letni Ryszard Wagner omal nie utonął podczas niebezpiecznej podróży przez Bałtyk z Rygi. To właśnie to doświadczenie, jak twierdził, zainspirowało Latającego Holendra. Legenda o człowieku skazanym na wieczność na żeglowanie oceanami na swoim statku widmo dała mu narrację do jego pierwszej dojrzałej opery. Wagner myślał o swoim libretto jak o poemacie i z pewnością porusza on niektóre z epickich pytań: narodziny, życie, miłość i śmierć.

Dziennikarstwo „Guardiana” jest niezależne. Zarobimy prowizję, jeśli kupisz coś za pośrednictwem linku partnerskiego. Dowiedz się więcej.

Nowa inscenizacja Welsh National Opera w reżyserii Jacka Furnessa rozpoczyna się od porodu kobiety, a dzikie i burzliwe przypływy uwertury zbiegają się z jej skurczami. Tak rodzi się Senta, której przeznaczeniem jako małego dziecka jest zobaczenie śmierci swojej matki, zabranej na szpitalnym łóżku w wielką otchłań. Senta będzie zranioną duszą, mającą aż do szaleństwa obsesję na punkcie historii Holendra, którego jedyna nadzieja na odkupienie, miłość prawdziwej kobiety, staje się możliwa tylko poprzez dotknięcie ziemi raz na siedem lat. Fabuła wydaje się być niezbędnym dodatkiem do uwertury każdej opery, która zresztą w swoich motywach przewodnich wyznacza całą trajektorię. Siła tej interwencji jest wizualna, w szeroko zakrojonych kręgach, które tworzy najpierw młoda dziewczyna Senta, a potem młoda kobieta, co jest paralelą do siedmioletnich cykli Holendra, a ich stroje symbolizują krwistoczerwone żagle jego statku, a wszystkie metafory powracają później.

Ale ze statków nie ma żadnego, ani Holendra, ani ojca Senty, Dalanda, który wymieniłby swoją córkę na skarby widmowego statku. Wzburzone morze i niebo zostały wyczarowane w stonowanych kolorach projektu Elin Steele i oświetleniu Lizzie Powell, często przywoływanej groźbie spowijającej się mgły. Przędące dziewczyny też nie kręcą się, zamiast tego dopasowują strój do sukienek, które następnie zakładają na przyjęcie, ale brak zbędnych szczegółów i sporadyczny deszcz dziwnie sentymentalnego złotego pyłu pomagają skupić się na słowach i emocjach.

Odciska piętno… tenor Trystan Llŷr Griffiths w roli sternika. Zdjęcie: Craig Fuller

Jasność niemieckiej dykcji była główną zaletą bardzo satysfakcjonującej muzycznie obsady, w szczególności świetnego Dalanda Jamesa Creswella. Holender Simona Baileya, w dublecie z rozciętymi rękawami, symbolizującymi stulecia jego podróży, przedstawiał udręczonego, ale współczującego człowieka, który w ostatnim akcie był najbardziej namiętny. Senta Rachel Nicholls zrobiła największe wrażenie, a jej złudna miłość do Holendra była wiarygodna, absolutnie prawdziwa w tonacji i z pięknymi wersami bel canto. Tenorzy Trystan Llŷr Griffiths w roli nieszczęsnego sternika i Leonardo Caimi jako Erik odcisnęli swoje piętno; szkoda tylko, że w przypadku Wagnera obie postacie odgrywają o wiele za dużo, jak – trzeba to powiedzieć – w wielu refrenach, niezależnie od tego, jak krwisto śpiewane.

Orkiestra WNO rozpętała prawdziwą burzę pod autorytatywną batutą Tomáša Hanusa, ustępującego dyrektora muzycznego WNO. Ta firma desperacko chce udowodnić, że nie jest tonącym statkiem, pomimo cienkiego sezonu 26/27, więc złapanie tych kilku występów jest koniecznością. Tylko nie spodziewaj się konwencjonalnego zakończenia.

W Wales Millennium Centre w Cardiff 19 kwietnia, Theatre Royal Plymouth 24 kwietnia, Birmingham Hippodrome 7 maja i Milton Keynes Theatre 15 maja