Galeria Chisenhale pachnie dziwnie słodko. Coś pomiędzy masłem a fiołkami parmeńskimi, ale bardziej cierpkie, intensywnie chemiczne. To węchowy atak, na wpół kojący i znajomy, na wpół gwałtowny i nienaturalny.
To dziwny, niepokojący środek, który lubi zamieszkiwać młoda londyńska artystka Racheal Crowther. Spójrzcie tylko, czego dokonała na swojej pierwszej instytucjonalnej wystawie, na której zderzają się delikatne różowe ubrania i przerażająca, surowa, militarna estetyka.
Galeria jest pomalowana w delikatnych pastelowych kolorach, ale pośrodku przestrzeni znajduje się ogromna wojskowa mobilna jednostka zdrowia, wyprodukowana w USA, ale używana przez siły brytyjskie. Przechodzisz przez nie, jakbyś szedł na ocenę do jakiegoś zmęczonego medyka w zmęczeniu, jakby twoje ciało miało zostać poddane badaniu przez państwo. Zapach się tu zmienia, zapach maślanych cukierków zastąpiony przytłaczającym smrodem gumy. Wszędzie widać ślady dawnego przeznaczenia jednostki – ostrzeżenia chemiczne, kwestionariusze segregacyjne, plany ewakuacji, schematy resuscytacji – ale to tylko wskazówki. Podobnie jak w przypadku bardziej paranoicznej instalacji Mike’a Nelsona, nie ma tu pełnej narracji, a jedynie puste biuro, w którym kiedyś przebywał personel wojskowy w niebezpiecznych miejscach.
Przytłaczający smród gumy… w instalacji Rachel Crowther w Chisenhale. Zdjęcie: Mark Blower
Crowther kupił mobilną jednostkę zdrowia na aukcji wojskowej. Przyszedł wypełniony wyrzuconymi dokumentami. Z jednego dokumentu – kartki papieru formatu A4 przyklejonej do ściany – wynika, że został on użyty w ramach działań odkażających po nieudanej próbie zamachu na podwójnego agenta Siergieja Skripala w 2018 r. za pomocą środka paraliżującego nowiczok. Nagle myślisz, czy ten zapach to naprawdę guma, czy coś bardziej złowrogiego?
Napięcie towarzyszące instalacji Crowthera jest od razu oczywiste: tę konstrukcję zbudowano, aby podtrzymać życie, ale w imię wojny i konfliktu. Zostało zaprojektowane, żeby ci pomóc, zatroszczyć się o ciebie, ale ty jesteś tylko narzędziem państwa, aktywem, który należy wydać.
Farba na ścianach i sufitach galerii to róż Baker-Miller, zwany także różem pijackiego czołgu, eksperymentalny kolor używany w celach więziennych w USA do łagodzenia wściekłych przestępców. Potem pojawia się ten słodko-gniły zapach. Jeśli pachnie znajomo, to dlatego, że Crowther stworzył go z substancji związanych z produkcją mleka w proszku – ratującego życie, syntetycznego, produkowanego przemysłowo pożywienia. Jest tu jeszcze jedna cząsteczka zapachowa – heksadekanal, naturalny związek występujący na ludzkiej skórze. Badanie wykazało, że zmniejsza agresję u mężczyzn, ale wywołuje ją u kobiet. Jest emitowany w dużych ilościach z głów noworodków. Manipulator chemiczny.
Cały ten spektakl polega na tym, że Crowther wyobraża sobie kolor i zapach jako psychologiczny efekt i bada, w jaki sposób te podstawowe aspekty ludzkiego życia – światło i zapach – można uprzemysłowić, zmilitaryzować i wykorzystać przeciwko nam.
Pyta, czym jest zdrowie, kiedy jest pod kontrolą państwa? Czyim celem jest to, że jesteś sprawny i silny? Kto czerpie korzyści, gdy opiekuje się tobą przemysł, wojsko, rząd lub korporacje?
Spacerujesz po przestrzeni rozdartej pomiędzy ideami opieki i wyzysku. Czy ktoś cię pielęgnuje i uspokaja, czy manipuluje i wykorzystuje?
To wszystko jest oszałamiająco paranoiczne i cuchnie intensywnie. Cuchnący mlekiem wymiocinami wojskowy przemysłowy dziwak, jak najdziwniejsze głębiny okropnego, konspiracyjnego wątku na Reddicie, który stał się rzeczywistością. Instalacja konceptualna, która kłuje w nozdrza, kręci się w głowie… i sprawia, że jesteś niesamowicie podejrzliwy wobec swojego lekarza pierwszego kontaktu.
W Chisenhale Gallery w Londynie do 14 czerwca